Podczas "Sylwestra marzeń" w tłumie zorganizowanym przez pana Jacka Kurskiego ludzie stali jeden przy drugim przez wiele godzin i dosłownie czuli na karku czyjś oddech.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Na koncercie organizowanym przez TVP pojawiło się ok. 40 tys. ludzi. Nawet nieprzesadnie restrykcyjny rząd uznał, że spotykanie się ludzi w grupach powyżej 100 osób stanowić może poważne zagrożenie epidemiologiczne, i dlatego takich zgromadzeń zabronił. Tutaj pod egidą, a nawet za namową (intensywna akcja reklamowa) instytucji rządowej, jaką jest TVP, spotkało się 400 (!) razy więcej osób niż dopuszczalna norma, norma i tak już przez większość lekarzy uważana za niewystarczającą.

Jak widać w relacjach, bawiący się ludzie nie przestrzegali jakiegokolwiek dystansu społecznego, prawie nikt nie miał też założonej maseczki. I trudno się temu dziwić. Turyści przyjechali do Zakopanego, żeby się dobrze bawić, uczcić nadchodzący nowy rok, choć na chwilę zapomnieć o różnych swoich problemach, o pandemii, o drożyźnie, o ratach kredytu.

Poza tym telewizja publiczna od wielu dni zapraszała do udziału w "Sylwestrze marzeń", a rząd z tej okazji zawiesił wszelkie restrykcje.

Przy takim przyzwoleniu władz i zachęcie publicznego nadawcy trudno oczekiwać, żeby to akurat zwykli ludzie mieli zachowywać się najbardziej odpowiedzialnie.

Argument mówiący o tym, że zabawa odbyła się na zewnątrz, jest nie do obronienia. Po pierwsze, zanim turyści stali się publicznością, przez cały dzień stali w kolejkach, siedzieli w restauracjach, chodzili po Krupówkach. Chyba nikt nie zamknął się w czterech ścianach pensjonatu. Po drugie, nie mówimy tutaj o tłumie dynamicznym, którego uczestnicy szybko się przemieszczają z miejsca na miejsce i są blisko siebie maksymalnie kilka minut. W tłumie zorganizowanym przez pana Jacka Kurskiego ludzie stali jeden przy drugim przez wiele godzin i dosłownie czuli na karku czyjś oddech.

Tyle że nikt nie wie, czy w danej chwili jest nosicielem choroby, czy nie jest. Statystycznie tych nosicieli w Zakopanem było kilka tysięcy więcej po "Sylwestrze marzeń" niż przed nim. Wszyscy oni przywieźli koronawirusa do domów i miejsc pracy. Część z nich nie będzie miała żadnych objawów, część z nich przejdzie chorobę łagodnie, część trafi do szpitala, część - umrze. Ta ostatnia grupa może liczyć nawet kilkadziesiąt osób. Jeśli ktoś uważa się za lepszego statystyka i twierdzi, że osób tych może być "tylko" dziesięć albo nawet pięć, to proszę wytłumaczyć, która liczba jest do zaakceptowania, do ilu ofiar możemy mówić, że impreza była udana, że się opłaciła?

Koncert sylwestrowy to od wielu lat jedna z najważniejszych imprez dla wszystkich wiodących telewizji w Polsce. Organizujące je stacje chwalą się zgromadzoną przed telewizorami publicznością. Im większa jej liczba, tym większy prestiż i oczywiście zyski z wpływów reklamowych. Od dwóch lat TVN zrezygnował z organizacji koncertu. Komercyjna telewizja zrezygnowała z ogromnych pieniędzy, bo uważa, że ważniejsze od zysków jest zdrowie telewidzów. Telewizja publiczna bagatelizuje zagrożenie nie dlatego przecież, że naprawdę wierzy w to, że wirus wziął sobie na jeden dzień wolne. Po prostu dla publicznej telewizji pieniądze są ważniejsze niż publiczny interes, niż zdrowie, a nawet życie "ciemnego ludu". Poza tym możliwość wpisania przez prezesa na Twitterze: "Sylwester marzeń w Zakopanem i wyniki marzeń" - bezcenne.

Janusz Pawlak

listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem