Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Tekst ukazał się 18 stycznia 1999 r. na 30 stronie "Gazety Wyborczej". Z ówczesną prezeską Agory Wandą Rapaczyńską i wiceprezesem Piotrem Niemczyckim rozmawiali Marta Bratkowska i Paweł Wujec. To było dwa lata przed powstaniem portalu Gazeta.pl, gdy pada słowo "Gazeta" rozmówcom chodzi o "Wyborczą", tytuł tekstu brzmiał "Po pierwsze, "Gazeta". Wanda Rapaczyńska jest do dziś udziałowczynią Agory-Holding i członkinią rady nadzorczej Agory. Piotr Niemczycki odszedł z Agory w 2013 r., jest dziś osobą prywatną. Wybór tekstów o konflikcie w Agorze i zagrożeniu niezależności "Gazety Wyborczej" - pod wywiadem.

"Wszyscy chcemy być firmą dochodową, bo to nam daje niezależność"

Piotr Niemczycki i Wanda Rapaczyńska podczas podpisania umów Agora - RCB, Warszawa, 1993 r.Piotr Niemczycki i Wanda Rapaczyńska podczas podpisania umów Agora - RCB, Warszawa, 1993 r. Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl

Marta Bratkowska i Paweł Wujec: Dlaczego Agora idzie na giełdę?

Wanda Rapaczyńska: Po pierwsze, by sięgać po fundusze teraz i w przyszłości. Spółka publiczna ma możliwość korzystania ze znacznie szerszej gamy narzędzi finansowych niż spółka prywatna.

Druga i bardzo istotna przyczyna to rozszerzenie własności; przekazanie akcji menedżerom i pracownikom, uzależnienie ich osobistego sukcesu finansowego od wyników firmy. A to ma sens tylko wtedy, gdy przekazane pracownikom akcje są płynne, tzn. można łatwo je sprzedać, np. na giełdzie.

"Gazeta" powstała w 1989 roku bez pieniędzy i na pewno nie po to, żeby zarabiać pieniądze. W ciągu dziesięciu lat na bazie "Gazety" powstała jedna z największych i najbardziej dochodowych firm medialnych w Polsce. Co o tym zdecydowało?

Piotr Niemczycki: Mnóstwo rzeczy, ale przede wszystkim chyba właśnie to, że "Gazeta" nie powstała z myślą o zyskach. Pierwszą redakcję tworzyło przede wszystkim grono osób, które wcześniej wydawało podziemny "Tygodnik Mazowsze". "Gazeta" była więc jakby firmą rodzinną, zbudowaną na wzajemnym zaufaniu do siebie. Ludzie, którzy ją założyli, mieli poczucie misji.

Kiedy w 1991 roku odszedłem z funkcji sekretarza redakcji i zająłem się zarządzaniem firmą, zgodziłem się na to tylko pod warunkiem, że Agora nigdy nie stanie się 'klasyczną' firmą, ze służbowymi relacjami, z zapisami do prezesa przez sekretarkę, z podchodami biurowymi.
Adam Michnik powiedział przed laty: 'Gdy kierowca powie do mnie panie redaktorze, to to będzie koniec tej firmy'. Święte słowa.

To, co dziś wyróżnia "Gazetę" i Agorę na rynku, to jest to, że to poczucie misji udało się ocalić.

Redaktor naczelny Gazety Wyborczej Adam Michnik podczas spotkania online w Klubie Wyborczej - 'Skąd brać nadzieję?'. Warszawa, 4 lutego 2021Redaktor naczelny Gazety Wyborczej Adam Michnik podczas spotkania online w Klubie Wyborczej - 'Skąd brać nadzieję?'. Warszawa, 4 lutego 2021 Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Wyborcza.pl

Ludzie wciąż są dumni, że w tej firmie pracują. Nie przychodzą tu tylko dla pieniędzy. A i nam nie zależy tylko na pieniądzach, bo gdyby tak było, to wydawalibyśmy tabloid. Ale to oznaczałoby sprzeniewierzenie się własnym zasadom.

