Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

DO SZYMONA HOŁOWNI

LIST OTWARTY

Szanowny Panie Szymonie,

Liczę na Pana. Oczekuję, że przeczyta Pan ten list z należytą uwagą i zechce głęboko zastanowić się nad paroma przemyśleniami, którymi się z Panem podzielę. A zatem. Los, wsparty niezwykłą pańską determinacją, konsekwencją i uporem sprawił, że stał się Pan osobą bardzo ważną, ba, więcej, w pewnym sensie decydującą – i o tym chcę właśnie pisać – w naszym życiu społecznym, w polityce.

Wparował Pan na polityczną scenę zaiste z impetem. Spełnił Pan oczekiwania wielu obywateli tego kraju, początkowo zatroskanych, zaniepokojonych rządami PiS, a dziś już wręcz przerażonych tymi rządami. Wielu z pańskich zwolenników, zgodzi się Pan, to rozczarowani dawni wyborcy Platformy Obywatelskiej, której rządy ich nie zadowalały, czy wręcz zawiodły. Na kogoś takiego jak Pan, można powiedzieć, że oczekiwano. I oto stało się, wiele od Pana zależy. Otóż, proszę sobie wyobrazić, staram się zrozumieć stan pańskiego ducha.

Stanisław Brejdygant, aktor, reżyser, scenarzysta, pisarz i dramaturgStanisław Brejdygant, aktor, reżyser, scenarzysta, pisarz i dramaturg Archiwum Autora

Najpierw, szczęśliwie, zawahał się Pan przed wzięciem udziału w politycznej szopce, jaką byłyby tak zwane wybory kopertowe – czego, niestety, nie można powiedzieć o dwóch innych partiach opozycyjnych – no a potem, zgoda, ma Pan prawo wyobrażać sobie, że mógł był Pan wygrać wybory prezydenckie, gdyby to Pana wystawiono. Jakby było, niestety, nie dowiemy się. Otóż mam jaką taką wyobraźnię, także empatię, no i doświadczenie długiego życia. Wystarczy tego aby wiedzieć (domyślać się, wyobrażać sobie), z jak mocno frustrującą sytuacją musiał był Pan się zmierzyć. Cóż, trudno wielkość czyjegoś ego zmierzyć. Można się jedynie domyślać, że jest ono duże, czasem bywa ogromne. I zostawmy ten temat. Chcę jedynie wyrazić swoją opinię. Uważam, że jest Pan (stał się Pan) politykiem zdolnym, powiem więcej, utalentowanym. A ponieważ znam trochę pańskie dawne, bardzo szlachetne dokonania, życzę Panu jak najlepiej. Jak to się mówi, trzymam kciuki za pańską, jestem przekonany, świetną karierę. Jest Pan wystarczająco młody, aby jeszcze wiele osiągnąć. Być może najwyższe urzędy. Kto wie, premiera, prezydenta. Ale tymczasem jesteśmy TU i TERAZ.

I od tego, jak Pan się zachowa, zależą losy pańskiej i mojej ojczyzny.

Proszę to sobie głośno przeczytać i w myśli powtórzyć. Otóż albo wrócimy do rodziny wolnych, europejskich, praworządnych państw, wrócimy, niestety, nie od razu – ten powrót potrwa, pozbawieni czci i wiary obecnie rządzący poczynili bowiem wszystko co w ich mocy, aby już osiągnięte zdobycze zaprzepaścić, aby uczynić nas niewygodnym, zawstydzającym członkiem Unii – do tak zwanego zachodniego świata, wraz ze wszystkimi jego respektowanymi wartościami zatem wrócimy, albo też staniemy się prowincjonalną autarkią, taką karykaturą republiki bananowej w samym środku Europy, skazaną na pełną (choć pewno zakamuflowaną) zależność od zbrodniczego władcy Kremla.

