Taki świąteczny apel kieruję do politycznych liderów, ludzi mediów oraz aktywistów ruchu obywatelskiego protestu. To też moje świąteczne życzenie dla wyborców, należy się im wreszcie prawdziwa reprezentacja, bo dotąd byli ofiarami w politycznej wojnie elit
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czego życzę w skrócie:

  • Jednej listy opozycji w wyborach – każda inna strategia oznacza porażkę.
  • Lista musi zostać wyłoniona w prawyborczym głosowaniu obywateli, a nie wytargowana w partyjnych gabinetach – twarde dane pokazują, że tylko wtedy będzie skuteczna.
  • Głosowanie na kandydatów z tej listy musi być większościowe i również twarde dane za tym przemawiają bardzo mocno.
  • Wszystkim nam życzę zdolności do poważnej rozmowy o tym. Zamiast czekania, aż w zaciszu gabinetów „dojrzeją decyzje politycznych liderów".

Uzasadnienie wymaga skupienia, którego w dzisiejszych czasach trudno oczekiwać, zwłaszcza od polityków. Mimo to spróbuję o nie prosić w przedświątecznej atmosferze.

***

Nie ma sensu opisywać skali upadku, jakiego doznaje polskie państwo i społeczeństwo pod rządami obecnej władzy. Znamy to wszyscy na pamięć i wypadałoby wreszcie dołożyć cokolwiek do rytualnych już lamentacji, wszystkich tych teatralnych gestów sprzeciwu, gniewu i rozpaczy, demonstrowanych przez nas – jakże słusznie przecież! – w niezliczonych przypadkach kolejnych aktów bezprawia, skandali rządzącej mafii. Owszem, one są naturalną reakcją i są z wielu względów potrzebne, ale równocześnie ich jawna daremność dokłada się do rosnącej społecznej apatii. Częścią polskiej katastrofy – i to najistotniejszą, jak dzisiaj widać w całej pełni – jest właśnie nasza bezsilność.

Przekonanie, że na złą władzę nie da się mieć wpływu innego niż tylko poprzez jej zmianę, jest szalenie niebezpieczne dla samych podstaw demokracji. Nasza bezsilność wobec obecnej władzy nie musi być koniecznością sejmowej arytmetyki, a wpływ obywateli na władzę jest potrzebny szczególnie właśnie wtedy, kiedy ta władza jest zła, a nie dobra i łaskawa. Częścią krytycznej analizy opozycyjnej bezsilności powinien więc być cały ciąg zaniechań, aktów kunktatorstwa i politycznej impotencji po naszej stronie. Zostawmy jednak na boku te wątki, bo one prowadzą do sporów i kłótni. Zajmijmy się czymś nieporównanie bardziej oczywistym dla wszystkich z nas i powszechnie uchodzącym za ważniejsze. W połowie drugiej kadencji PiS i na dwa lata przed wyborami czas porozmawiać wreszcie poważnie o szansach wygranej. I o sposobach.

Tyle od dawna rozumiemy wszyscy – odsunąć PiS wreszcie trzeba. Jednym z nas to zadanie wystarcza za cały program, inni uważają to za dalece niewystarczające, podkreślając równocześnie, że „anty-PiS" to za mało, żeby móc naprawdę wygrać. Ale wszyscy wiemy, że polityczna zmiana u władzy jest koniecznym i ważnym warunkiem jakiejkolwiek znośnej przyszłości.

Lublin. Protest w obronie TVN
Lublin. Protest w obronie TVN  Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Wyborcza.pl

Rzecz w tym, że poważna rozmowa o wyborach nie pozostawi wielu suchych nitek na żadnym z naszych trzech środowisk – na politykach, na komentujących politykę mediach i na ruchach protestu. PiS trwa u władzy od sześciu lat i wygrywa kolejne wybory nie tylko dzięki propagandzie TVP oraz aktom politycznego przekupstwa w rodzaju 500 plus czy jakiś kolejnych emerytur, ale również – i raczej głównie – dzięki naszej indolencji. Dowód? Jest ich wiele, ale weźmy choćby przegraną w wyborach do Sejmu w 2019 roku.

Jedna lista. Nie dwie ani nie trzy. Warta milion głosów

Oddaliśmy w tych wyborach niemal o milion głosów więcej, niż ich dostał PiS. To niemal 5 proc. przewagi w stosunku do wszystkich głosów i ponad 11 proc. w stosunku do puli, którą uzyskali rządzący. To jednak PiS rządzi samodzielnie, uzyskawszy 235 mandatów wobec mandatów 213 opozycji. Jak to możliwe? Wszyscy wiemy. D’Hondt i fatalna decyzja o starcie trzema listami.

Problem w tym, że w wyborach 2019 roku jedynym zaskoczeniem był właśnie ów milion głosów przewagi. To wyłącznie tej przewagi nie było widać w ówczesnych sondażach, których większość wskazywała na równowagę. Dosłownie każdy z tych sondaży przeliczony którymkolwiek ze znanych kalkulatorów D’Hondta, z różną dokładnością prognozujących zróżnicowanie rozkładu poparcia w poszczególnych okręgach wyborczych, ale przede wszystkim uwzględniających samą arytmetykę algorytmu, pokazywał, co się stanie po przeliczeniu głosów na mandaty. Stało się więc dokładnie to, co w oczywisty sposób musiało się stać. Powinniśmy byli o tym wiedzieć. Nie wiedzieliśmy? Jakim cudem?