Wanda Rapaczyńska: W tej firmie, w przeciwieństwie do np. amerykańskich pism, nie ma takiego rozziewu, że wydawca pilnuje pieniędzy, a redakcja ma postawę roszczeniową. W 'Gazecie' jest inaczej. Wszyscy chcemy, byśmy byli dochodowi, bo to nam daje niezależność.

Teraz, po wejściu na giełdę, wielu redaktorów i menedżerów Agory stanie się bardzo bogatymi ludźmi. Czy nie boicie się, że to wywoła zawiść i popsuje atmosferę?

Piotr Niemczycki: Przeciwnie, myślę, że to będzie miało pozytywny wpływ. Naszą wadą było do tej pory to, że oprócz lojalności i przywiązania niewiele mogliśmy zaoferować pracownikom. Nowe pokolenia - a w "Gazecie" pracuje bardzo wiele młodych ludzi - są nastawione bardzo konsumpcyjnie. Ich aspiracje trzeba czymś karmić - i po to jest akcjonariat pracowniczy. A zróżnicowanie wynagrodzeń (i liczby akcji) jest dodatkowym bodźcem motywującym do starań.

Kontrolny pakiet akcji Agory ma Agora-Holding, której udziałowcami jest pięć osób z kierownictwa Agory. Uprzywilejowane akcje serii A, należące do Agory-Holding, dają szczególne uprawnienia - np. prawo do wskazywania kandydatów na członków zarządu. Czemu to służy?

Wanda Rapaczyńska: Jest to replika struktury, którą mają największe gazety na świecie. Struktury, która daje gwarancje, że założyciele gazety będą mogli stać na straży jej niezależności i jej strategii.

Wanda Rapaczyńska. Warszawa, listopad 2017Wanda Rapaczyńska. Warszawa, listopad 2017 Fot. Michal Mutor/ Agencja Wyborcza.pl

Agora-Holding jest odpowiednikiem trustu. Udziały w truście nie mogą być sprzedane z istotnym zyskiem, można je tylko przekazać innej osobie wyznaczonej przez większość właścicieli trustu lub ewentualnie trust może być rozwiązany, z przeznaczeniem pieniędzy na cele charytatywne. Tu chodzi o kontrolę, a nie o kapitał.

Czy "Gazeta" mogłaby osiągnąć podobny sukces, gdyby nie ruszyła w 1989 roku, w wyniku ustaleń Okrągłego Stołu?

Wanda Rapaczyńska: To, że byliśmy we właściwym miejscu i we właściwym czasie, to jest dar od Pana Boga. Chcę tylko zwrócić uwagę, że wiele tytułów prasowych w różnych krajach sąsiednich było w podobnej sytuacji, ale nie potrafiło tego daru wykorzystać.

Jak ważne było dla "Gazety" odebranie jej przez Komisję Krajową "S" znaczka "Solidarności" w 1990 roku?

Piotr Niemczycki: To było jedno z kluczowych wydarzeń w historii tej firmy. Mieliśmy wtedy w redakcji wielki spór o to, czy podporządkować się tej decyzji. Dla mnie osobiście znaczek "Solidarności" jest do dziś niezwykle ważny. Wtedy uważałem, że w ogóle nie wolno się o tak ważną rzecz kłócić. Ale były i inne zdania. Pojawienie się tak ostrego konfliktu - i jednak wyjście z niego - pomogło nam stać się naprawdę niezależnym dziennikiem.

Z rynkowego punktu widzenia tamta decyzja okazała się błogosławieństwem, bo nie wyobrażam sobie wydawania dziś dziennika związkowego. Ale wtedy oczywiście nikt o tym nie myślał.

Adam Michnik, redaktor naczelny 'Wyborczej' i Helena Łuczywo, jego zastępca, w ogródku obok żłobka w którym mieściła się redakcja 'Gazety'. Warszawa, 1989Adam Michnik, redaktor naczelny 'Wyborczej' i Helena Łuczywo, jego zastępca, w ogródku obok żłobka w którym mieściła się redakcja 'Gazety'. Warszawa, 1989 Fot. Jacek Marczewski / Agencja Wyborcza.pl

"Gazeta" jako chyba jedyna na świecie jest naraz dziennikiem ogólnokrajowym i lokalnym. Jak do tego doszło?