I co Pan na to? Czy zdaje sobie Pan sprawę, w jak nieprawdopodobnie odpowiedzialnej sytuacji Pan się znalazł? Tu pozwolę sobie na małą dygresję. O wartościach. W polityce. Ludzie nią parający się, moim zdaniem dzielą się na trzy kategorie. Największa, niestety, to, nazwijmy ich tak, politykierzy. Uwijają się w tym kotle głównie dla własnych korzyści. Druga to prawdziwi politycy. Ci, bywa, robią swoją robotę najlepiej jak potrafią. Czują się odpowiedzialni za los kraju, za los tych, którzy ich wybrali. I trzecia wreszcie kategoria, tych bywa mniej niż niewielu, to mężowie stanu. Ja w czasie mego długiego życia doświadczyłem obecności zaledwie kilku. A za prawdziwie największych uważam jedynie dwóch. To Winston Churchill i Nelson Mandela. Historia oddała im sprawiedliwość. Ich pomniki stoją blisko siebie, tuż obok Katedry Westminsterskiej w Londynie. Pierwszemu z nich, Churchillowi, zawdzięczamy, że żyjemy, że w Drugiej Wojnie Światowej ocalony został świat. To brzmi niewiarygodnie, ale tak było. Losy świata zależały od siły charakteru jednego człowieka. Przez kilkanaście miesięcy tylko Wielka Brytania, jedna wyspa, była w stanie wojny ze zwycięskim państwem nazistowskim, które zawładnęło całą prawie Europą. (USA trwały w izolacji, Sowiety w sojuszu z Hitlerem). I wszyscy, zgodnie z logiką sytuacji, wszyscy, rząd, własna partia, a nawet przyjazny mu król Jerzy VI, namawiają Churchilla do negocjacji. A ten tytan charakteru odmawia. Przyrzeka swoim nie profity, nie rychłe zwycięstwo, ale „pot, łzy i krew". Chyba właśnie to ten jego hart ducha udzielił się wielu i sprawił, że z wyspy wypłynęły tysiące łodzi, by uratować swoich, ewakuować nieomal całą armię z pod Dunkierki. Drugi z największych mego życia, Mandela, to jedyny w historii przywódca państwa, Chrześcijanin (a przy tym właśnie pragmatyk), który w polityce „dobrem zwyciężył". Gdyby nie on, gdyby nie jego Komisja Prawdy i Pojednania, co najmniej jedna trzecia Afryki spłynęłaby krwią, mogły były zginąć miliony. Oto człowiek – wzór człowieczeństwa. I, właśnie, dużo więcej niż polityk, mąż stanu. Człowiek, który po dwudziestu czterech latach ciężkiego więzienia potrafił niejako przejść do porządku dziennego nad swoim własnym losem, wyrzec się rewanżu i zaproponować pojednanie tym, którzy go prześladowali. Dla dobra bliźnich, dla dobra swego narodu, swego państwa. Cóż, myślę, że Pan, właśnie Pan, chrześcijanin, postępowanie Mandeli – nie do pojęcia, jestem tego pewien, dla dzisiejszych naszych rządzących „Polaków- katolików", tych od łamania Dekalogu na granicy z Białorusią – podziwia podobnie jak ja. I myślę, że podobnie jak ja, podziwia Pan także moc charakteru Winstona Churchilla. Bo też siła charakteru i wierność swym moralnym zasadom (Pamięta Pan Herberta? „Bądź wierny. Idź") to niezbędne cechy ludzi wybitnych, żeby nie powiedzieć wielkich. Ja dodałbym tu jeszcze jedną, mym zdaniem także niezbędną cechę takich ludzi. To wielkoduszność.

I tu przechodzimy do meritum. Bo mój list do Pana to w gruncie rzeczy apel. O rozsądek, odpowiedzialność i – właśnie – wielkoduszność. O zdobycie się na wyjście ponad pozycje polityka, który, co naturalne, zrozumiałe, wie, co to strategia i co to taktyka. Wie, że celem jego działań jest osiąganie kolejnych celów. No i dochodzimy do sedna.

Cel bowiem jest dzisiaj jeden. Najważniejszy. Ocalenie ojczyzny. Aby ojczyznę ocalić, trzeba WSPÓLNYMI SIŁAMI pokonać tych, którzy dla niej są śmiertelnym zagrożeniem, tych, którzy dziś są u władzy.

Założona przez Pana partia i jej zwolennicy to ogromna rzesza ludzi. Według badań opinii jest to druga siła po stronie opozycji. Obok Platformy Obywatelskiej. Właśnie: obok. A nie naprzeciw. Nie chcę uwierzyć, by osobiste ambicje: kto też dziś ma stać na czele (kto aspiruje, kto zasługuje etc.) zjednoczonej opozycji mogły przesłonić Panu cel nadrzędny. Powtórzę: ocalenie ojczyzny przed śmiertelnym niebezpieczeństwem. Przecież zwycięstwo PiS, wciąż przy obecnej ordynacji wyborczej i usilnych, wiadomo jak nieuczciwych, „staraniach" (patrz PEGASUS) wciąż nam grozi. A co by ono oznaczało? Nie przesadzę: utratę szansy bycia wolnym krajem, cofnięcie się o stulecie, jakby do czasów rozbiorów. A może być i gorzej, gdy wyobrażę sobie maszerujące ulicami bojówki Bąkiewicza, broniące „polskości" panującego reżimu.

Panie Szymonie, powtarzam mój apel.

Na strategie i taktykę, na normalną politykę przyjdzie czas. Potem. Gdy zasiądziecie w ławach poselskich, w prawdziwym Sejmie Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, dziś zamienionym w karykaturę parlamentu.

Przed Panem, powtórzę, być może piękna przyszłość. W służbie narodu i państwa. Ale też, jeśli nie daj Boże, zwyciężą w Panu prywatne, doraźne ambicje (owa nieszczęsna taktyka, bo na strategię chyba już za mało czasu), to, straszne co powiem, zostanie Pan zapamiętany jako grabarz ostatniej szansy na uratowanie ojczyzny. Chcę wierzyć, że uczyni Pan jedyny właściwy wybór.

PS. Przyznam, że trudno mi zrozumieć istotę sporu o tak zwaną wspólną listę zjednoczonej opozycji (a wszak tylko taka jest w stanie zapewnić zwycięstwo w wyborach). Wiem, że przy ordynacji proporcjonalnej bój zwykle toczy się o miejsca na listach. O tak zwane jedynki, no, jeszcze dwójki. Otóż w wypadku wspólnej listy wystarczy – tak myślę – przy nazwisku kandydata w nawiasie dodać: PO, HOŁOWNIA, PSL, LEWICA. W ten sposób numer przed nazwiskiem przestałby być ważny. Wyborca stawiałby znak przy nazwisku kandydata ze „swojej" partii, niezależnie od tego, jaki miałby on numer.

Stanisław Brejdygant

Ur. w 1936 r., aktor, reżyser, scenarzysta, pisarz i dramaturg

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.