Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Rozmowa z Krystyną Kacpurą, prezeską Fundacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny FEDERA

Anita Karwowska: Mija rok, odkąd obowiązuje zakaz aborcji z powodu ciężkiej wady płodu. Rząd odczekał kilka miesięcy od wydania wyroku przez Trybunał Konstytucyjny Julii Przyłębskiej i opublikował go 27 stycznia 2021 r.

Krystyna Kacpura: To był rok ogromnego cierpienia kobiet. Radość z macierzyństwa jest dziś zastępowana przez strach. Zniknęła jedna z trzech przesłanek do legalnej aborcji, ale w wyniku zmiany prawa wielu lekarzy nabrało przekonania, że nie można również wykonać aborcji w celu ratowania zdrowia i życia kobiety. Nieliczni - z nimi ściśle współpracujemy - nadal pomagają kobietom.

Fundacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny, jak również rzecznik praw obywatelskich uważają, że obecna sytuacja prawna łamie konstytucyjny zakaz tortur. Mówił o tym również specjalny sprawozdawca ONZ ds. przeciwdziałania torturom.

Namawiamy kobiety, by w razie odmowy aborcji żądały od szpitala decyzji na piśmie. To dla nas ważne, bo możemy dzięki temu wytaczać sprawy przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka, interweniować u rzecznika praw pacjenta, krajowego konsultanta ds. ginekologii. Wszystko toczy się jednak bardzo wolno. Mimo naszych próśb konsultant nigdy nie wydał stanowiska dla lekarzy, jak mają postępować w przypadku zagrożenia zdrowia psychicznego kobiety w ciąży.

Niedawno Uniwersytecki Szpital Kliniczny w Białymstoku uznał, że zły stan psychiczny kobiety, która dowiedziała się o wadzie letalnej płodu, potwierdzony przez psychiatrę, nie uzasadnia prawa do aborcji.

U płodu wykryto bezczaszkowie, ale lekarze kazali czekać tej kobiecie na samoistne obumarcie płodu. Z dnia na dzień była w coraz gorszym stanie psychicznym. Pomogłyśmy jej, miała terminację w innym szpitalu.

Wszystko zależy obecnie od tego, gdzie kobieta w ciąży trafi. W jednym szpitalu usłyszy, że lekarze nic nie mogą zrobić, w innym - na podstawie tych samych wyników badań i dokumentów - pacjentka kwalifikowana jest do zabiegu.

Oczywiście takich miejsc, gdzie się pomaga, jest znacznie mniej, czasem kobiety są zmuszone pokonywać setki kilometrów od domu, by otrzymać tę pomoc.

Zakaz aborcji. Dlaczego szpitale kierują się opinią Ordo Iuris, nie RPO?

Co przesądza o tym, jak zachowuje się dany szpital?

Szpital w Białymstoku jest pod wpływem Ordo Iuris. W oświadczeniu dyrekcji wyjaśniającej przyczyny odmowy aborcji jest odwołanie do opinii Ordo Iuris, z której treści wynika, że zaburzenia psychiczne matki nie stanowią podstawy do terminacji ciąży.

Dlaczego szpital kieruje się właśnie tą opinią, a nie oświadczeniem RPO, według którego niezgodne z prawem jest nietraktowanie zaburzeń psychicznych jako choroby i który podkreśla, że obecnie obowiązująca ustawa antyaborcyjna jest niezgodna z Konstytucją RP, ponieważ narusza art. 40 o zakazie stosowania tortur oraz nieludzkiego, poniżającego traktowania albo karania?

Również Światowa Organizacja Zdrowia mówi, że nie można zdrowia dzielić na psychiczne i fizyczne, jedno przekłada się na drugie. Nic dziwnego, że polska psychiatria jest w takim kryzysie, skoro zdrowia psychicznego nikt nie traktuje tu poważnie.

Psychiatrzy mówią nam, że każda ciąża z płodem z wadą letalną od początku bardzo wpływa na stan psychiczny kobiety. Wiele z nich potrzebuje potem terapii.

A odnoszę wrażenie, że lekarze ginekolodzy nie wierzą psychiatrom, którzy wydają opinie dotyczące stanu psychicznego kobiet w takiej sytuacji. Są w stanie powiedzieć: po pani nie widać, że przeżywa to pani jakoś specjalnie.

Co z takim stwierdzeniem ma zrobić pacjentka? Rozpłakać się w jego gabinecie, żeby nabrał takiego przekonania?

Przeczytaj także: "Psychiatrka: Wystawiam zaświadczenia, które mogą być podstawą do legalnej aborcji. Czuję się zastraszana"

Ale zdarzają się też sytuacje skrajne w drugą stronę. Pacjentka w ciąży z wadą letalną została odesłana do szpitala psychiatrycznego. Wyszła na własne żądanie, bo plan był chyba taki, by przetrzymać ją tam do porodu.

