Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Autorka jest nauczycielką

Właśnie się dowiedzieliśmy, że ze słynnej już prywatnej skrzynki ministra Dworczyka wypłynęły maile, które w zasadzie były instrukcjami do medialnej pacyfikacji nauczycielskiego strajku z 2019 r.

Anna Mierzyńska, badaczka internetu, już wtedy odkryła (i opisała na łamach "Wyborczej") wyjątkowe zaangażowanie hejterów, ujawniając strategię obelg i zniesławiania nauczycieli oraz działaczy oświaty. Teraz maile Dworczyka to potwierdziły.

To porażająca prawda. Oczywiście wówczas nikomu do głowy nie przyszło, że urzędnicy i rządowi PR-owcy mogli z taką premedytacją zaplanować zniszczenie naszego protestu i jego koordynatora Sławomira Broniarza. Dziś już wiadomo – na wszystko zgodę dał premier Mateusz Morawiecki.

Pozbawienie wiarygodności ZNP miało zarazem uderzyć w strajkujące środowisko nauczycielskie, osłabić sens całego przedsięwzięcia, a nauczycieli "dobić i poniżyć falą hejtu". Tak działa system opresji.

Od kiedy edukacja dostała się w ręce PiS w 2015 r., można było się domyślić, że to w szkole partia zechce stworzyć miejsce narodowej tresury. Nauczyciele i nauczycielki odczuli to dotkliwie, mierząc się nie tylko z dewastacją szkolnictwa zapoczątkowaną przez Annę Zalewską (likwidacja gimnazjów, upchnięcie treści programowych w wyższych klasach szkoły podstawowej, odcinanie uczniów od aktualnych problemów społeczno-naukowych), ale również z brakiem regulacji w zakresie podwyżek wynagrodzeń za pracę.

I najważniejsze – PiS przy pomocy swoich (nad)zwyczajnie uległych urzędników lekceważył nauczycieli i odmawiał nam prawa współtworzenia szkoły. Właśnie te czynniki mocno wpłynęły na decyzję o rozpoczęciu strajku. Od początku czuliśmy, że to historyczna chwila, nowa solidarność edukacyjnej Polski. Legalny strajk rozpoczął się prawie w 16 tys. placówek (zastrajkowało 70 proc.) i codziennie przez trzy tygodnie dyżurowaliśmy z przekonaniem ratowania szkół i obrony swojej godności, domagając się słusznych podwyżek płac (o tysiąc złotych). Zyskaliśmy poparcie rodziców i – co najważniejsze – samych uczniów, choć był to czas wyjątkowego napięcia, bo strajkowa fala wzbierała tuż przed egzaminami szkolnymi we wszystkich typach szkół.

Siłą okazania naszych postulatów był wielki marsz nauczycielek i nauczycieli z całej Polski pod ówczesny MEN (23 kwietnia 2019). To było niesamowite przeżycie, bo chyba po raz pierwszy nie mogliśmy się policzyć, mówiliśmy jednym głosem, wspólnie skrytykowaliśmy ruinę polskich szkół.

Tamte zdarzenia w konfrontacji ze skrzynką Dworczyka układają się teraz w pewien ciąg. Pierwszy tydzień straży strajkowej był bardzo żywiołowy, a przekonania o zwycięstwie silne. Rozmowy, wsparcie ze strony rodziców, oflagowane szkoły – nieugięta wola i optymizm. Nikt nie sądził, że ktoś nas gdzieś popycha  – wynajęty troll, hejter, fałszywe sondaże, manipulacja rodzicami, wrogość urzędników. Natomiast pojawił się motyw zabrania pensji za strajk – tym grano mocno i tym nas dzielono. Nic dziwnego, że pojawił się lęk.

Swoje zrobiły komunikaty w TVP, że egzaminy w szkołach przeprowadzą osoby postronne, że rząd da sobie z nami radę. Czuliśmy, że ktoś wszedł między nas i cynicznie dezorientował.

Kiedy zauważyliśmy nieustanną w rządzie i PiS pogardę dla naszej grupy zawodowej i krętactwa w odniesieniu do podwyżek (15 proc. rozciągnięte na miesiące),

zaczynało do nas docierać, że właściwie nasz bunt zmienił się już tylko w krzyk o honor bycia nauczycielką, nauczycielem.

Rząd ani razu nas szczerze nie wysłuchał i aż dziwi to, jak naiwnie zamachnęliśmy się na władzę.

Pamiętam swoisty rodzaj skamienienia i straszny smutek, kiedy 26 kwietnia strajk został zawieszony.  Płacz też był. I ta wściekłość, że rządząca grupa po to zdobyła władzę, żeby poniżać kształcenie w demokracji, a nie wspierać nowoczesną szkołę.

Zostaliśmy z niczym do dzisiaj. Od tamtego momentu widzimy to jasno i choć nie ma najmniejszych wątpliwości, że obecna formuła władzy i PiS się wyczerpała, to wciąż na nauczycieli i uczniów spadają kolejne ciosy.

Wiemy to już od 2015 r. Szkoła to newralgiczny punkt wszystkich rządów, ale takiej polityzacji i aktywnego poniżania inteligencji jak obecnie trudno chyba byłoby szukać od czasu nagonek Lenina.

Wydaje się, że od tamtego strajkowego czasu zmienili się też sami nauczyciele. Nie wiem, czy można ciągle powtarzać, że czujemy się upokorzeni czy bez sił.

Nauczyciele w szkole po prostu idą swoją drogą. I życzę także sobie: nie upadajmy. Mamy ten strajk w sobie.

listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.