Poznałem Hołownię w osobistych rozmowach, które wspominam miło i wciąż z wdzięcznością - bo był jedynym ze znaczących liderów, który się na otwartą rozmowę zdecydował. Jeśli dziś popada w negacjonizm, musi to moim zdaniem robić świadomie - pisze Paweł Kasprzak, analizując odpowiedź Szymona Hołowni na list Stanisława Brejdyganta.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Hołownia wniebowzleciał

Szymon Hołownia zdołał mnie rozczarować, a to niełatwe, bo kilka lat nieustannych zderzeń ze ścianą „dorosłej polityki" na rozczarowania uodporniły mnie – sądziłem dotąd – bardzo szczelnie.

A jednak jego korespondencja ze Stanisławem Brejdygantem wprawiła mnie w osłupienie, którego nie pamiętam od dawna. Tekst Hołowni jest tego rodzaju, że właściwie recenzuje się sam – zwłaszcza przypowieści o Eduardo, pięknej Milagros i postaciach z tanich seriali robią tu wrażenie, przyznam, piorunujące. Żyjemy jednak w czasach, kiedy nieprawdy recenzować trzeba uparcie, bo na własne racjonalne oceny mało komu wystarcza czasu i uwagi. Myślę, że warto ów list Hołowni zrecenzować również dlatego, że pospieszna i frontalna krytyka, z jaką się dziś spotyka, bywa niestety warta mniej więcej tyle samo, co jego własne wywody o bohaterach z kiepskiej telenoweli, w miejsce których sam proponuje podobne infantylizmy zamiast zapowiadanego Szekspira. Hołownia okazał się mianowicie negacjonistą i niestety trzeba to twardo pokazać jego wyznawcom. Ale nie on jeden. Innego rodzaju negacjonizm prezentuje Donald Tusk. I to jest dopiero niedobrze.

 link do odpowiedzi Szymona Hołowni na list Stanisława Brejdyganta

Za co lubiłem Hołownię

Najpierw, dlaczego w ogóle rozczarować się mogłem. Rozczarowanie wymaga jakiejś poprzedzającej je sympatii, zatem wypada wyjaśnić, skąd ona się brała. Kiedy Hołownię atakowano jako prezydenckiego kandydata za katolicką tożsamość, uważałem za swój obowiązek protestować, bo te ataki nie dotyczyły żadnej rzekomej lub rzeczywistej próby politycznej realizacji katolickiej doktryny, tylko samego wyznania Hołowni, a przypuszczali te ataki ludzie skądinąd podobno wrażliwi na wszelkie przejawy dyskryminacji. Kiedy Hołownia twierdził, że polska wojna kultur w jej politycznej odsłonie jest niszczącym kraj złem i pierwszym polskim problemem, a wcale nie ostatnim, to po prostu z nim się zgadzałem i kibicowałem mu jako komuś, kto być może ma szansę przyczynić się do wyrwania nas z tego obłędu, choćby poprzez wbicie klina rozsadzającego to zwarcie. Zupełnie niezależnie od prezentowanych przezeń poglądów. Przy własnym katolicyzmie Hołownia bardzo zdecydowanie potępiał zło w Kościele i patologię jego rozpanoszenia w państwie, a choć proponowane przezeń zasady rozdziału były według mnie niewystarczające, to przecież wiedziałem, że w stosunku do innych polityków centrum – włącznie z podobno progresywnym Rafałem Trzaskowskim – wybiegał tu bardzo znacznie przed szereg i jako jedyny położył na stole konkretną propozycję zamiast mętnego gadania. Nawet w sprawie aborcji – zwłaszcza kiedy porzucił gadanie o wartości „kompromisu" i przyznał, że to nie politycy mają prawo go zawierać w imieniu kobiet – odstawał równie wyraźnie od politycznej przeciętnej, wbrew wciąż powtarzanym oskarżeniom o próbę przemycenia kościelnej V Kolumny. Gdybym głosował w pierwszej turze wyborów prezydenckich, głosowałbym prawdopodobnie na niego. Nie głosowałem. To osobna historia, mniejsza teraz o nią, choć porozmawiać o tym byłoby trzeba kiedyś wreszcie uczciwie.

Bardzo mocno opowiadam się za wspólną listą całej opozycji, a jednak, kiedy widzę rzeczywiście niewybredną w środkach, wymierzoną w Hołownię presję, by się na nią wpisał, byłem gotów z nim się solidaryzować i przed atakami go bronić. Są istotnie powody, by sądzić, że proponujący współpracę Donald Tusk w istocie oferuje Hołowni pocałunek śmierci, a wzywający do jedności oczekują odeń samobójstwa lub przynajmniej lennego hołdu na rzecz KO. Koalicje, które zwykle narzuca partnerom Platforma, rzeczywiście kończą się fatalnie zarówno dla nich samych, jak i dla szans na zwycięstwo opozycji. Rozumiem więc Hołownię dobrze pod tego rodzaju presją. Sam zresztą w takiej sytuacji byłem – z zachowaniem proporcji – występując kiedyś z własną kandydaturą przeciw „paktowi senackiemu", który w mojej ocenie był zwłaszcza w moim okręgu skandalicznym dyktatem partyjnych bossów, pozbawionym zresztą jakiegokolwiek strategicznego sensu i oburzająco ignorującym zdanie wyborców. Odwrotnie jednak niż to dzisiaj robi Hołownia, domagałem się wtedy wspólnych list i wspólnych kandydatów, wzywałem do debaty, której celem było, by wspólni kandydaci mieli realne poparcie, a nie wyłącznie partyjne rekomendacje wytargowane w gabinetach. Gotów byłem ustąpić, gdybym się w wyniku debaty i rywalizacji okazał słabszy, co przecież było raczej pewnym rezultatem w tamtej sytuacji. Kiedy partyjny aparat PO zdecydował z pozbawioną wahań arogancją, że żadnej debaty nie będzie, wytrzymałem – uparty jak Hołownia dzisiaj. I znosiłem podobne ataki – wyłącznie po to, by pokazać PO, że arogancja może ich wiele kosztować w przyszłości i by wobec tego być w stanie kiedyś na tej partii wymusić wspólną listę wyłonioną w prawyborach. Domagam się ich do dziś – także od Szymona Hołowni – a tamtą kampanię prowadziłem do końca, by móc pokazać uzyskane wówczas 15 proc. poparcia i groźbą powtórzenia tego wyniku odwodzić partie od ulubionych przez nie gabinetowych ustawek. Na ten bunt pozwoliłem sobie zresztą wyłącznie dlatego, że w świetle wszelkich dostępnych wówczas i rzetelnie przeanalizowanych danych PiS nie miał szans wygrać w tym okręgu i że sprawa rozgrywała się wobec tego wyłącznie pomiędzy Ujazdowskim oraz stojącym za nim aparatem PO a mną walczącym o prawo wyboru i strategiczny zdrowy rozsądek. Z Hołownią i Tuskiem sprawy mają się dzisiaj pod tym względem radykalnie inaczej. Rozbieżność ich interesów jest naprawdę groźna – i zagraża nam wszystkim.