Wiemy też o kobiecie we wczesnej ciąży z ciężką wadą, leczonej psychiatrycznie w wojewódzkim mieście, której szpital odmówił aborcji, po czym nasłał do jej domu policję, mówiąc, że zamierza wypić jakiś płyn, by poronić. Nic takiego nie miało miejsca.

Czy psychiatrzy są dziś pod presją, aby nie pomagać kobietom?

Niektórzy tak, ale też po tym, jak głos w tej sprawie zabrał RPO, dołączają do nas nowi lekarze gotowi pomagać.

Zakaz aborcji. Pacjentki z bezwodziem, który prowadzi do śmierci płodu, są wypisywane ze szpitala do domu. "Jeśli coś się stanie, będzie to wina kobiety, bo zgłosiła się za późno"

Co się zmieniło po śmierci Izabeli z Pszczyny? Przypomnijmy: trafiła do szpitala w 22. tygodniu ciąży i usłyszała diagnozę: bezwodzie. Lekarze czekali, aż serce płodu przestanie bić. Pacjentka pisała ze szpitala, że jej sytuacja wynika z zakazu aborcji. Po niespełna dobie kobieta zmarła w wyniku wstrząsu septycznego.

Byłam pewna, że tamta sytuacja zrewiduje postępowanie lekarzy w tego typu przypadkach, że pochyli się nad tym Ministerstwo Zdrowia, kobiety poczują się bezpieczniej.

Jest odwrotnie. Od tamtego czasu [sprawa została ujawniona w listopadzie 2021 r.] miałyśmy bardzo wiele interwencji w podobnych sytuacjach.

Dokument przygotowany przez MZ nie wyczerpuje tematu, nie jest dla lekarzy specjalnie pomocny. W pierwszym zdaniu zapewnia o tym, że najważniejsze są zdrowie i życie kobiety, jednak w następnych punktach wybrzmiewa, że ważniejszy jest płód.

Dostajemy bardzo wiele telefonów od kobiet - i z mniejszych miejscowości, i z dużych miast - które mówią, że zostały wypisane ze szpitala z bezwodziem albo z małowodziem w 16.-21. tygodniu ciąży. Czyli w takiej samej sytuacji, która spowodowała śmierć Izabeli.

Po wstępnych badaniach i podaniu antybiotyku lekarze odsyłają takie kobiety do domu z poleceniem samoobserwacji ruchów płodu i z dyspozycją, by zgłosiły się do szpitala, gdyby ich stan się pogorszył. Lekarze mówią, że nic nie mogą zrobić, dopóki nie ustanie tętno płodu.

Doprecyzujmy: pacjentki z bezwodziem - który prowadzi do śmierci płodu, a może również spowodować sepsę i śmierć kobiety - są wypisywane do domu, aby tam czekały na rozwój wydarzeń, czyli na śmierć płodu i możliwe, że własną. Lekarze boją się trzymać te pacjentki na swoich oddziałach?

Robią to ze świadomością, że sepsa może się pojawić nagle i szybko zdewastować zdrowie, doprowadzić nawet do śmierci. Wygląda na to, że nauczeni doświadczeniem z Pszczyny lekarze chcą uniknąć odpowiedzialności. Jeśli coś się stanie, będzie to wina kobiety, bo zgłosiła się za późno.

Wiemy o takich przypadkach w Rudzie Śląskiej, Rzeszowie, Gdańsku, Poznaniu, we Wrocławiu i w Pile. Poprosiłyśmy o interwencję RPO, który skontaktował się w tej sprawie z Narodowym Funduszem Zdrowia i rzecznikiem praw pacjenta.

Jak to możliwe? Nieudzielenie pomocy osobie w zagrożeniu życia jest karalne.

Przeczytam pani coś, dobrze?

Proszę.

"Mam na imię Anna, mam 32 lata. Proszę o pomoc. W nocy z 5 na 6 stycznia pękła mi błona płodowa i zaczęły sączyć się wody. Zostałam przyjęta do szpitala z zakażonym organizmem. Otrzymałam antybiotyk. Po dwóch dniach stwierdzono bezwodzie. Wody już się nie zbierają, a błony nie da się zakleić. Dziecko jest zbyt małe, aby wdrożyć sterydy, przez co jego płuca nie będą się już rozwijać. Lekarze mówią, że nic nie da się zrobić. Mamy czekać, aż serce dziecka przestanie bić i poronię. Albo mój stan pogorszy się tak, że będzie bezpośrednie zagrożenie mojego życia. W przeciwnym razie są bezsilni. Sytuacja określona jest jako bardzo ciężka, zagrożenie utraty dziecka jest bardzo duże. Dziś kończę brać antybiotyk. Mam monitorować ruchy płodu, robić co kilka dni USG. Jestem kompletnie załamana, boję się, że za chwilę zacznę siebie nienawidzić. (...) Zwracam się do was po pomoc, gdzie mogłabym w bezpieczny sposób zakończyć tę ciążę".