Partyjne sztaby wiedziały. Jeśli tych oczywistych kalkulacji nie znały, powinny natychmiast przestać zajmować się polityką. Ile więc były warte te ich mobilizacyjne, bojowe okrzyki, ta ich rzekoma wiara w zwycięstwo, którą postanowili w nas zaszczepić? Poszliśmy za tymi okrzykami i zagłosowaliśmy. Efekt znamy. Ci sami ludzie, którzy nigdy nas za to nie przeprosili, dzisiaj na adresowane do nich apele o jedność i współdziałanie odpowiadają, każąc nam czekać, aż w zamkniętych gabinetach „dojrzeją decyzje liderów".  

Prezes Jarosław Kaczyński w Sejmie.
Prezes Jarosław Kaczyński w Sejmie.  Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl

Słuchający tego dziennikarze kiwają zaś ze zrozumieniem głowami. Czy wiedzą, że ich rola jest inna i że potakiwać ze zrozumieniem (najczęściej zresztą rzekomym) im jednak nie wolno – czy wiedzą, że zamiast tego powinni pytać uparcie, ucinając partyjne przekazy dnia i okrągłe gadki o niczym?

Z czasu wyborów 2019 roku nie pamiętam ostrzeżeń przed tym, co musiało się stać i co się rzeczywiście stało. Pamiętam za to rozważania o tym, że zróżnicowane programy opozycyjnych partii, w odróżnieniu od jednego sztucznie wspólnego, są w stanie poszerzyć społeczną bazę opozycji i przynieść jej więcej głosów.

Jakkolwiek słuszna była ta argumentacja, jej rzeczywiste znaczenie znika bez śladu wobec prostej, choć nieco pracochłonnej operacji polegającej na przeliczeniu poparcia na mandaty. Czy więc również wśród komentatorów polityki nie było nikogo, kto umiałby liczyć? Czy może przeważyło fałszywe poczucie misji, każące mediom wspierać „polityków, jakich mamy", choćby oni się właśnie dopuszczali szaleństwa, bo przecież „innych nie mamy i trudno"?

Te same pretensje należą się ruchom obywatelskim

Powinny były wiedzieć, że krytyka politycznych elit – również „naszych" – jest ich podstawowym obowiązkiem, a ich tożsamość polega właśnie na tym. Przeczy tej tożsamości „zwieranie szyków" poprzez tłumienie krytyki.

Niezależnie od wszelkich takich pretensji ciekawa jest jednak dzisiaj – przed kolejnymi wyborami – przede wszystkim ocena miary wartości wspólnej listy. Gdybyśmy w 2019 nie mieli przewagi miliona głosów, tylko zebrali ich dla naszych trzech partii dokładnie tyle, ile dostał PiS, to odpowiednio proporcjonalnie korygując wyniki poszczególnych partii w okręgach, otrzymalibyśmy 244 mandaty dla PiS i 197 mandatów dla opozycji. Strata 16 mandatów – z czego 9 na korzyść PiS i 7 na korzyść Konfederacji – nie jest w tej sytuacji zmianą w jakimkolwiek stopniu istotną. Liczyłem ten wynik własnoręcznie, więc przy okazji wiem nawet, którzy to politycy nie uzyskaliby sejmowych posad w tej przykrej, głównie dla nich sytuacji. Mogę zapewnić wszystkich, że nie byłaby to ani wielka, ani jakoś szczególnie bolesna strata. Dotknęłaby w większym stopniu PSL i SLD niż KO, ale to tylko dlatego, że bezwzględny D’Hondt ścina słabszych.

Gdybyśmy jednak poszli wtedy jednym blokiem i równocześnie uzyskali jakimś cudem tę samą przewagę miliona głosów, to wtedy opozycja miałaby większość z 234 mandatami w stosunku do 218 mandatów PiS przy ośmiu mandatach Konfederacji. Niełatwa sytuacja marginalnej przewagi, ale jakże inny byłby nasz los, prawda? Mielibyśmy o 21 mandatów więcej.

Ciekawa jest symetria pomiędzy tymi wariantami „alternatywnej historii" – bo oczywiście trzeba wiedzieć, że to jest scenariusz political fiction, a nie żadna realna prognoza wyborcza. Pomimo wszelkich nieadekwatności takich zestawień, pokazują one prawdziwą wyborczą arytmetykę.

Postulowana dzisiaj coraz powszechniej „jedność opozycji" jest warta mniej więcej tyle, co milion głosów – w ilościowych kategoriach powoduje zmiany tej samej wielkości. Przesądza więc o wszystkim. Jest być albo nie być.

Dzisiaj sondaże są lepsze, niż były wtedy – przed wyborami w 2019 roku. Niemniej również dzisiaj trzeba umieć liczyć. Rachunki nadal nie wyglądają dobrze i nadal wynika z nich, że w sytuacji silnej pozycji PiS premia D’Hondta działa w ograniczony sposób. Owszem, nagradza liderów, ale przede wszystkim karze podzielonych, skazując na marginalizację te mniejszościowe partie, których wyborców trzeba koniecznie dodać, by móc wygrać.

Również dzisiaj i w dającej się przewidzieć przyszłości warunkiem absolutnie koniecznym jest wspólna lista wielkiej koalicji demokratów. Nie wolno wybierać sobie do niej partnerów. Kombinować sojuszy programowych, wierząc w ich rzekomą efektywność. Osobno konserwatyści, osobno postępowcy? Nic z tych rzeczy, jakkolwiek to kuszące i jakkolwiek sprytnie brzmi. Każdy z takich pomysłów oznacza klęskę. Osobny start Hołowni będzie katastrofą. Ale osobny start Lewicy również. Nawet osobny start PSL z jego minimalnym poparciem.