Hołownia też powołuje się na analizy. Problem niestety w tym, że przeczy faktom jak antyszczepionkowiec. Odlatuje w negacjonizm. W odległej galaktyce pożre go kiedyś bronkorok, jak filmową panią prezydent z „Nie patrz w górę".

Poznałem Hołownię w osobistych rozmowach, które wspominam miło i wciąż z wdzięcznością – bo był jedynym ze znaczących liderów, który się na otwartą rozmowę zdecydował. To myślący człowiek. Jeśli dziś popada w negacjonizm, musi to moim zdaniem robić świadomie.

Zbierając fakty z jego dotychczasowej ewolucji, przestaję wierzyć w jakąkolwiek wartość jego projektu. A miałem tej wiary sporo.

Kadr z filmu 'Nie patrz w górę'. Na zdjęciu: Meryl Streep (Prezydent Janie Orlean)
Kadr z filmu 'Nie patrz w górę'. Na zdjęciu: Meryl Streep (Prezydent Janie Orlean)  Fot. Niko Tavernise/Netflix

Popatrz w górę – D’Hondt

Pisze więc Hołownia między innymi o D’Hondcie i sondażach, które analizował sztab ekspertów PL 2050. Interesujące są te wzmianki o sztabach, bo ciekaw jestem, gdzie publikowane są te rewelacyjnie zaskakujące opracowania. Ja własne liczyłem pracowicie i publikowałem, poddając krytyce – i sprostowań ze strony sztabowców „żółtej drużyny" się nie doczekałem, choć od dawna proponowałem Szymonowi Hołowni poważną rozmowę o tym, co naprawdę wynika z danych i jakie strategiczne wnioski da się z nich wysnuć. Pisze Hołownia na przykład, że „premia D’Hondta" nie tyle promuje zwycięzcę, co nagradza wszystkie duże i średnie listy – kosztem tych, którzy zostali pod progiem. To jest jawna nieprawda. Premia D’Hondta nagradza zwycięzcę. Owszem, potrafi dać mandaty ponad proporcje wynikające z procentu głosów również zdobywcom np. drugiego miejsca na podium, ale w tych rzadkich przypadkach daje ich nieproporcjonalnie mniej niż zwycięzcy. I nie – to nie jest efekt „zmarnowanych głosów" oddanych na listy nieprzekraczające progu. Tych głosów w algorytmie D’Hondta po prostu nie bierze się pod uwagę wcale – jakby nie było ani tych list, ani głosujących na nie ludzi. Na podział mandatów pomiędzy zwycięzców przegrani pod progiem nie mają dokładnie żadnego wpływu – liczą się wyłącznie proporcje głosów tych, którzy próg przekroczyli. Premia D’Hondta odbywa się kosztem najmniejszych list, które przechodzą. Czy Hołownia o tym nie wie? Czy może świadomie ściemnia? Jedna i druga możliwość jest w równym stopniu dyskwalifikująca. Sorry, Eduardo, piękna Milagros ginie tak czy owak – by znów użyć infantylizmów z tekstu Hołowni.

Dalej snuje Hołownia wizję dwóch bloków, twierdząc, że wynik w granicach 25 proc. dla jednego i 17 proc. dla drugiego z nich daje opozycji zwycięstwo. To dość niejasny fragment, bo Hołownia kompletu danych nie podaje, nie szacuje wyniku PiS, nie wspomina o Konfederacji, nie wiadomo nawet, czy Lewica mieści się w którejś z dwóch list opozycyjnych, czy jednak startuje osobno, zapewnia tylko szlachetnie, że Czarzasty wpadnie pod próg, bo nikogo pod nim zostawić nie wolno.

Twierdzi, że taki wariant pozbawia władzy PiS. Proszę łaskawie sprawdzić kalkulatorem D’Hondta. W rzeczywistości najbardziej prawdopodobnym rezultatem są rządy tego, kto zawrze koalicję z Konfederacją.

Idźmy za Hołownią dalej. Twierdzi on zatem, że w jednym z sondaży – tym, w którym sondowano wariant hipotetycznej i przez Hołownię niechcianej koalicji – idące osobno partie opozycji zbierają w sumie 51 proc. poparcia. A koalicja KO-PL2050-PSL „zaledwie" 42 proc. To znów nieprawda i tu znów policzyłem mandaty, a Hołownia tylko o nich opowiada mgliście i bez podania źródeł. Sondaż Ibris daje opozycji 50, nie 51 proc., wariant koalicji KO-PL2050-PSL istotnie daje tej koalicji 42 proc., to jednak nie jest całość poparcia opozycji, bo Lewica jednak nie wpada pod próg, ale uzyskuje 6 proc. Różnimy się więc co do faktów już na tak podstawowym poziomie. Ale nawet nie to jest najbardziej istotne. Ważniejsze jest, że wariant z silną listą koalicyjną daje opozycji wynik lepszy pomimo utraty głosów – 257 mandatów, licząc z Lewicą, lub 249 samej tylko koalicji. Osobny start wszystkich daje im w sumie mandatów 244. Przy 50 proc. głosów dla opozycji w stosunku do 38 proc. dla PiS i Konfederacji razem wziętych! Jak samopoczucie, drogi Eduardo? Trochę nieprzyjemnie dymi z uszu, prawda?