Wanda Rapaczyńska: Jak zwykle u nas, trochę niechcący. Powstał jeden, potem drugi oddział i dalej już poszło samo. Trochę niechcący stworzyliśmy unikalny model dziennika. Owszem, są na świecie firmy, które mają i gazety ogólnokrajowe, i lokalne. Ale to zawsze seria gazet. A my to robimy w jednej gazecie.

Pamiętam, jak wiele lat temu rozmawialiśmy ze specjalistami, to oni łapali się za głowę. Twierdzili, że zwariowaliśmy, że w oddziałach budujemy niczemu niesłużącą bazę kosztów, że nie można sięgać po rynki lokalne i ogólnokrajowe przez jeden, wielkonakładowy tytuł.

Tymczasem ta konstrukcja nam bardzo pomaga, bo dzięki niej jesteśmy atrakcyjni dla bardzo różnych ogłoszeniodawców. Wielkie firmy mogą dać reklamy w wydaniu ogólnopolskim i w "Magazynie", a małe firmy lokalne - w dodatku regionalnym.

Pamiętasz swoje pierwsze spotkanie z "Gazetą"?

Wanda Rapaczyńska: Gdy przyjechałam do Polski w 1990 r., to był najcięższy okres planu Balcerowicza, bo wtedy płaciło się cenę, a jeszcze nie było żadnych profitów. Kraj wyglądał szaro i smętnie. Taki krajobraz po rewolucji. I w środku tej szarzyzny ta "Gazeta" z siedzibą w żłobku, robiona przez bandę oszalałych małolatów, wypalających przy tym miliony papierosów, a przy tym tworzących coś niezwykle znaczącego. Tego się w ogóle nie da opisać, ale to było niesamowicie zaraźliwe.

Ale nie myślałaś wtedy, że to będzie koncern medialny?

Wanda Rapaczyńska: Myślałam. W 1990 r. wspólnie z Heleną Łuczywo napisałam memorandum informacyjne i tam były plany rozwoju. Przyznaję jednak, że w najśmielszych snach nie przewidywałam, że to będzie rozwijać się aż tak szybko.

Helena Łuczywo, Warszawa, 17 sierpnia 2021Helena Łuczywo, Warszawa, 17 sierpnia 2021 Fot. Dawid Żuchowicz / Agencja Wyborcza.pl

Kiedy ten "oszalały żłobek" zaczął stawać się prawdziwą firmą?

Wanda Rapaczyńska: Lata 1989-90 były w historii "Gazety" "okresem rewolucyjnym", polegającym na tym, że coś się robiło z niczego, to wszystko się jakoś bilansowało i rosło. Była to przygoda - trochę taka jak kolonie letnie.

Rok później stanęliśmy już przed dylematem, że jeśli chcemy przyspieszyć wzrost, to musimy zbudować drukarnię. A to oznaczało, że trzeba porządnie zabrać się za firmę.

Nastąpił drugi etap, złośliwie w "Gazecie" nazywany okresem "struktury-procedury". Kiedy zaczęliśmy budować zasady działania firmy, struktury organizacyjne, określać obowiązki, a jednocześnie pozbywać się ubocznych przedsięwzięć.

I bez przerwy mówiliśmy, by koncentrować się na głównym przedsięwzięciu, czyli na 'Gazecie'

To była zupełnie inna skala niż dziś. W 1993 roku wzięliśmy pierwszy kredyt na maszynę drukarską - kilka milionów dolarów. Z dzisiejszej perspektywy to były niewielkie pieniądze. Ale wtedy wszyscy umierali ze strachu. Helena Łuczywo codziennie pytała mnie: "Wandziu, czy my zbankrutujemy?". A ja odpowiadałam: "Nie, chyba jeszcze nie dziś". A teraz? Kiedy się chwalę, że załatwiłam kredyt, wszyscy ziewają z nudów.

Robiliśmy to wszystko z przekonaniem, że te porządki się skończą i "Gazeta" będzie "sama chodzić". Okazało się to oczywiście kompletną fikcją: nic nie chodzi samo.

Jak wiele znaczyło dla Agory wprowadzenie w 1993 roku zagranicznego inwestora - amerykańskiego koncernu Cox?

