Gorycz i rozczarowanie odczuwam wobec państwa, władzy, rządzących za pozorne działania, za zrzucanie odpowiedzialności na władze szpitali, szkół, zakładów pracy. Nic tu nie działa jak powinno.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Nawiązując do raportu o porodach w czasie pandemii – chciałam opowiedzieć o moich przeżyciach z oddziału chirurgii ogólnej szpitala specjalistycznego w mieście wojewódzkim.

Poszłam (może zbyt nierozważnie, w środku czwartej fali) na planowy zabieg – niezagrażająca życiu przypadłość. Przed zabiegiem musiałam odleżeć swoje. Godziny czekania mijały wolno na obserwowaniu, jak toczy się szpitalne życie: starsza pani, słabo kontaktująca z rzeczywistością, przykuta do łóżka po operacji, przywołująca co parę minut innym żeńskim imieniem wspomnienia z lepszego życia, całkowicie ignorowana przez otoczenie; telewizor na monety w jednej z sal grzmiący na cały regulator od samego rana; poirytowane, znużone pielęgniarki zamaszystym krokiem wpadające do szpitalnych sal, w których pacjentki po zabiegach próbują spać…

Wreszcie – jadę. Obowiązkowa maseczka, wiozą mnie na górę, na blok. W windzie utyskiwanie, że to dopiero środa, do weekendu daleko.

Po zabiegu budzę się na sali  pooperacyjnej, gdzie łóżko w łóżko leżą pacjenci każdej płci i wieku. Ledwo da się tu łóżkiem obrócić, taki tłok. Ale opieka dobra.

Wracam na oddział, zapadam w sen. Nikt przez pięć godzin nie zagląda do sali. Wreszcie, pod wieczór, wpadają pielęgniarki. „Tak, może pani wstać, może pani coś zjeść i się napić. To nikt nie mówił? Nie wzięła pani kolacji? A ma pani coś do jedzenia? A lekarz nie przyszedł?" – ano, nie przyszedł. Wstaję. Boli, bo rana w brzuchu, dren zwisa z boku. Chwilę siedzę na łóżku, idę do toalety, udało się. Do łóżka już wrócić nie daję rady, cały świat wiruje wokół, niedobrze, słabo, zdążyłam doczłapać do drzwi i padam, bez świadomości. Uderzyłam głową w rant drzwi, słyszę, że pacjentka – sąsiadka przywołuje alarmem pielęgniarki („pani nie widziała, jak one się tutaj wlokły powoli, zero pośpiechu!"), zbierają mnie z podłogi, na łóżko, koc pod nogi, „uderzyła się pani w głowę?", „gdzie panią boli?", „a posiedziała pani chwilę przed wstaniem? To pewnie za krótko"; w oczach lekka panika.

Po półgodzinie przychodzi lekarka („nie byłam u pani wcześniej, bo…"), zrobią mi na wszelki wypadek tomograf głowy, czyli jednak się przestraszyli.

Ale po chwili dociera do mnie czemu przez tyle godzin nikt tu nie zajrzał. Przed salą naprzeciwko, oddział chirurgii ogólnej, gdzie pacjenci onkologiczni po operacjach, przywieźli pacjenta z COVID, saturacja 50; przed wejściem rozłożyli maty („śluza"…), wkładają pełne kombinezony, buty, maski, okulary, czepki. Nerwowe krzyki, że zaraz się zatrzyma. Przybywa ksiądz z olejami („nie martwi się pani, ja te oleje wyrzucę, co zostaną"). Słychać wszystko dobrze, bo to tylko trzy metry, po drugiej stronie korytarza, a drzwi do naszej sali otwarte na oścież, mogę się wsłuchać w każdy szczegół. Boję się wstać zamknąć drzwi, żeby znów nie zemdleć. Pytam pielęgniarkę, która wpada zamaszystym krokiem, czy to COVID. – Tak. Mamy jedno łóżko covidowe na oddziale, kiedy przywiozą, musimy udostępnić. Na moją prośbę zamyka drzwi do sali.

Ranek zawsze napawa nadzieją. Siadam, znów helikopter, jednak kładę się ponownie.

Pytam nową zmianę pielęgniarek, które wpadają o brzasku, co z tym COVID-em naprzeciwko. „Jakim COVID-em? Nie, nie ma już. Tak, całkiem nie ma".

Ulga. „Całkiem nie ma".

Wyszłam ze szpitala jak tylko szybko się dało, choć nie mogłam ustać na nogach. Nie mam żalu do medyków. Nikt normalny nie wytrzymałby takiej presji od tylu miesięcy.

Gorycz i rozczarowanie odczuwam wobec państwa, władzy, rządzących za pozorne działania, za zrzucanie odpowiedzialności na władze szpitali, szkół, zakładów pracy. Nic tu nie działa jak powinno. 

Życzę wszystkim zdrowych świąt, rozsądku rządzących i odpowiedzialnych współobywateli.

Byle do wiosny, między falami zawsze łatwiej odetchnąć.

M.

listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    To łóżko "covidowe" powinno być jakoś odizolowane, a nie- wśród pacjentów po operacji. Gdzie tu jakaś organizacja?
    @WPaniEwa
    Ta organizacja organizuje sobie pieniądze. W spółkach skarbu państwa na przykład. I to są nasze pieniądze, żeby nie było wątpliwości.
    już oceniałe(a)ś
    39
    0
    Polski system opieki medycznej jest w agonii od dawna, zarówno pod względem jakości, jak i dostępności opieki. Pandemia tę agonię tylko przyspieszyła i uczyniła bardziej widoczną. To nie jest kraj dla chorych ludzi.
    @Fahrenheit1957
    Uważam, że słowo "chorych" jest zbędne.
    już oceniałe(a)ś
    0
    0
    Jutro z synem ide na zabieg do szpitala. Akurat takiego listu mi brakowalo :)
    @teatromanka!
    Powodzenia !
    Żywcem Was nie wezmą :P
    już oceniałe(a)ś
    18
    0
    Mojej ciotce takiego covida "zawiało" z sali naprzeciwko i kilku innym
    już oceniałe(a)ś
    16
    0
    Państwowa służba zdrowia - to utopia , to pic dla suwerena .
    już oceniałe(a)ś
    7
    0
    Wspolczuje. Ale prosze mi wierzyc, pomimo pandemii moze byc inaczej; moze nawet gdzies w Polsce?
    @paella18
    No pewnie! Wystarczy nazywać się Ryszard Terlecki - i już wszystko w szpitalu na najwyższym poziomie! Nawet operacja, na którą zwykły człowiek czeka rok, może odbyć się w dwie godziny po wyrażeniu życzenia...
    już oceniałe(a)ś
    3
    0
    Zly szpital Pani wybrala. Ten pod auspicjami msw najlepszy. Wspolczuje.
    już oceniałe(a)ś
    3
    0