To są jednak wszystko drobiazgi – po co kruszyć kopie dla kilku mandatów i ryzykować dla nich w kosztownych koalicjach? Cóż, warto jednak sprawdzić, jak naprawdę zachowuje się algorytm podziału mandatów, zamiast polegać na partyjnych przekazach dnia. Jeśli opozycja ma 10 proc. przewagi i zdobywa w sumie 50 proc. głosów, PiS 40 proc., a Konfederacja 10 proc., to w każdym wariancie dwóch bloków – w każdym możliwym podziale głosów pomiędzy dwie listy opozycji – rządzi ten, kto dogada się z Konfederacją. Z wyjątkiem startu jedną listą – bo ona i tylko ona daje opozycji władzę. Dwa bloki wymagają do tego kilkunastoprocentowej przewagi, a sytuacja staje się bezpieczna dopiero przy rozkładzie 35 proc. PiS, 55 proc. opozycji i 10 proc. Konfederacji. I żeby Eduardo zrozumiał się ze mną właściwie – to nie jest realna prognoza szans przeżycia pięknej Milagros, to tylko czysto arytmetyczna ocena wydajności narzędzi, jakimi dysponujemy, skazani na scenariusz napisany przez D’Hondta niemal dwa wieki temu. Średnio licząc, podział na dwa bloki oznacza stratę w mandatach taką, jaką powoduje strata 5 proc. głosów. Dzieje się tak na wszystkich poziomach poparcia PiS i opozycji. Z jedną listą potrzeba o 5 proc. głosów mniej, by pozbawić PiS większości, o 5 proc. mniej, by uzyskać większość samodzielną, o 5 proc. mniej, by przełamać weto Dudy, i o 5 proc. mniej, by uzyskać większość konstytucyjną. Te 5 proc. głosów to około milion. Czysta arytmetyka – przeczyć jej byłoby, jak twierdzić, że ziemia jest płaska, albo krzyczeć „nie patrzcie w górę", jak we wspomnianym filmie Netflixa o scenariuszu może niezupełnie szekspirowskim, ale na pewno nie z taniego gatunku opowieści o Eduardo i pięknej Milagros.

W 2019 roku opozycja dostała w sumie 48 proc. głosów, a PiS - 43 proc. No, właśnie… Wspominając tamte wybory, wchodzimy jednak w kolejny rodzaj nieprawd, które Hołownia serwuje nam niestety co najmniej równie ochoczo, jak pozostali uczestnicy dialogu negacjonistów o listach. Dotyczą one nie arytmetyki, ale odkrywanych rzekomo mechanizmów polityki.

okulary ajurwedyjskie
okulary ajurwedyjskie  wikipedia

 Ajurwedyjskie okulary polityków

Te okulary przypominają durszlak, co wyjaśniam nieznającym tajników pradawnej hinduskiej medycyny – patrzy się na świat przez niewielkie otworki. Efekt podobny do zmrużenia oczu daje pozór ostrości widzenia. Oczywiście nie leczy i nie poprawia jakości obrazu. Hołownia, który w książce o doświadczeniach kampanii prezydenckiej opisywał własny proces przyswajania zasad profesjonalnej polityki, w rzeczywistości opanował własne techniki selektywnego widzenia, które dla profesjonalnej polityki są, owszem, typowe. Interesujące jest w tej sytuacji, na czym ma polegać oferowana przezeń nowa jakość, która tę politykę odmieni.

Opisuje więc Hołownia bardzo słusznie zjawisko niepełnej sumy elektoratów partii tworzących koalicję. Jako jeden z dowodów podaje przykład wspólnych kandydatów „paktu senackiego" – skądinąd jeden z moich ulubionych i dostarczający rzeczywiście twardych danych. Wspólni kandydaci trzech partii w wyborach senackich dostali mianowicie o 5 proc. głosów mniej niż trzy partie startujące osobno na osobnych listach sejmowych. Co silnie potwierdza tezę Hołowni – i moją, nieco inną, o którą teraz mniejsza. Ajurwedyjskie sito wyeliminowało bowiem z przekazu dnia Hołowni tę w rzeczywistości rozstrzygającą informację o rezultacie startu trzema blokami. Trzy bloki dały opozycji 5 proc. przewagi nad PiS, ale dały też PiS władzę. Bo jednak D’Hondt, drogi Eduardo, wypadało o tym wspomnieć, czyż nie? Ten wynik wyborów z 2019 roku był przy tym oczywisty – wynikał ze wszystkich dostępnych wówczas sondaży. Wystarczyło przeliczyć mandaty. Ale nikt ich nie policzył publicznie. Skandal z tym związany polegał na tym, że ta prosta i pewna kalkulacja musiała być znana partyjnym sztabowcom. Wiedzieli o tym i parli do pewnej klęski, opowiadając nam bajki o „walce o Polskę". Dlaczego wybrali klęskę i ściemę? Ano – Hołownia dobrze to wie, rozmawialiśmy także o tym – oni woleli ustawiać własne pozycje w plastikowym świecie telenoweli, niż walczyć jak bohaterowie Szekspira. Milczenie Hołowni o tym pokazuje, że sam gra dzisiaj po prostu tak samo.

Prawo zawsze niepełnej sumy elektoratów jest jednak równocześnie tym, co z własnych opowieści wypierają ci, którzy Hołownię chcą zmusić do uznania przywództwa Tuska. I co wypiera sam Tusk. Hołownia ma rację, twierdząc, że źle się bawi PO, oskarżając Lewicę o skłonność do zdradzieckich konszachtów z władzą. Po wszystkich pamiętnych głosowaniach, pomylonych przyciskach i podobnych wtopach, ten zarzut jest zresztą szczytem hipokryzji, ale istotnie ważniejsze jest tutaj, że demonstrowana wobec lewicy strategia „cięcia skrzydeł" jest w rzeczywistości samobójcza. Kosztuje utratę wyciętych elektoratów. Podobnie jak próba pomijania „tematów zastępczych" w poszukiwaniu politycznego centrum. Jak choćby aborcja – a przecież katalog spraw podobnie kłopotliwych stale rośnie. Obejmuje już dziś ludzi umierających na granicy, obowiązek szczepień i nawet praworządność – bo opozycyjne centrum nigdy nie poparło i nie poprze unijnej zasady „pieniądze za praworządność", uznając, zgodnie z propagandą PiS i zgodnie z sondażami, że nie godzi się patriotom szkodzić ojczyźnie na obcych dworach. Od dawna podobne zakłopotanie wywoływał projekt 500 Plus i właściwie wszystko, co ważne i co rodzi społeczne emocje. O tym jednak Hołownia nie mówi, posługuje się tu wyłącznie przykładem Nowej Lewicy, którą szlachetnie i odpowiedzialnie bierze w obronę. Dlaczego? Ano, oczywiście dlatego, że sam celuje w to samo centrum i musi tak samo kluczyć we wszystkich sprawach, w których kluczy również Platforma – bo czy robi to w jej imieniu Schetyna, Trzaskowski, Budka czy Tusk, różnice tkwią wyłącznie w zręczności sformułowań.