Dom Jarosława Kaczyńskiego
Dom Jarosława Kaczyńskiego  Fot. Dawid Żuchowicz / Agencja Wyborcza.pl

Warunek wspólnej listy nie jest równocześnie wystarczający, o czym zdaje się nie wiedzieć nalegający na zjednoczenie Tusk i autorzy inicjatywy Demokratycznego Bloku 2023. Nie wystarczy dzisiaj krzyczeć „zjednoczona opozycja" na protestacyjnych wiecach. Premia D’Hondta przy równorzędnej rywalizacji nie istnieje. Trzeba pracowicie zebrać dużą większość. Milion, jak widać, nie wystarczy, by przełamać weto Dudy, nie da mandatu wystarczająco silnego, by bez pozaprawnych dróg na skróty naprawić ustrojową demolkę państwa.

Politykom trzeba więc bardzo uważnie patrzeć na ręce. Idąc jednym blokiem, nie wolno szukać politycznego centrum, „tnąc skrzydła" zarówno w treści programów, jak i wśród stojących za nimi ludzi. Bo wtedy też przegramy. To też da się zobaczyć w twardych danych i w liczbach, o które spierać się nie da. Każdy głos przeniesiony z niszy do silnego „centrum" pomnoży się. To trzeba zrobić, zamiast te głosy tracić. Nie jest wszystko jedno, jak stworzymy wspólną listę. Bez poparcia „radykalnych nisz" – i to poparcia „radykalnie entuzjastycznego" – przegramy.

Puste centrum i zabójcze „cięcie skrzydeł"

Dziś słyszymy nie tylko Władysława Kosiniaka-Kamysza opowiadającego, że nigdy nie wystartuje na jednej liście z Klaudią Jachirą, ale również Michała Koboskę twierdzącego, że sojusz z Platformą Obywatelską byłby dla Polski 2050 Hołowni politycznym seppuku.

Słyszeliśmy też dotąd zawsze, że szeroką koalicję wszystkich uniemożliwiają „nieprzekraczalne różnice programowe", i nawet wiemy, że one istnieją naprawdę i dotyczą rosnącego wciąż katalogu „tematów zastępczych", do których wciąż zalicza się aborcja – zwłaszcza zaś aborcja bez ograniczeń – ale także ludzie umierający na granicy i nawet polityka szczepień.

Ostatnio także nawet praworządność – oczywista, jak się dotąd wszystkim zdawało – bo kiedy niewygodnie zapytać o unijne sankcje za jej łamanie i o polityczne poparcie dla nich, usłyszymy znów te same zakłopotane wykręty, które słyszeliśmy choćby z okazji konwencji stambulskiej o obronie przed przemocą.

Pikieta przed Sejmem ws. wprowadzanego przez PiS stanu wyjątkowego na wschodniej granicy Polski. Warszawa, Sejm, 6 września 2021
Pikieta przed Sejmem ws. wprowadzanego przez PiS stanu wyjątkowego na wschodniej granicy Polski. Warszawa, Sejm, 6 września 2021  Fot. Maciek Jaźwiecki / Agencja Wyborcza.pl

Szukanie „politycznego centrum" oznaczało dotychczas zawsze milczenie o każdej z takich spraw z obawy przed utratą części elektoratu. Manewry te cechowała przede wszystkim zdumiewająca naiwność – bo przecież to właśnie ich rozłamowy potencjał sprawiał, że były zawsze z całą prostacką bezwzględnością wykorzystywane w wyborach i w każdym kryzysie.

Jest więc absolutnie pewne, że będą wykorzystywane również teraz i żadne wykręty tu nie pomogą. Że trzeba te bomby rozbroić, bo inaczej wybuchać będą już zawsze i do śmierci będziemy narzekać na klęski wyborcze rzekomo powodowane „niepotrzebnym radykalizmem" tęczowych Maryjek albo nadmierną i „szkodliwie naiwną" troską o dzieci z Michałowa.

Michał Kobosko ma jednak niestety rację, bo koalicja według tej metody i logiki, którą w takich razach stosowano zawsze dotychczas, oznacza dla inicjatywy Hołowni pewną śmierć. Ani Kobosko, ani Hołownia, ani również Tusk nie znają alternatywy wobec tej logiki i nie umieją jej sobie wyobrazić. Nie potrafią tego – co być może ważniejsze – również polityczni komentatorzy i niestety także obywatelscy aktywiści. W polityce, do jakiej przywykliśmy, sojusz z Tuskiem musi się dla Hołowni skończyć rzeczywiście fatalnie. Publiczna rozmowa o tym jest zwłaszcza dla Hołowni trudna – bo dzisiaj to Tusk wzywa do jedności, a Hołownia musi odmawiać, co trudno mu robić zręcznie, skoro już wszyscy wiemy, czym to grozi. Oto zatem przed nami Szymon Hołownia, który nie chce umrzeć za ojczyznę, drań. Może i on sam by umarł, z oczu mu patrzy przecież dobrze, ale ten Kobosko…

Konia z rzędem temu, kto umiałby wskazać jakiekolwiek „nieprzekraczalne różnice" pomiędzy Tuskiem i Hołownią – ten pretekst odmowy brzmi więc słabo i nie przekona nikogo. Wartość Hołowni – a dzisiaj to jest cała wartość jego politycznego projektu – polega po prostu na tym, że nie jest z PO i w szczególności nie jest Tuskiem. Tak rozumiana wartość PL 2050 jest zresztą niebagatelna. Ma szansę przemawiać do tych, których PO i wszystkie „stare partie" zraziły kunktatorstwem, cwaniaczeniem, interesownością, cynizmem – i którzy w polityce szukają „czegoś nowego".