W przypadku Izabeli też czekano do końca.

Dziś każda z kobiet w takiej sytuacji i ich partnerzy żyją w ogromnym strachu - strachu przed śmiercią.

Czy jesteśmy wobec tego bezradni?

W fundacji robimy to, co do nas należy, i to, co możemy zrobić. Ale jesteśmy bezradne w relacjach z instytucjami państwa, one na nasze pytania i interwencje nie odpowiadają. Codziennie pomagamy kilku kobietom.

W ciągu ostatniego roku odebrałyśmy ponad 15 tysięcy telefonów, odpowiedziałyśmy na 20 tysięcy maili. Żadna z kobiet, które skontaktowały się z nami, nie została bez wsparcia. Monitorujemy każdą sprawę od początku do jej zakończenia.

Wyrazy wdzięczności od kobiet i podziękowania pozwalają nam - mimo ogromu zmęczenia, pokonywania wielu barier, także administracyjnych - działać dalej. To nasze działanie to zwyczajnie egzekwowanie wciąż obowiązującego prawa, które mówi o zagrożeniu zdrowia lub życia kobiety. Ratujemy zdrowie, ale też pewnie życie wielu kobiet.

Interweniujemy też za granicą, występujemy przed ETPC. Ale wiadomo, jak dziś rząd traktuje zalecenia instytucji międzynarodowych i wyroki sądów.

Śmierć Izabeli poruszyła Polskę tylko na chwilę. Władza się nie ugięła, nie zmieniła prawa. A społeczeństwo jest już tą bezsilnością i lękiem zmęczone.

Co pani sądzi o obecnej postawie lekarzy? Politycy, którzy byli za zakazem, dziś na lekarzy zrzucają winę, tak jak po śmierci 30-letniej Izy. To im na rękę - odpowiedzialnością obarczać ludzi, nie system, którzy stworzyli. A lekarze tłumaczą się przepisami. To strach? Czy może prawo teraz idzie po linii poglądów lekarzy?

Nieraz słyszę o ordynatorach oddziałów, którzy odwracają się na pięcie od pacjentki, stwierdzając: nic nie zrobimy, takie jest prawo.

Na pewno dyrektorzy szpitali i ordynatorzy powinni wyegzekwować od resortu zdrowia i od konsultanta krajowego procedurę medyczną wobec ciąż z wielowadziem i bezwodziem.

Czy rzeczywiście trzeba czekać na ustanie tętna płodu, który i tak nie urodzi się żywy albo umrze tuż po porodzie? Czy trzeba zmuszać kobiety do takich cierpień? Czy prawo nakazuje ryzykowanie zdrowia kobiet? Czekaniem?

Taki dokument spowodowałby, że lekarze nie mieliby wątpliwości, że decyzja o ratowaniu zdrowia i życia kobiety należy do nich, a nie prokuratorów i polityków.

Jednocześnie chcę podkreślić, że przez 30 lat mojej działalności w obszarze praw kobiet nie słyszałam o ani jednym przypadku pociągnięcia do odpowiedzialności karnej lekarza za terminację ciąży z powodu zagrożenia zdrowia i życia kobiety.

Lekarze nie powinni więc ulegać temu zastraszaniu, które ma teraz miejsce. Chociaż... czy oni się boją? Myślę, że to nie jest strach, to po prostu koniunkturalizm. I za to mam do nich pretensje.

Zgłosiła się do mnie pacjentka, która miała opinie dotyczące przebiegu ciąży od czterech lekarzy i każda była inna. Żaden z nich nie chciał jednoznacznie się wypowiedzieć, czy dostrzega wady płodu. Mimo że w 18. tygodniu ciąży odpłynęły wody tej kobiecie, kluczyli tak, by nie powiedzieć, że płód nie przeżyje.

Gdzie się podziała empatia lekarska? To prawo jest okrutne i nieludzkie, ale tym bardziej lekarze powinni być ludzcy, szczególnie w tych najtrudniejszych sytuacjach. Każdego lekarza, który tak się zachowa, będziemy bronić wszystkimi środkami.

Pani ma telefony do lekarzy z empatią.

I dlatego nie chcę krytykować całego środowiska. Wielu z tych lekarzy pomagających kobietom to dziś moi przyjaciele, chociaż nie widzieliśmy się osobiście. Mnóstwo razem przeszliśmy, odbieramy od siebie telefony o różnych porach dnia i nocy. Ile byłoby takich śmierci jak Izabeli, gdyby nie to nasze pogotowie.

Kontakt do Fundacji FEDERA:

Mail: info@federa.org.pl, tel. 22 635 93 95/92

Pilne interwencje (zagrożenie zdrowia lub nawet życia): 501 694 202; 663 107 939

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.