Piotr Niemczycki: To był jeden z najważniejszych momentów w historii firmy. Bo "Gazeta" mogła rozwijać się samodzielnie, bazując na własnych zyskach. Tyle że trwałoby to znacznie dłużej. Postanowiliśmy ten rozwój przyspieszyć, przeskoczyć kolejne etapy technologiczne. I zyskać wiedzę. Bo, powiedzmy szczerze, Polska jest zaściankiem: inwestor z zewnątrz pomaga, daje doświadczenia, których my nie mieliśmy.

Piotr Niemczycki. Warszawa, 1 marca 2003Piotr Niemczycki. Warszawa, 1 marca 2003 Fot. Bruno Fidrych / Agencja Wyborcza.pl

To była ważna decyzja także dlatego, że oznaczała dopuszczenie do "rodziny" "Gazety" kogoś obcego. Postawiliśmy zresztą dwa warunki, które w zasadzie wzajemnie się wykluczały: że chcemy mieć inwestora strategicznego (a nie tylko pieniądze) i że sprzedajemy mniejszościowy udział.

Wanda Rapaczyńska: Sporządziliśmy wtedy dwie listy. Na jednej byli inwestorzy, których chcemy mieć w naszej firmie. Na drugiej - ci, których na pewno nie chcemy. I ta druga była znacznie dłuższa.

Dlaczego wybraliście właśnie Coksa?

Piotr Niemczycki: Cox jako jedyny rozumiał, o co nam chodzi. Do tego doszła nasza fascynacja tą firmą, która, podobnie jak "Gazeta", wyrosła na dziennikach, w której nadal wiodącym produktem jest dziennik, którą zarządzają byli redaktorzy.

W grudniu 1997 roku podpisaliście umowę strategiczną z Coksem, w ramach której Agora zapłaciła Coksowi 10 mln dolarów. Po co płacić udziałowcowi?

Wanda Rapaczyńska: To proste. Cox dzięki aliansowi z "Gazetą" bardzo dobrze poznał polski rynek. Teraz miałby wszelkie powody, by nań wejść, np. kupić jakąś inną gazetę czy założyć grupę radiową. Choć był inwestorem mniejszościowym, miał dużo praw. Powiedzieliśmy: w zamian za to, że będziecie z nami dalej współpracować, pomagać nam, nie będziecie z nami konkurować w Polsce i zaoferujecie nam udział w waszych inwestycjach w Europie, my płacimy wam 10 mln dolarów. To wszystko.

Co zdarzyło się, gdy okres "struktury-procedury" dobiegł końca i Agora stała się uporządkowaną firmą?

Wanda Rapaczyńska: Powiedzieliśmy sobie, że chcemy być koncernem medialnym - nie chcemy wydawać tylko "Gazety", mamy większe aspiracje. Zaczęliśmy nowe przedsięwzięcia i inwestycje: Canal+, radia i wiele mniejszych projektów wewnętrznych.

Canal+ to największa zewnętrzna inwestycja Agory. Na inwestycje w TKP (spółkę będącą właścicielem Canal+ Polska) Agora wydała około 34 mln dolarów. Teraz ta inwestycja w prospekcie figuruje w "czynnikach ryzyka", a prawie cała jej wartość będzie odpisana od tegorocznych zysków. Czy nie żałujecie, że w ogóle zainwestowaliście w Canal+?

Wanda Rapaczyńska: Kiedy decydowaliśmy się na inwestycję w Canal+, wiedzieliśmy, w co inwestujemy - w płatną, analogową telewizję. W biznes przećwiczony z sukcesem w wielu krajach na świecie.

Tymczasem w krótkim czasie zmieniło się boisko i reguły gry. Pojawiła się konkurencja i platforma cyfrowa - wcześniej, niż przewidywaliśmy.

Piotr Niemczycki: Gdyby nie zdumiewająca bezczynność polityków przypatrujących się, jak na rynek wchodzą bez koncesji HBO i Wizja, to sytuacja Canal+ byłaby dziś zupełnie inna.

Ja do dziś nie mogę uwierzyć w to, co się dzieje. Canal+, w związku z tym, że jest stacją legalną, płaci około 12 mln dolarów rocznie, jest obciążony szeregiem obowiązków. Wizja i HBO nie płacą nic, nie muszą inwestować w polską produkcję.