Michałowo. Przedstawiciele i przedstawicielki organizacji obywatelskich spotkali się z mieszkańcami Michałowa, by okazać 'wdzięczność i uznanie za ratowanie ludzkiego życia i godności na granicy z Białorusią'
Michałowo. Przedstawiciele i przedstawicielki organizacji obywatelskich spotkali się z mieszkańcami Michałowa, by okazać 'wdzięczność i uznanie za ratowanie ludzkiego życia i godności na granicy z Białorusią'  Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl

Zwolenników Hołowni łączy przede wszystkim rozczarowanie do „starej polityki" i niechęć do wszystkiego, co się z nią kojarzy, a Tusk to wszystko symbolizuje. Podobne inicjatywy budzą się zresztą w Polsce nieustannie, a ich cykliczne pojawianie się i znikanie bez śladu jest jedną z miar kryzysu polskiej polityki. Palikot, Kukiz, Petru, Biedroń, w sporej mierze także Konfederacja – Hołownia wpisuje się właśnie w ten ciąg politycznych zdarzeń, w których „barwy ideowe" mają znaczenie bez porównania mniejsze niż właśnie „świeżość" i „autentyzm".

Jeśli trzeba mieć program, to raczej po to, by pokazać, że „nowi" mają go naprawdę, w odróżnieniu od „starych", którzy potrafią tylko ściemniać – i z całą pewnością to właśnie usłyszelibyśmy od Hołowni najpierw, gdyby mu przyszło debatować z Tuskiem. Choć to właśnie oskarżany za „ciepłą wodę" Tusk miał odwagę np. podnieść wiek emerytalny i zapłacić za to słono.

Buntowniczy potencjał rozczarowania da się przy tym szacować wynikami osiąganymi przez wszystkich tu wymienionych i także np. moimi. Można go więc w miarę bezpiecznie oceniać na jakieś 15 proc. W przypadku Hołowni dodatkowa wartość polega na mierzonej w sondażach prezydenckich szansie przyciągnięcia wahających się dzisiaj dotychczasowych wyborców PiS. Hołownia musi więc dbać o „konserwatywny wizerunek" i byłoby rzeczywiście wielką stratą dla nas wszystkich – nie tylko dla niego – gdyby go po drodze zgubił. Trudno byłoby szacować wielkość akurat tej straty – niepewne dane o zdolności Hołowni do przeciągania wyborców PiS pochodzą z głosowania prezydenckiego i ówczesnych sondaży, wskazujących, że Hołownia mógłby być w drugiej turze skuteczniejszy jako przeciwnik Dudy.

Układając jednak z Tuskiem wspólne listy wyborcze, Hołownia wszystkie te atuty straci. Mniej więcej podobne samobójstwo popełniłby u szczytu popularności Biedroń, gdyby zdecydował się wpisać kandydatów Wiosny na listę Schetyny w wyborach europejskich – skądinąd również przegranych fatalnie, co stało się argumentem przeciw wspólnej liście, do której Schetyna próbował doprowadzić z ową charakterystyczną dla siebie empatyczną delikatnością. Nieco wcześniej na sojusz z PO z okazji wyborów samorządowych zdecydowała się Barbara Nowacka, ale do Koalicji Obywatelskiej nie wniosła żadnych lewicowych ani nawet kobiecych głosów, a zamiast tego straciła całą własną odrębną rozpoznawalność i samodzielny potencjał. Dwa lata temu Nowacka była w wyniku tego manewru mocną jedynką KO w Słupsku – ponad 80 tys. głosów, ponad 40 proc. wszystkich głosów listy KO w tym okręgu. Poza nią spośród zaledwie 10 członków Inicjatywy Polskiej startujących z list KO mandat uzyskał jedynie Dariusz Joński, dwójka KO w Sieradzu – pozostałe osiem osób dostało dalsze miejsca na listach, a ich wkład w sumę głosów KO był pomijalny. 

Kobosko z Hołownią sprawiają wrażenie, jakby rozumieli los Nowackiej, ale już zupełnie nie Biedronia – podobnie jak on w wyborach europejskich brną bowiem w samodzielną tożsamość i „chcą się policzyć". Wiosna Biedronia policzyć się nie zdołała. W sondażach poparcia potrafiła notować po kilkanaście procent. W wyborach – kiedy przyszło co do czego i wyborcy „obstawiali pewniaka", czyli najsilniejszego przeciwnika PiS – Biedroń dostał 6 proc., a większość jego zwolenników zagłosowała na KE Schetyny, zatykając nosy i przełamując wstręt do „starej polityki". Startujących osobno w kolejnych wyborach czeka ten sam los. I będzie to strata nas wszystkich.

Protest pod komendą we Wrocławiu
Protest pod komendą we Wrocławiu  Fot. Tomasz Pietrzyk / Agencja Wyborcza.pl

Godząc się na typową koalicję, Hołownia byłby jednak z kolei sam co najwyżej mocną jedynką wspólnej listy na Podlasiu, jak Nowacka była nią w Słupsku. Nie przyniósłby poza tym żadnych głosów zbuntowanych wobec „starej polityki" ani żadnych wahających się pisowców. Efekt byłby jednak być może gorszy niż tylko zniknięcie potencjału PL 2050 – i o tym również należy pamiętać koniecznie. Hołownia mógłby bowiem zniechęcić tę część elektoratu Platformy Obywatelskiej, która lokuje sympatie w jej domniemanym „lewym skrzydle", kojarzonym dzisiaj z Rafałem Trzaskowskim. Niezależnie od tego, że różnice między Hołownią a Trzaskowskim są w rzeczywistości podobnie żadne jak te między Hołownią a Tuskiem, obaj są w powszechnej opinii lokowani na przeciwległych biegunach. Koalicja PO – PL 2050 nie tylko zatem nie dodałaby obu rozłącznych elektoratów, ale mogłaby przynieść straty samej PO. Michał Kobosko ma więc nie tylko bez wątpienia rację, ale jego spostrzeżenia powinien sobie wziąć do serca również Donald Tusk, bo i jego one mogą dotyczyć.