Konia z rzędem temu, kto wyjaśni, na czym mogą polegać rzeczywiste programowe różnice pomiędzy Tuskiem a Hołownią – poza tym oczywiście walorem Hołowni, który polega po prostu na tym, że nie jest Tuskiem, i który to walor znika natychmiast w sojuszu, o czym Hołownia wie i co jest prawdziwym uzasadnieniem jego postawy – w przeciwieństwie do opowieści o powinnościach wobec córek i ich pokolenia.

Hołowni wyjaśnienie skądinąd prawdziwego i dobrze potwierdzonego w danych prawa niepełnej sumy elektoratów jest jednak z gruntu fałszywe, kiedy przychodzi mu wyjaśnić, dlaczego wspólna lista musi te straty powodować. Pisze Hołownia, że wyborca Biedronia nie odda głosu na Gowina, który będzie wspólnym kandydatem opozycji. Rzecz w tym, że takiego wyboru na wspólnej liście sejmowej nie będzie. Jakkolwiek byłaby ta lista ustalana, najpewniej znajdzie się na niej i jeden, i drugi. Pisze to wszystko Hołownia w odpowiedzi Brejdygantowi, który dość wyraźnie sugerował – choć nieco naiwnie – taką strategię opozycji, w której wybór pomiędzy konserwatyzmem Gowina i progresywizmem Biedronia będzie możliwy również na wspólnej liście.

link do listu Stanisława Brejdyganta do Szymona Hołowni

Brejdygant zaproponował bowiem mianowicie, by Gowina i Biedronia oznaczyć na tej liście partyjnymi etykietami, dając obu szansę rywalizacji. To nie jest możliwe w obecnej ordynacji wyborczej, ale akurat na ten błąd Hołownia uwagi nie zwrócił, woląc zamiast tego zasunąć nam nieprawdę o zerojedynkowej sytuacji. Błąd Brejdyganta łatwo zaś poprawić, korzystając z podobnej propozycji od dawna zgłaszanej przez Marka Borowskiego – nie wierzę, że Hołownia jej nie zna i nie rozumie. Pamiętam własną rozmowę z Hołownią o wspólnej liście i prawyborach. Hołownia mówił wtedy, że prawybory i wspólni kandydaci mają sens włącznie w okręgach jednomandatowych. W rzeczywistości jest dokładnie na odwrót – szansę efektywnej mobilizacji wyborców i ich dodania dają właśnie wspólne listy, a nie jednomandatowe wybory, w których Biedroń musiałby przekazywać poparcie Gowinowi, co działa słabo i dobrze o tym wiemy. Hołownia to też wie i z pewnością rozumie – słuchając wyjaśnienia, kiwał głową we właściwych momentach i nawet na dowód zrozumienia kończył za mnie zdania. Dzisiaj udaje niezrozumienie, opowiadając nieprawdy. Wspólna lista nie musi odstraszać Gowinem, nikt tego nie proponuje, istnieje wiele z pewnością znanych Hołowni innych rozwiązań, których jednak on sam zaproponować nie chce. Dlaczego? Naprawdę w dobrej wierze, o której tak rzewnie zapewniał Brejdyganta?

 Współpraca? Nowa jakość? Jaka?

Hołownia dużo pisze o własnej gotowości do współpracy partnerskiej. Wśród wielu zaklęć o tym pojawia się zapewnienie, że ma nawet pomysł na taką współpracę. Czytając, czekałem na opis tego pomysłu. Daremnie – powinienem był wiedzieć z góry, kiedy tylko doczytałem do fragmentu o Eduardo i pięknej Milagros. Poza nieprawdami tekst jest o niczym. Jeśli nie liczyć zdań o ojcostwie i trosce ojca o przyszłe pokolenia, ale one należą do tak dla mnie odrębnego świata, że wolę w nim nie zakłócać spokoju Hołowni już niczym.

Zdolność Szymona Hołowni do politycznej współpracy mieliśmy przede wszystkim okazję zobaczyć w praktyce, a nie tylko w zaklęciach o entuzjastycznej gotowości do partnerskich relacji. Poza transferami, które mamy już najwyraźniej za sobą, okazją było ostatnio Porozumienie dla Praworządności i wspólna ofensywa opozycji, która odwracałaby pisowską demolkę sądownictwa, wykorzystując nacisk Unii Europejskiej, przed którym PiS tym razem ustąpić już musi. PL 2050 jednak nie podpisze projektu składanego w Sejmie przez pozostałe partie. Nie weźmie udziału w żadnej kampanii, która nie pozwoli zastosować tu „sejmowej arytmetyki" i posłać sprawy do sejmowej zamrażarki. Dlaczego?

Hołownia mówi o merytorycznych zastrzeżeniach do projektu Iustitii, który pozostałe partie decydują się dziś pod naciskiem organizacji obywatelskich przyjąć jako własny. Próbuję te jego zastrzeżenia traktować poważnie, co przychodzi mi z dużym trudem, skoro o sprawie dyskutują na niedostępnym dla mnie poziomie najwybitniejsi prawnicy, ich środowiska i organizacje.