Jeśli politycy nic z tym nie zrobią, to powstaje pytanie, czy każdy z nas może nadawać z zagranicy, co chce, jak chce i kiedy chce. Należy się również zastanowić nad obecną i przyszłą rolą Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.

Dlaczego postanowiliście nie inwestować dalej w Canal+?

Wanda Rapaczyńska: Wejście Wizji spowodowało, że i Canal+ musiał zaangażować się w platformę cyfrową.

To zmieniło parametry inwestycji i zwiększyło ryzyko, a ewentualne zyski odsunęły się w czasie.

Dla nas to przedsięwzięcie zrobiło się za bardzo spekulatywne. Dlatego godzimy się na to, by nasz udział w Canal+ zmniejszył się. Odpis inwestycji w Canal+ to jeszcze nie pewność, że te pieniądze przepadły. Jeśli w przyszłości uzyskamy dochód z inwestycji w Canal+, to będzie to tzw. windfall profit - gwiazdka z nieba.

Piotr Niemczycki: Powiedzmy, że mam 2 zł. Mogę za to kupić dwie kromki chleba i dwa plasterki żółtego sera. Ale jestem bardzo głodny. Więc kupuję cały bochen chleba, a nie kupuję żółtego sera.

Tak samo jest z inwestycjami: mamy ograniczone środki finansowe, musimy więc koncentrować się na tym, co jest najważniejsze. A to jest 'Gazeta', 'Gazeta', 'Gazeta'

A czego się nauczyliście z tej inwestycji?

Wanda Rapaczyńska: Przede wszystkim tego, żeby przy inwestowaniu na zewnątrz opierać się na naszych silnych stronach. My jesteśmy najlepsi w operacyjnym zarządzaniu, więc powinniśmy zapewne kupować spółki, w których możemy wykorzystać nasze umiejętności.

Agora chce być koncernem multimedialnym. Na razie jednak 98 proc. jej wpływów przynosi "Gazeta". Czy inwestycje w niewielkie rozgłośnie lokalne mają w ogóle sens?

Wanda Rapaczyńska: W radia inwestujemy z myślą o przyszłości, bo wierzymy w rozwój rynków lokalnych. Nie liczymy na natychmiastowe zyski, choć Radio Pogoda w Warszawie zaczęło przynosić zysk po sześciu miesiącach.

Tworzymy wylęgarnię nowych przedsięwzięć. Oprócz stacji radiowych mamy też agencję fotograficzną, mobile (reklama zewnętrzna), internet, sprzedaż danych o rynku reklamy z naszej bazy. Tych zarodków jest mnóstwo i z niektórych wyrosną dochodowe firmy.

Przed wejściem do redakcji (tablicy z numerem żłobka nikt nie zdjął i nikt nie pamięta, dlaczego została). Helena Łuczywo zaprasza do nas Zbigniewa Brzezińskiego. Warszawa, 1989Przed wejściem do redakcji (tablicy z numerem żłobka nikt nie zdjął i nikt nie pamięta, dlaczego została). Helena Łuczywo zaprasza do nas Zbigniewa Brzezińskiego. Warszawa, 1989 Fot. Tomasz Wierzejski / Agencja Wyborcza.pl

Wróćmy do "Gazety", bo to jej dotyczą wszystkie najważniejsze inwestycje. Czy inwestowanie przede wszystkim w "Gazetę" jest bezpieczne? Wciąż przecież mówi się o schyłku tradycyjnych dzienników.

Wanda Rapaczyńska: Trawestując Marka Twaina, "informacja o śmierci gazet jest zdecydowanie przesadzona". "Gazeta" to przedsięwzięcie, które ma niesamowitą skalę, przynosi duże zyski i ma wielki potencjał wzrostowy. Zaniedbywanie dzisiaj tego i zabieranie się pełną parą do innych rzeczy równa się temu, by gęś znoszącą złote jaja upiec sobie na obiad.

'Gazeta' to nie tylko nasza miłość i okręt flagowy. To jest przede wszystkim piec chlebowy, z którego wychodzą pieniądze.