Znaczenie tych obserwacji rośnie, kiedy weźmiemy pod uwagę rzeczywiste różnice partyjnych tożsamości, jak to ma miejsce, jeśli pomyślimy o sojuszu z Lewicą. Czy skutkiem takiego rozwiązania Lewica miałaby się wyrzec poglądów na temat praw kobiet, stosunków z Kościołem itd.? Jeśli szukając w ten sposób politycznego centrum, chcielibyśmy eliminować „radykalne skrzydła", w centrowym elektoracie nie pozostanie być może po prostu nikt. Jeśli zaś z centrowego programu wykluczyć wszelkie tego rodzaju „kontrowersje", to pozostaną w nim już tylko nudne i nikogo nieekscytujące banały. Co więcej, czytelne dla każdego wyborcy stanie się sztuczne wyrachowanie takiej politycznej konstrukcji – jej wiarygodność będzie po prostu żadna. „Cięcie skrzydeł" przynosi straty większe niż tylko sama ich liczebność.

Strajk Kobiet, Częstochowa, 28 stycznia 2021 r.
Strajk Kobiet, Częstochowa, 28 stycznia 2021 r.  Fot. Grzegorz Skowronek / Agencja Wyborcza.pl

Te polityczne spekulacje znajdują twarde, choć z pewnością znacznie niedoszacowane potwierdzenie w danych z tych samych wyborów z 2019 roku. Trzy partie startujące osobno do Sejmu zawarły mianowicie pakt senacki, wystawiając wspólnych kandydatów. Średnio w okręgach, w których udało się to zrobić rzeczywiście, strata poparcia dla wspólnych kandydatów w stosunku do głosów uzyskanych przez trzy partie osobno wyniosła 5 proc. Zatem ten sam przesądzający o wszystkim milion głosów, choć inna ordynacja i inna rola pełniona przez posłów i senatorów każe ten margines straty dodatkowo pomnożyć, kiedy pomyślimy o możliwym poparciu wspólnej listy w wyborach sejmowych. Pomimo więc oczywistego postulatu jedności jako koniecznego warunku zwycięstwa racje mają równocześnie ci, którzy uważają, że tylko wyraźnie artykułowana różnorodność programów i rzeczywista konkurencja o poparcie dla nich potrafi zmobilizować potrzebne nam tłumy.

W ten sposób drugim koniecznym warunkiem zwycięstwa jest otwarty wybór pomiędzy partiami opozycji, konkurującymi ze sobą na własne programy, tożsamości oraz również biografie. Te dwa warunki – choć oba konieczne – wydają się wzajemnie wykluczać. Chyba że wybory po stronie opozycyjnej nastąpiłyby po prostu wcześniej. Więc jednak prawybory. Ale nie tylko. Koniecznie potrzebna jest również stojąca za tym pomysłem zupełnie odmienna definicja poszukiwanej politycznej większości. Wszystko tylko nie centrum powstałe przez „cięcie skrzydeł".

Więc jednak prawybory

Prawybory nie mogą zakładać politycznej koalicji. Tworzące je partie powinny się w Sejmie rozejść każda do swojego klubu. Nie mogą też oznaczać uzgodnienia poglądów. Ono ani nie jest możliwe, ani nikt nie da się na nie nabrać. Przeciwnie – prawyborcza konkurencja ma za zadanie właśnie zmobilizować zwolenników opozycyjnych partii do walki o swoje. Na wspólnej liście znajdą się w efekcie – w odpowiednich proporcjach i na odpowiednich miejscach – kandydaci, którzy ze sobą konkurowali.

W 19. warszawskim okręgu wyborczym w 2019 roku byliby to więc obok Małgorzaty Kidawy-Błońskiej z PO również Adrian Zandberg z Razem i Władysław Bartoszewski z PSL. Cokolwiek sądzić o znanej wszystkim poufałości polityków przekraczającej partyjne animozje, akurat tę trójkę trudno byłoby sobie wyobrazić na wspólnej wódce u redaktora Mazurka – podobnie jak Kosiniaka-Kamysza pod rękę z ulubioną przezeń Klaudią Jachirą. Nie znaczy to jednak przecież, że wszyscy ci państwo nie tolerują się wzajem w Sejmie, gdzie co więcej – czasem przypadkiem, a czasem w wyniku uzgodnień – zdarza się im nawet wspólnie głosować.

W Sejmie, po który pójdziemy w tych wyborach, chodzić musi nie o liberalizację aborcji, nie o „kompromis" ani nie o schowanie tematu – musi chodzić o to, by spór był otwarty, by miał charakter debaty, w której każdy pogląd będzie szanowany i uwzględniony, a liczyć się będzie nie „kompromis" zawarty dyskretnie w czyimś gabinecie, ale głos wyborców.