Niech będzie, że podnoszony przez PL 2050 problem nie jest pusty. Z dwóch powodów stanowiska PL 2050 poważnie potraktować się jednak nie da. Pierwszy to ten, że czas na dyskusję i nawet daleko idące modyfikacje pierwotnego projektu mamy w trakcie normalnego procesu legislacyjnego, który da się tym razem prowadzić poważnie. To nie jest dobry demokratyczny zwyczaj, by pod sejmowe głosowanie posyłać projekt „gotowy", wytargowany w negocjacjach partyjnych liderów za zamkniętymi drzwiami. Miejscem ucierania stanowisk jest publiczna debata. Ona musi mieć wielu uczestników – z całym uznaniem dla Szymona Hołowni i jego sztabu ekspertów, należą do nich środowiska i grupy inne niż partyjne kierownictwa.

link do tekstu:  Prawie cała opozycja składa w Sejmie projekt przywracający państwo prawa

Po drugie i ważniejsze – skoro już wiemy, że narzędzia poprawy jakichkolwiek rzeczywistych wad projektu istnieją – istotny jest polityczny wymiar całej sprawy, a nie najważniejsze nawet szczegóły rozwiązań projektu. Otóż dobrze byłoby przypuścić wreszcie – na własnych tym razem warunkach – decydujący polityczny szturm w sprawie, która była przedmiotem największej kampanii opozycji w trakcie wszystkich lat rządów PiS. Kampanii, która doprowadziła do zatrzymania w martwym punkcie pisowskiej ofensywy przeciw sądom, która zdołała odwrócić politykę Unii wobec łamiących jej zasady państw członkowskich i dziś pozwala postawić PiS w sytuacji, której rezultatem może być wyłącznie odwrót w popłochu. Nie da się być politykiem i tego nie rozumieć. Nie da się znać polskiej rzeczywistości i nie wiedzieć, że wstrząsu tego rodzaju i rozmiaru władza PiS raczej nie zdoła przetrwać. Dlaczego więc Hołownia hamuje? Istnieje jedno wyjaśnienie, które ma szansę być prawdą. Najwyraźniej mianowicie kalkulacje PL 2050 zakładają konieczność trzymania dystansu zwłaszcza od PO. Tożsamość projektu Hołowni zniknie bez śladu w każdej rzeczywistej dyskusji – programowy spór musi być tutaj pusty. Celem projektu Hołowni nie jest więc przyszłość Polski – to nie perspektywa zatroskanego ojca nim powoduje. Jak wszyscy, tak również ów niosący „nową nadzieję" debiutant, gra na własną formację.

17 września 2021, prawybory węgierskiej opozycji, jeden z głównych kandydatów na premiera, burmistrz Budapesztu Gergely Karacsony
17 września 2021, prawybory węgierskiej opozycji, jeden z głównych kandydatów na premiera, burmistrz Budapesztu Gergely Karacsony  Fot. Bela Szandelszky / AP Photo

Skoro jednak wszyscy grają podobnie fałszywie, dlaczego to właśnie Hołownia tak bardzo mnie rozczarowuje? Otóż dlatego, że to on oferował „nową jakość" i rzeczywiście samym swym istnieniem taką nadzieję tworzył. Wśród potoku retorycznych figur o cyjanku zawiniętym w roladki z boczku, o pięknej Milagros i podobnych bzdurach, wymknął się Hołowni jeszcze jeden, niezamierzony konkret. Mowa była o wspólnych kandydatach opozycji na Węgrzech. Hołownia macha na nich ręką, sprawozdając coraz bardziej niepokojące notowania węgierskich sondaży. Przede wszystkim mówi jednak, że Węgrzy wystawili wspólnych kandydatów w okręgach jednomandatowych – w węgierskim systemie to te mandaty decydują. Mówi więc, że akurat to w Polsce mamy już za sobą – bo w jednomandatowych wyborach senackich istnieje przecież pakt. Zapomniał? Węgrzy swoich kandydatów wybrali w otwartych prawyborach, a w Polsce pakt zawarli bossowie we własnych gabinetach. Może nie zapomniał, ale pominął to jako nieistotny szczegół. Rosjanie powiedzieliby w obu przypadkach „frojdowskaja oszybka". Istotnie mówi to o „nowej jakości" proponowanej przez Hołownię w polityce w zasadzie wszystko, co wiedzieć trzeba.

Stary nowy feudalizm

Serce, głowa i ręce – w tej stylistyce, niezbyt szekspirowskiej, bardziej z opowieści o Eduardo i Milagros, opisywał kiedyś Hołownia ideę prawdziwie obywatelskiej, nowoczesnej polityki. Sam dziś oficjalnie dowodzi sercem – masowym ruchem PL 2050, który ma formalną postać demokratycznego stowarzyszenia i którym rządzi wola milionów. Głową jest think tank, Strategie 2050, zależne od ruchu, niezależne od partii. Partia to natomiast ręce – ledwie skromny wykonawca woli ludu i przemyślanych koncepcji „głowy".

Think tank jest autorem między innymi projektu reformy partii politycznych. Przyglądałem mu się uważniej niż innym projektom, bo reforma ustroju partii politycznych jest ważnym elementem programu Obywateli RP. Projekt Hołowni powstał zgodnie z „odruchem serca" albo – jak kto woli – wolą tysięcy obywateli. Jest wynikiem analizy ankiet zbieranych pracowicie i masowo wśród uczestników ruchu. Tej reformy chcą nasi wyborcy – powtarzają więc z tej i każdej innej okazji politycy PL 2050. Widziałem tę ankietę. Odpowiadano w niej na pytania zadane przez „głowę" i jej ekspertów. Dotyczyły natomiast te pytania wyłącznie transparentności partyjnych finansów i celów, na które mogą być przeznaczane. Nie dotyczyły ustroju partii i demokracji wewnątrz nich. Nie dotyczyły zasad wyłaniania kandydatów w wyborach. Ani systemu wyborczego. Wszystkie te rzeczy tworzą zaś sieć uwarunkowań decydujących o wodzowskiej naturze i skrajnie antydemokratycznym ustroju oraz praktyce funkcjonowania niemal wszystkich partii w Polsce – Zieloni są tu jedynym znanym mi wyjątkiem. Niewiele europejskich krajów reguluje prawem wewnętrzny ustrój partii, ale tam, gdzie tak się dzieje – np. w Niemczech lub Danii – prawdopodobnie wyłącznie PSL poza Zielonymi udałoby się w ogóle zarejestrować. W polskiej opinii publicznej nie istnieje świadomość znaczenia tego problemu i jego systemowych uwarunkowań. Dość łatwo byłoby jednak sobie uprzytomnić, że prawdziwie demokratyczna partia nie mogłaby przeprowadzić faktycznego zamachu stanu tak łatwo i sprawnie, jak to mógł zrobić zdyscyplinowany PiS. Dość łatwo uświadomić sobie również, że zawstydzające praktyki władzy PO-PSL w rodzaju dialogów w Sowie i Przyjaciołach były również możliwe wyłącznie w niedostępnych dla opinii publicznej zaklętych rewirach partyjnych kamaryli.