Jednak faktem jest, że na Zachodzie większość dzienników ma coraz mniejszą sprzedaż, bo potrzebę newsa zaspokaja telewizja, internet itp.

Wanda Rapaczyńska: Już kiedyś pracowałam w biznesie, o którym mówiono, że jego czas się kończy. Gdy pracowałam w banku, uważano, że wszelkiego typu operacje dokonywane na papierze (np. czeki) znikną, bo wchodzą karty kredytowe. Otóż weszły, a czeki nadal egzystują i cieszą się wielkim powodzeniem. Nowe sposoby płatności nie zniszczyły starych metod, lecz tylko rozszerzyły portfel możliwości.

To nie jest tak, że internet zastąpi prasę. Powstaje tylko pytanie, jakich treści powinna dostarczać gazeta, jeśli gorący news schodzi z internetu, telewizji. Jaką mają rolę do spełnienia gazety?

Piotr Niemczycki: Polska to nie świat. My nie działamy na stabilnym rynku. Polski rynek rośnie razem z nami i my mamy wpływ na to, co się zdarzy.

Ja jestem bardzo dumny z faktu, że "Gazeta" nie tylko korzysta z rozwoju rynku, ale i sama ten rynek modeluje. Tak dzieje się od początku.

Bo przecież w 1989 roku język 'Gazety', sposób przekazywania informacji, tytuły, oddzielanie komentarzy - to było coś absolutnie nowego. Dziś w ten sposób redagowana jest większość gazet.

Sztuka polega na tym, by wyprzedzać rynek, by dawać czytelnikom nowe powody do zakupu "Gazety". Inne gazety nie dawały reportażu - my dajemy i nasi czytelnicy pokochali reportaż. Stworzyliśmy dodatek o pracy, który jest nie tylko źródłem przychodów z ogłoszeń, ale napędza czytelnictwo i - patrząc szerzej - wspiera rozwój całego polskiego rynku pracy.

Siedziba koncernu Agora - redakcja 'Gazety Wyborczej'. Warszawa, 2 grudnia 2021Siedziba koncernu Agora - redakcja 'Gazety Wyborczej'. Warszawa, 2 grudnia 2021 Fot. Maciek Jaźwiecki / Agencja Wyborcza.pl

Dam wam jeszcze jeden przykład: moi znajomi w Ameryce, gdy dostają niedzielne wydanie "New York Timesa", które waży chyba półtora kilo, zaczynają od tego, że wszystkie części gazety rozkładają na stole. Cieszą się tym, oglądają, czują zapach papieru. To jest cały rytuał poprzedzający czytanie gazety.

Niedawno wszedłem do kawiarenki Dunkin' Donuts i zobaczyłem, jak dwóch mężczyzn robi dokładnie to samo z naszą "Gazetą". Oglądają po kolei dodatki, układają je w swojej ulubionej kolejności.

I teraz, jeśli ktoś wejdzie na polski rynek z gazetą cienką - choćby lepszą od naszej - to już nie zdobędzie tych, którzy chcą mieć grubą gazetę, lubią układać sobie dodatki, których cieszy ten rytuał. To już jest nasza przewaga.

Wywiad był opatrzony poniższymi informacjami

 Akcje istniejące

* 4 mln 281 tys. 600 uprzywilejowanych akcji serii A. Właścicielem wszystkich akcji serii A jest Agora-Holding.

* 39 mln 108 tys. 900 akcji imiennych, zwykłych serii B. Z tego 5 mln 43 tys. 450 akcji należy do Coksa, 19 mln 111 tys. 700 do 95 pracowników spółki i pięciu osób fizycznych, a 14 mln 953 tys. 750 akcji do Agory-Holding.

* 750 tys. akcji uprzywilejowanych serii C, których właścicielem jest Cox.

Nowe akcje

Agora SA zamierza zaoferować:

* 2 mln 267 tys. 25 akcji serii D w ofercie pracowniczej. Cena emisyjna równa jest wartości nominalnej i wynosi 1 zł.