Z punktu widzenia szans wygranej ważniejsze jest jednak co innego. Jeśli na warszawską listę kandydatów Zandberg wejdzie w rywalizacji z Kidawą-Błońską i Bartoszewskim, to jego wyborcy będą mieli powód i cel, by w wyborach właściwych postawić krzyżyk przy jego nazwisku – kontynuując otwartą i nieskrywaną rywalizację. W sposób, który przy tym nie zniszczy szans demokratów w starciu z PiS, a przeciwnie – przysporzy głosów ich wspólnej liście. Na tym polega pomysł prawyborów – do dziś na stole nie ma żadnego innego, który spełniałby oba konieczne warunki zwycięstwa. Od z górą czterech lat czekam na kontrpropozycję – doczekałem się zamiast niej opinii warchoła i agenta PiS, ale także czterech kolejnych wyborczych porażek, z których ta z 2019 roku była najbardziej spektakularna, wymowna i brzemienna w fatalne skutki.

Fot. Dawid Żuchowicz / Agencja Wyborcza.pl

Nie ma niestety w Polsce żadnych danych pozwalających szacować skuteczność takiej strategii. Obywatele RP uparcie uzasadniali ją włoskim przykładem. W 2006 roku tę logikę uruchomił Romano Prodi w szerokiej centrolewicowej koalicji 12 partii, w tym dwóch komunistycznych. W efekcie, uzyskując niemożliwe do wyobrażenia poparcie komunistów dla liberała, zdołał pokonać niezwyciężonego Berlusconiego. Ale i w polskich danych z wyborów da się znaleźć przynajmniej argumenty pozwalające zobaczyć siłę takiego rozwiązania w jakościowych kategoriach.

Wspólną listę trzeba wybrać większościowo

W 2019 roku we wspomnianym tu 19. warszawskim okręgu wyborczym opozycja zdobyła 13 mandatów. Dziewięć dla KO, trzy dla SLD i jeden dla PSL. Rekord ustanowiła tu Kidawa-Błońska, uzyskując ponad 416 tys. głosów, czyli ponad 71 proc. wszystkich oddanych na KO w tym okręgu. Do parlamentu weszła stąd jednak również Joanna Fabisiak (piąte miejsce na liście, w wyniku głosowania spadek na miejsce dziewiąte), uzyskując zaledwie 5 347, czyli niecały 1 proc. głosów listy KO. Dziewięcioro innych kandydatów w tym okręgu, w tym sześcioro z innych list opozycji uzyskało wyższy od Fabisiak wynik, a mandatu nie uzyskało. Wśród nich Anna Tarczyńska z SLD (Wiosna) uzyskała 17 959 głosów, czyli dobrze ponad trzy razy więcej od Fabisiak i ten wynik plasowałby ją w środku stawki warszawskich zwycięzców. Gdyby tylko zapisała się do innej partii. Mamy tu zatem do czynienia z naprawdę znaczną dysproporcją, dotyczącą niemal połowy mandatów w okręgu. W dzisiejszym Sejmie zasiada 248 posłanek i posłów z wynikiem niższym niż Tarczyńska co do bezwzględnych wartości; 122 z niższym wynikiem procenta ogółu głosów na listę i – gwoli zachowania właściwych miar – 21 z niższym procentem ogółu głosów w okręgu. Niesprawiedliwe to? Być może. Tak działają wybory proporcjonalne – każde, nie tylko te wg D’Hondta. W wyborach proporcjonalnych chodzi o sprawiedliwy podział między partiami – ludzie mają tu mniejsze znaczenie.

Mają jednak znaczenie widoczne i jakoś nawet mierzalne – mimo że zgodnie z logiką partyjnej proporcjonalności 37 proc. z nas głosowało ostatnio na jedynki, 14 proc. na dwójki itd. Wbrew dominującemu przekonaniu, rozpowszechnionemu głównie przez Kukiza, okręgi jednomandatowe nie są jedyną metodą głosowania większościowego. Bardzo prosto da się je przeprowadzić również wielomandatowo.

Jeśli trzeba wybrać np. 10 parlamentarzystów, mandaty przyznaje się tym 10, którzy zdobyli najwięcej głosów, niezależnie od list, z których pochodzą. Można się w tej sytuacji obawiać naruszenia proporcji między partiami. Nic takiego nie miałoby jednak miejsca, jeśli sprawdzić to w danych z wyborów. Przeciwnie – mandaty liczone większościowo zapewniałyby bardziej proporcjonalną reprezentację i zgodnie z tym Sejm, na który głosowaliśmy w 2019 roku, dawałby stosowną przewagę opozycji, choć obie strony potrzebowałyby Konfederacji dla bezwzględnej większości. Co czwarty parlamentarzysta opozycji – spośród kandydatów zgłoszonych przez startujące wówczas trzy partie – pochodziłby spoza „biorącej puli", czyli z odległych miejsc na liście. Wybrana w ten sposób w prawyborach reprezentacja demokratów składałaby się więc z ludzi ciągniętych nie tylko przez jedynki i partyjne szyldy, ale umiejących głosy zdobywać samodzielnie – ta jedna czwarta kandydatów awansujących spoza żelaznej kadry partyjnych sztabów stanowi dodatkową siłę listy. W stosunku do listy ułożonej w negocjacjach liderów z partyjnych jedynek, dwójek i trójek taka lista – licząc głosy z 2019 roku – zdobywałaby o 6 proc. głosów więcej. Znów – to nie jest wyborcza prognoza, lecz jedynie próba ilościowego zestawienia wydajności różnych wyborczych strategii. Widać w nim jednak kolejne, niezbędnie potrzebne źródło mobilizacji.

Sejm Wielki

Tak to kiedyś nazwał Adam Szłapka – szczęśliwiej niż Obywatele RP, którzy równocześnie we własnym programie pisali o Konstytuancie. Wierząc – podobnie jak Szłapka – że konstytucyjna większość jest możliwa. I wiedząc, że to o nią powinno nam dzisiaj chodzić, bo takiej właśnie miary będą rzeczywiste wyzwania każdej władzy po PiS.