W proporcjonalnym systemie wyborczym o całej karierze polityka decyduje nominacja na listę kandydatów. Niewielu jest polityków, którzy potrafią sami zdobywać głosy – miażdżąca większość dzisiejszych parlamentarzystów to ludzie nikomu nieznani i rzeczywiście mierni, zawdzięczający swe pozycje partiom, nie sobie. Dokładniej mówiąc – szefom, którzy o nominacjach decydują w wąskich gronach, często po prostu jednoosobowo. Na tym polega władza w partii i w tym przypomina lenne nadania w feudalizmie. Na tym polega całość partyjnych karier. Nie na zdobywaniu poparcia wyborców, ale na zdobywaniu uznania na partyjnych dworach. Wybrani politycy z klucza zasilają potem partyjne gremia kierownicze i w ten sposób układ się zamyka. Wierne drużyny trwają przy szefach.

Proszę obejrzeć statut partii PL 2050 Szymona Hołowni. Jest najbardziej wodzowskim ze wszystkich znanych mi z Polski statutów. Polska 2050 tym zwłaszcza różni się od wszystkich innych partii, że całym jej kapitałem jest sam Szymon Hołownia. Zakres jego samodzierżawia nie da się porównać z żadnym z partyjnych bossów. Nowa jakość? Wolne żarty…

Szymon Hołownia – zachowujący dystans do Donalda Tuska ma wciąż walor świeżej odmienności. Jest niebagatelny i szkoda byłoby go stracić. Ma wciąż potencjalną zdolność przyciągania rozczarowanych zwolenników PiS, którzy na Tuska ani na PO nie zagłosują nigdy. Ma również walor przyciągania rozczarowanych i zniechęconych do kunktatorstwa, cynizmu i wiecznego kluczenia wyborców opozycji. Ten walor jest jednak jawną politykierską ściemą – infantylnym gadaniem właśnie jak z telenoweli o Eduardo i Milagros. Rozpłynie się najdalej po wyborach, kiedy – jeśli jakimś cudem w tym stanie rzeczy opozycja będzie je w stanie wygrać naprawdę – Hołownia w koalicji podzieli się z Tuskiem ministerialnymi posadami i wróci znany nam dobrze polityczny business as usual.

Dziś Hołownia marnuje potencjał tych, którzy rzeczywiście czekają na nowe. To dlatego rozczarowuje mnie bardziej niż najbardziej nawet fałszywa polityka o starszym rodowodzie. Jest bardziej szkodliwy, bo kanalizuje i niweczy istniejący realnie potencjał zmiany.

Jaki będzie efekt zwycięstwa tej mizernej polityki, jeśli ona rzeczywiście zdoła zwyciężyć, to już osobny i niestety ponury rozdział. Ma brunatną barwę Konfederacji. Jej pierwszym spektakularnym sukcesem będzie po wyborach sojusz z Dudą, którego weta nie da się bez Konfederacji przełamać, a kolejnym – całkowita społeczna delegitymizacja resztek demokracji III RP. Ćwiczyliśmy to 2015 roku. Teraz przećwiczymy bardziej. Z nową ekipą na silniejszej populistycznej fali.

Jeśli istnieje wciąż potencjał

W czysto strategicznym kontekście dyskusji o listach opozycji dzisiejsze wyzwanie musi się mierzyć ze sprzecznością, której oba zasadnicze bieguny pojawiły się pomimo całego fałszu w przekazie dnia Szymona Hołowni. Jednym z nich jest konieczność D’Hondta, której Hołownia usiłuje zaprzeczyć. To zaprzeczenie rzeczywistości oznaczać będzie stratę równoważną decydującym być może o wszystkim co najmniej 5 proc. głosów. To nie hipoteza politycznych spekulacji – to arytmetyczny fakt. Na drugim biegunie znajduje się prawo niepełnej sumy elektoratów koalicji, któremu przeczą z kolei Tusk i zwolennicy jednej listy – zwłaszcza kiedy Tusk z samobójczą nonszalancją wyklucza Lewicę jako partnerów z jednej strony, a z drugiej postulaty tak ważne i angażujące tak wielkie rzesze wyborców jak aborcja. Cięcie skrzydeł spowoduje stratę co najmniej tych samych 5 proc., które wspólna lista pozwala oszczędzić. To też nie spekulacje – to twardy fakt tkwiący w danych z wyborów. Na pozór wychodzi więc z grubsza na to samo – czy lista będzie jedna, czy ich będzie wiele, efekt w mandatach będzie z grubsza ten sam.

Wyjście z tej sprzeczności jednak istnieje. Są nim i wspólna lista, i angażujący wyborców spór oraz wybory – zatem lista wyłoniona w otwartych, demokratycznych, międzypartyjnych prawyborach. Nie da się tego pomyśleć, nie zdobywając się na odwagę przecięcia feudalnych obyczajów partyjnej polityki. To piekielnie trudne zadanie, które nie ma szans powodzenia bez silnej presji opinii publicznej.

Wymaga to także rzeczywistej nowej jakości w polityce. Nowej definicji centrum, które nie wykluczy najbardziej angażujących spornych spraw z politycznej agendy wyborczej i z listy najpilniejszych zadań do rozwiązania w przyszłym parlamencie. Centrum nie może i nie musi unikać „kontrowersji" co do aborcji i żadnej innej ze spraw podobnie zapalnych. Opozycja ani nie jest w stanie, ani nie wolno jej proponować wspólnie żadnej „aborcji bez granic", ale też żadnego aborcyjnego „kompromisu". Musi się jednak podjąć rozwiązania tego i innych konfliktów w sporze. Programem wspólnej listy opozycji jest protokół rozbieżności i lista spraw, których one dotyczą w największym stopniu. Polityczne centrum, którego szukamy, musi być tak szerokie jak spektrum całej demokratycznej polityki. Spór i otwarty demokratyczny wybór są siłą, a nie słabością demokratycznej opozycji.

listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    Ciekawy tekst, zyskałby na interwencji redaktora i skróceniu o połowę. Nie trzeba aż tak długiej argumentacji, żeby pokazać, że pan Hołownia w swoim eseju o cyjanku, Eduardo i Milagros mówi o niczym, a przede wszystkim zamyka oczy na rzeczywistość. Rację ma pan Kasprzak, kiedy stwierdza, że pan Hołownia idzie linią własnego politycznego interesu. Jest nim samodzielne wejście do sejmu. Nagrodą jest dotacja i możliwość rozbudowy 2050 i organizacyjnego jej wzmocnienia. Jak napisałem w komentarzy do tekstu pana Hołowni, to jest myślenie o wyborach w 2027, a nie o naprawie kraju, do której konieczne jest zdecydowane pokonanie mafii w przebraniu partii politycznej. Żeby zdecydowanie MWPPP pokonać, trzeba najpierw jak słusznie zauważa pan Kasprzak, ze zrozumieniem przeczytać ordynację i sposób dzialania d'Hondta.
    @kniszczycki
    Ale jak pisze Kasprzak Hołownia nie chciał słuchać analizy d'Hondta kiedy mu taką proponował.
    już oceniałe(a)ś
    18
    2
    @kniszczycki
    Zdaje się, że nawet w najgorszym scenariuszu Kasprzaka opozycja otrzymuje 244 mandaty, co oznacza przejęcie rządów. Większości konstytucyjnej nie będzie nigdy, w żadnym scenariuszu, chyba że zmiana Konstytucji będzie akceptowalna także dla Konfederacji - tu na pierwszy rzut dałbym zmianę ordynacji na proporcjonalną i wywalenie raz na zawsze do kosza D'Hondta, bo to główny niszczyciel polskiej demokracji. Ale na dziś, o ile nie dojdzie do jakiegoś kolapsu PiS (choć nie wiem co by się musiało stać, żeby ich elektorat otrzeźwiał), pora porzucić mrzonki o takiej większości.
    Oczywiście z punktu widzenia podobieństw elektoratu, podział na KO i Polskę 2050 jest sztuczny i nie ma sensu. O podobieństwach programowych trudno dyskutować, bo programów nie ma, poza jakimś ogólnym bełkotem.
    już oceniałe(a)ś
    9
    7
    @kniszczycki
    Ale wynim po i pis jest bardzo bliski. Za.chwile nastapi zmiama miejsc i wtedy hondt zacznie dzialac w druga strone.
    już oceniałe(a)ś
    5
    8
    @kniszczycki
    "że pan Hołownia idzie linią własnego politycznego interesu."
    Ależ to jest oczywiste i wielu o tym nieustannie pisze.
    Już sama nazwa to wskazuje! Kalkulacja Hołowni opiera się na tym, że teraz weźmie, co się uda, a za 10 lat przejmie większość z PiSu. Bo już za chwilę, już niebawem tam się zacznie robić ciekawie. ;)
    Jeśli mu się spełni, to może faktycznie zostanie potem prezydentem, a w 2050 roku przejdzie na zasłużoną emeryturę. ;)

    Wszyscy pomijają bardzo interesujący z punktu widzenia oceniania Hołowni fragment o statucie.
    "Jest najbardziej wodzowskim ze wszystkich znanych mi z Polski statutów"
    Nawet Kaczyński tak daleko nie poszedł. :)
    już oceniałe(a)ś
    15
    1
    @gaston
    Zmiana miejsc w sondażach, a nawet już po wyborach nie zapewnia żadnych korzyści z metody D'Hondta!
    Zapewniają ją tylko wygrane kandydatów opozycyjnych w okręgach wyborczych. Szczególnie tych, w których PiS zawsze jest mocny.

    P.S.
    Pozwolę sobie tutaj na uzupełnienie, bo jako odrębny komentarz zaginie w otchłaniach. ;)
    Przeczytałem jeszcze raz list/komentarz Pana Kasprzaka i zauważam ciekawostkę.
    W zasadzie skrytykował wszystkich od lewa do prawa. Nie dowiedziałem się jednak gdzie znajdą się Obywatele RP. Myślę, że pora by była, aby się jakoś określić. Bo niewykluczone, że jednak będą przyspieszone wybory.
    Na wiosnę odtrąbią pokonanie covida, potem zdarzy się jeszcze jakiś "pozytyw" dla propagandy. I na tej bazie, po drobnej poprawie sondaży, Kaczyński uzna, że chyba trzeba, bo lepszego momentu już może nie być.
    już oceniałe(a)ś
    11
    1
    Super.
    A ja się nie rozczarowałem, bo nigdy mnie nie oczarował.
    Nie oglądam tańców z gwizdami, a to teraz, to sylwek marzen.
    I grażyny, i dżesiki, i ...
    Niech będzie pochylony, ten kaznodzieja , januszy nadzieja.
    @bra-tanki
    Celnie,krótko i nie potrzeba długich artykułów,żeby powiedzieć wszystko o Hołowni.
    już oceniałe(a)ś
    27
    1
    @Nipo7@wp.pl
    Tylko to prześmiewcze przywoływanie imion poniżej pasa.
    już oceniałe(a)ś
    3
    11
    @bra-tanki
    Hołownia to narcyz i dawny telewizyjny błazen... Żaden z niego kandydat na polityka...
    już oceniałe(a)ś
    16
    1
    @bra-tanki
    Jagusia tak Ty jak i ja tańce mamy z głowy .
    już oceniałe(a)ś
    4
    0
    @bra-tanki
    Mnie też, nawet na moment nie przekonał.
    już oceniałe(a)ś
    0
    0
    Co do metody dHondta i polskich realiów. Nikt z komentatorów nie zwraca uwagi, że dziwny podział okręgów wyborczych w PL premiuje Pis i zapewni mu władzę nawet przy dwóch blokach i remisie. Okręgi pisowskie na południu i południowym wschodzie kraju liczą po 16-18 mandatów. Wyraźny zwycięzca weźmie tam po 10-12 mandatów z racji wielu biorących ilorazów (dHondt). Okręgi w rejonach opozycyjnych są podzielone drobniej - na 6-8 mandatów. Powoduje to, że dalsze i nadal wysokie ilorazy są już nie biorące (mandaty się wcześniej kończą). Np. w kręgu 6 madatowym zwycięzca z 39% głosów weźmie tylko o jeden mandat więcej niż drugi z 29%. Jedynym okręgiem opozycyjnym z dużą liczbą mandatów jest Warszawa.
    @lb
    Istotnie, z moich szacunków d"Hondtem wynika jednoznacznie, że uwzględnienie geografii wyborczej jest niezbędne. Ale komu by się chciało liczyć i w dodatku myśleć... Znacznie łatwiej rzucić kilka okrągłych zdań odwołujących się do jakiejś telenoweli (mi niestety wymienione imiona bohaterów nic nie mówią i czuję się wykluczony) i czekać na kolejną burzę.
    już oceniałe(a)ś
    19
    2
    @lb
    ale Warszawa ma mniej mandatów, niż wynika z liczby ludności, bo liczono według nieaktualnych danych.
    już oceniałe(a)ś
    15
    2
    @lb
    Dodam jeszcze jeden argument - ciągłe gadanie: kalkulator, D'Hondt i globalne wyniki wyborów.
    To nie ma znaczenia. Kilka milionów głosów więcej globalnie wcale nie musi się przełożyć na zwycięską ilość mandatów.
    Bo to w okręgach są dzielone mandaty.
    I to w okręgach trzeba z PiSem po prostu wygrywać, Prawie wszystkich. Czy to będą dwa bloki, czy jeden, ma już mniejsze znaczenie. Po prostu kandydat PiS musi być na drugim, a najlepiej na trzecim miejscu.
    Z tego względu wcale nie jest taka pewna teoria, że tylko jeden blok "da radę".
    Przy spadającym dla PiS poparciu wypychanie ich na trzecie miejsca drastycznie pozbawi ich mandatów.

    Cały problem w tym, że to - niestety - PiS będzie ustalał okręgi i, co jest oczywiste, zrobi to "pod siebie".
    Dlatego w "ich" okręgach muszą być mocni kandydaci opozycji. Na pewno jest to realne, gdy będzie jeden blok?
    już oceniałe(a)ś
    8
    2
    @lb
    Kilka istotnych merytorycznych uwag:
    1) obecny podział okręgów wyborczych obowiązuje od 2001 r. i nie był stworzony pod PiS. Przy tym podziale wygrywały różne partie i komitety.
    2) Nie ma okręgów z 18 mandatami;
    3) Jest tylko 1 okręg z 16 mandatami (Kielce) i leży on w centralnej Polsce a nie na południu lub południowym wschodzie;
    4) wśród okręgów po stronie opozycyjne są nie tylko 6-8 mandatowe. To nie jest prawda.
    20 mandatów ma okręg 19; 14 mandatów ma Wrocław, Kraków i Słupsk; 13 mandatów ma Toruń; 12 mandatów ma 9 okręgów po stronie opozycyjnej; 10 mandatów mają 3 okręgi;
    5) Nie ma w Polsce okręgu 6 mandatowego.
    już oceniałe(a)ś
    0
    1
    @lb
    Po to właśnie był przymusowy spis powszechny. Metoda na geograficzne ustalenie położenia potencjalnych wyborców. I nic innego.
    już oceniałe(a)ś
    0
    0
    Nie mam wątpliwości, że to najlepszy tekst rozważający warunki zwycięstwa opozycji w następnych wyborach i szanse na realne pro-demokratyczne zmiany po nich, jaki czytałem w ostatnich miesiącach. Doceniam zwłaszcza uczciwość intelektualną autora i zdolność do analizy - chłodnej, bazującej na faktach, a nie emocjach. Byłoby wspaniale, gdyby proponowany przez niego nowy paradygmat działania partii politycznych zyskał akceptację wśród liderów i członków ugrupowań. Niestety, nic nie wskazuje, aby to się mogło wydarzyć.
    @jes
    Zgadzam się. Przerażające jest to, że jedynie statut Zielonych spełnia normy obowiązujące w innych europejskich krajach i może o dziwo statut PSL. A co z resztą? Pytanie dlaczego tzw. komentatorzy sceny politycznej tego nie wskazują i nie krytykują. Pytanie dlaczego prawnicy zaangażowani w naprawę sądownictwa nie wskazują konieczności zmian dotyczących funkcjonowania partii politycznych, które w dużej mierze kształtują ustrój państwa (sejm).
    już oceniałe(a)ś
    5
    1
    Ostatnio Konfa Hołownię dogania w sondażach. Coraz blizej Nowoczesnej Bis.
    @kaczorciech
    I bardzo dobrze! Niech się goni z tym rozwalaniem opozycji!
    już oceniałe(a)ś
    3
    1
    Co za naiwność.

    Płaczek niczego nie mial naprawiać, to V-ta kolumna pedofilskiej mafii watykańskiej do spółki z SBekami z piSSu.

    Prawda o tej pacynce zaboli, ale warto z nią się skonfrontować zanim będzie za późno.
    już oceniałe(a)ś
    64
    13
    Bardzo słusznie, panie Pawle.
    Tyle, że ten projekt marketingu parafialno-popowego (od popa, nie popu) "Hołownia" nie marnuje, a zagospodarowuje. Na rzecz piss i jego orientalnych animatorów.
    To znany na rynku skarpet dla śpiochów model kanibalizacji sterowanej.
    Życzę dalszych racji, panie Pawle, nawet jeśli tylko pokazują, że lud ciemnogrodzki rozum i racje ma w ...tyle.
    @manaos
    Jeżeli dwóch dżentelmenów ma diametralnie różną opinię na temat problemów, które są w pełni algorytmiczne, to oznacza jedno. Jeden z nich wie co mówi, a drugi mówi co wie Tak jakoś dziwnie jestem po stronie autora artykułu.

    Jak wspomniałem to da się bardzo łatwo roztrzygnąć. Polska ma przecież najlepszych na świecie programistów, poza tym to Polak, choć dla wielu w Polsce niestety Żyd, ale za to całkowicie spolszczony Stanisław Ulam wymyślił metodę, która doskonale nadaje się roztrzygnięcia, który z dżentelmenów ma rację.

    Ta metoda to Monte Carlo. Napisanie programu to trywialny problem, należy zadać rozsądne warunki brzegowe dla każdej partii, nie ma też problemu by uwzględnić wspólne listy. Puścić program w pętli sto tysięcy razy, za każdym razem wpisując wynik do pamięci. Dane z pamięci stanowią doskonały materiał do analizy statystycznej. Otrzymany w ten sposób rozkład prawdopodobieństw jest jedynym poprawnym wynikiem.

    W skali od jeden do dziesięć trudność napisania takiego programu wynosi 1.
    już oceniałe(a)ś
    1
    2
    @calvados
    Tropienie Żydów to w Polsce syndrom nie algorytmiczny, a geograficzny.
    Wskazuje położenie tropiącego łba, zerojedynkowo, zakutego w granicach kacapii.
    już oceniałe(a)ś
    1
    0
    Hołownia to pis !!!!!
    @korekflorek
    Kościelna wtyka
    już oceniałe(a)ś
    1
    3