Jeśli sukcesem „zjednoczonej opozycji" ma być dzisiejszy skład Senatu, osiągnięty pomimo wspomnianych już tu strat, to trzeba powiedzieć, że w rzeczywistości Senat jest miarą fatalnej nieudolności tego rodzaju gabinetowych układanek i równoczesnego cięcia „radykalnych skrzydeł". Rezultat bowiem powinien – i może – przypominać ten z 1989 roku. Wtedy 99 ze 100 mandatów uzyskała opozycyjna „Solidarność". Nie dzięki przewadze aż tak miażdżącej. Senatorowie "Solidarności" wygrywali niedużym w rzeczywistości marginesem większości w stosunku do kandydatów władzy. Ale wygrywali powszechnie. Niekwestionowanym zaufaniem. Dziś spośród 100 okręgów senackich na palcach jednej ręki da się wymienić – i to z dużą dozą niepewności – takie, w którym przewaga PiS przekracza 50 proc. Pozostałe powinny być nasze i mogą takie być.

Ówczesne zaufanie pochodziło od Wałęsy, który osobiście ręczył za każdego z kandydatów. Dziś nie ma nikogo takiego. Tę rolę może dziś spełnić wyłącznie jasno wyrażona wola wyborców. Marsz po nowy parlament i nową władzę musi być w rzeczywistości szturmem po miażdżącą większość konstytucyjną. Musi być efektem nadziei na prawdziwą zmianę, na rozbrojenie zapalnych konfliktów polskiego piekła. Bez tego przegramy. Możemy w nieskończoność gadać o realizmie, rozsądnym umiarze, „tematach zastępczych" – i wciąż przegrywać. Ale możemy też pójść „po wszystko" – i wygrać.

Tego właśnie życzę nam wszystkim świątecznie i noworocznie. Polityków pozdrawiam serdecznie. Znam ich wielu, bardzo niewielu nie lubię, większość cenię. Przy wszystkich gorzkich słowach tu wypowiedzianych, oni są winni najmniej. Grają według warunków, które zastali. To do nas – do obywatelskiego społeczeństwa oraz do mediów organizujących i wyrażających opinię publiczną, patrzących również „naszym" politykom na ręce – należy wyznaczanie reguł tej gry i jej warunków. Rację mają ci, któzy uważają, że „innych polityków nie mamy i trudno". To prawda – a mówiąc nieco dokładniej – mamy ich takich, jakich sobie wychowaliśmy. Czas się ocknąć.
---
Piszcie: listy@wyborcza.pl

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    Paweł Kasprzak - bezkompromisowy głos odwagi i rozsądku
    dziękuję Panu za wszystko co Pan robi od lat
    już oceniałe(a)ś
    40
    3
    Dziękuję za ten artykuł i za wszystko co Pan zrobił i robi. Wreszcie zrozumiałam (bo jasno i konkretnie wyłożone) te wszystkie zawiłości . Sama głosowałam za osobami z dalszych miejsc, bo tak czułam, a Pana propozycja powinna być stosowana. Dość gadania i oburzania się. Tu jest konkret, nadzieja realna.
    już oceniałe(a)ś
    17
    2
    Wszystko to nonsens.
    Dla przykładu: jeśliby Hołownia POLECIŁ swoim głosować na Trzaskowskiego w wyborach prezydenckich, to wygrałby Trzaskowski i jako prezydent RP mógłby zawetować wszystkie ustawy Kaczyńskiego, aż do lexTVN włącznie.

    Tylko razem. Różnice zostawić na później, po odzyskaniu suwerenności Polski.
    @manka
    Powinien najpierw powstać wspólny front opozycji, pozbawiony przesądów i fochów ideologicznych. Reprezentanci partii politycznych opozycji powinni przeliczać szable pod kontem zwycięstwa, a nie ideologii. Śmieszne jest wybrzydzanie na Klaudię Jachirę pslowskiego klauna K-K.. To są muchy w nosie, a nie wola walki. No i musi być wspólny program przywrócenia demokracji i praworządności. Za to usunąć z partii konie trojanskie typu Fabisiak, a ongiś Gowin, Żalek i Czuma.
    już oceniałe(a)ś
    2
    0
    @manka
    No a o czym jest tekst powyżej? Wszyscy razem, ale z zachowaniem różnorodności. E pluribus unum, że tak powiem. Żeby nie trzeba było zatykać nosa, głosując.
    już oceniałe(a)ś
    5
    1
    @manka
    Najpierw się doinformuj, zanim będziesz siał zamęt. Jak napisał Giertych, który doradzał Hołowni, sposób przekazania głosów Trzaskowskiemu został uzgodniony przez oba sztaby. Wyborcy Hołowni, którzy nie mieli uprzedzeń do Trzaskowskiego sami wiedzieli, na kogo głosować. Tu chodziło o tych uprzedzonych. Rzucenie się Hołowni w ramiona Trzaskowskiego mogłoby zrazić antyplatformerskich wyborców, że znowu "zdrada". To pod nich była ta cała inscenizacja z warunkowym przekazywaniem głosów. W sztabie wyborczym to byś się nie sprawdził ze swoim "prostolinijnym" myśleniem. To komplement.
    już oceniałe(a)ś
    6
    3
    @manka
    wyborcy Hołowni to nie są jego niewolnicy ani podwładni i on nie może im niczego POLECIĆ.
    A wybory prezydenckie wygrałaby Kidawa gdyby nie jej kretyńskie wyznanie, że ?te wybory nie powinny się odbyć?, po której poparcie zleciało jej do 5%, bo kto by popierał kandydatkę poddającą w wątpliwość sens wyborów w których sama startuje?
    już oceniałe(a)ś
    4
    1
    @manka
    Ile razy można pociskać tę kretyńską tezę całkowicie nielogiczną ?
    Sam jestem na to tylko przykładem : Nikt z nas nie zagłosował by na Trzaskowskiego z polecenia Hołowni , choć Szymona cenimy najwyżej . A już na pewno po tym , jak Trzaskowski stchórzył odrzucając propozycję publicznej debaty z Hołownią , na każdych pasujących mu warunkach .
    już oceniałe(a)ś
    2
    4
    @manka
    Wszystko to nonsens? Chyba masz na myśli swój wpis.
    już oceniałe(a)ś
    1
    0
    @igo55rek
    Skoro Szymona cenicie najwyżej, to dlaczego byście nie zagłosowali W DRUGIEJ TURZE na Trzaskowskiego gdyby was o to prosił? Widocznie bardziej cenicie Du.ę
    już oceniałe(a)ś
    1
    0
    @misiaczki
    Więc zagłosowaliście na Du.dę. Po prostu genialny brak logiki.
    już oceniałe(a)ś
    0
    2
    Jeżeli istnieją "nieprzekraczalne różnice programowe" to trzeba zejść do jak najniższego mianownika i zobaczyć, gdzie tych różnic nie będzie. Wystarczy kilka prostych pytań:

    1/ czy pani Przyłębska pozostaje osobą nieskazitelnego charakteru - co jak wiadomo jest warunkiem koniecznym do służby sędziowskiej,
    2/ podobne pytanie o panią Krystynę jest formalnością,
    3/ czy można podsłuchiwać opozycję,
    4/ czy osoby zlecające podsłuchiwanie opozycji powinny zostać osądzone,
    5/ czy pandemia usprawiedliwia tuczenie kolegów ministra setkami milionów PLN,

    i tak dalej.

    mam nadzieję, że na poziomie pryncypiów różnic programowych nie będzie.

    Pis będzie rozbijał opozycję kwestią lgbt i aborcji. tutaj proponuję prostą odpowiedź: koalicja jest oparta na odbudowie demokracji. każda z tych partii ma inne zdanie o lgbt i aborcji - zatem demokratycznie będzie przekonywać do swoich racji. koalicja nie oznacza uśrednionego zdania na ten temat. proste.
    już oceniałe(a)ś
    10
    0
    Wszystko to prawda oczywista dla wszystkich poza liderami opozycji, którzy wciąż wierzą w magiczną moc swoich partyjnych szyldów i biją się o przekroczenie progu 5%, podczas gdy dla prezesa stawką jest połowa mandatów, do których zdobycia, dzięki rozbiciu opozycji, wystarczy mu 40% głosów. Wyborcy zaś niekoniecznie rozumieją sens koalicji wyborczej, uważając że przez nią będą zmuszeni popierać nielubianych polityków (nieprawda, głos oddaje się na konkretnego kandydata) oraz że oznacza ona jeden wspólny klub w sejmie (znów nieprawda, koalicję wyborczą, jak sama nazwa wskazuje, zawiera się tylko na czas wyborów, potem każdy idzie do siebie). Być może koalicja wyborcza spowoduje odpływ pewnej liczby potencjalnych wyborców (tylko dokąd?), ale na skutek d?Hondta lepiej być silną listą nawet z nieco mniejszą liczbą głosów niż kilkoma listami z sumarycznie większą liczbą, bo w tym drugim wypadku głosy sumują się tylko na papierze.
    już oceniałe(a)ś
    11
    1
    A to będą jakiekolwiek wybory w tym kraju ?
    @joannajawi
    Prawybory przynajmniej mogą być. Tajwanowi nie pomogły, ale były potężną próbą chociaż
    już oceniałe(a)ś
    1
    0
    @P_Kasprzak
    Proszę pana, prawybory to już prehistoria.
    By mieć wybór trzeba już dziś tylko walczyć.
    już oceniałe(a)ś
    1
    0
    @manaos
    Acha. Jak walczyć ?
    już oceniałe(a)ś
    1
    0
    @P_Kasprzak
    Jeśli nie kwestionuje Pan "że", to dopiero wtedy kwestia "jak" stanowiłaby poważne rozmowy.
    Tyle, że nie widać tej świadomości, "że".
    już oceniałe(a)ś
    0
    0
    @P_Kasprzak
    Tajwanowi - co ?? o jakich prawyborach Pan mówi? Pana sympatyk z Taiuanu - tak nasza nazwa w Taigi - tajwańskim. Pozdrawiam ;)
    już oceniałe(a)ś
    0
    0
    Te w sporej mierze rozsądne i logiczne rozważania w całości unieważniają ostatnie doniesienia .
    Wybory przestały w kraju w tym stanie funkcjonować jako sposób na wybór ( ew. zmianę ) władzy .Najpierw zasady ( demokratyczne ) , czyli prawo i sprawiedliwość , a potem wybory . Odwrotnie to już nie działa .
    Sprawowanie władzy musi być oparte na legalnych podstawach , całą resztę zawsze da się wynegocjować .
    A z terrorystami się nie negocjuje . bo to po prostu nic nie daje .
    @igo55rek
    Niestety, negocjacje z terrorystami to ich najlepszy sposób ucieczki z łupem w przebraniu negocjatora.
    Lub wyuczona taktyka wspólnictwa.
    już oceniałe(a)ś
    0
    0
    Ale szef partii Polska 2050 ma inną koncepcję on chce iść do wyborów osobno. Dlatego tą partia ma prorocza nazwę będą rządzić w 2050r.
    już oceniałe(a)ś
    7
    3