* Do 9 mln akcji serii E w ofercie publicznej, w transzach dla małych inwestorów (nabywających mniej niż 15 tys. akcji) i dużych inwestorów. Część dużych inwestorów zamiast akcji zakupi GDR-y (globalne kwity depozytowe), które będą notowane na giełdzie w Londynie. Zapisy na akcje rozpoczną się 25 lutego, a cena emisyjna akcji serii E będzie podana w "Gazecie Wyborczej" dwa dni wcześniej.

* Do 1 mln 350 tys. akcji serii F w ofercie zamkniętej (dla gwarantów emisji akcji serii E). Cena emisyjna akcji serii F będzie taka sama jak akcji serii E.

--------

Wybrane teksty o zagrożeniu niezależności redakcji "Wyborczej" i konflikcie z zarządem Agory

>> Krystyna Zachwatowicz-Wajda: Obowiązkiem Agory jest wspierać "Wyborczą",

>> Szymon Gutkowski, Maciej Kisilowski: Pozwólmy "Gazecie Wyborczej" iść dalej swoją drogą,

>> Wojciech Orliński: Z prezesem Hojką i jego ludźmi (oraz szerzej - tego typu ludźmi) nie chcę pracować już nigdy,

Prezes zarządu Agory Bartosz Hojka. Warszawa, listopad 2017Prezes zarządu Agory Bartosz Hojka. Warszawa, listopad 2017 Fot. Michal Mutor/ Agencja Wyborcza.pl

>> Paweł Kasprzak: Nie trzeba fundamentalizmu Czarnka, by narozrabiać złowrogo. Wystarczy interesowna głupota doprowadzona do skrajności. Zarząd Agory przykładem.,

>> Stowarzyszenie Sędziów Polskich "Iustitia": Wolne sądy i wolne media istnieją po to, by bronić ludzi przed władzą,

>> Instytut Spraw Publicznych: Z głęboką troską i narastającym niepokojem przyjmujemy informacje o działaniach Zarządu spółki Agora wobec redakcji "Gazety Wyborczej".,

>> Leszek Jażdżewski: Wiem, że poczucie misji nie pozwoli Wam skapitulować, jesteście to winni "Wyborczej" i jej czytelnikom,

>> Komitet ds. Niezależności Redakcyjnej Economia: Ten spór zagraża nie tylko "Wyborczej", ale też demokracji w Polsce i całym regionie,

>> Bogdan Miś: "Agorę" powołano po to, by dziennikarze mieli pewien luksus pracy,

>> Dla nas, dla czytelników kluczową kwestią jest zaufanie. My ufamy Adamowi Michnikowi (list otwarty),

>> Bogdan Białek: Dla mnie prawda leży tam, gdzie stoi Adam Michnik,

>> Pozwoliłam sobie przygotować i przesłać na Pana ręce szkic listu do pracowników "Wyborczej", gdy "Wyborczej" już nie będzie. Inspiracją do niego były treść i ton opublikowanego w "GW" ostatniego listu zarządu Agory do dziennikarzy - zwraca się do Bartosza Hojki, prezesa Agory mieszkająca w USA czytelniczka "Wyborczej".,

>> Adam Pieczyński: Konflikt w Agorze: firma mediowa to nie fabryka śrubek,

>> List Czytelniczki: Obserwuję z niedowierzaniem zabiegi zarządu Agory zmierzające de facto do zniszczenia "Gazety Wyborczej".,

>> List Czytelniczki: Z drżeniem serca czytam listy Zarządu do Was, Wasze odpowiedzi i różne reakcje dookoła. Boję się, że zakulisowe działania różnych funkcjonariuszy pisowskiego bezwładu i bezhołowia próbują przejąć jedno z ostatnich wolnych miejsc, które się twardo nie daje.,

>> List Czytelniczki: Nawet w komercyjnej organizacji misja musi być na pierwszym miejscu

Oświadczenia redakcji "Wyborczej":

>> Bronimy i będziemy bronić "Gazety Wyborczej". Oświadczenie redakcji w sprawie działań zarządu Agory SA,

>> Adam Michnik: Manifest Bartosza Hojki, Tomasza Grabowskiego, Tomasza Jagiełły, Anny Kryńskiej-Godlewskiej i Agnieszki Siuzdak, członków Zarządu Agory, nasycony jest retoryką dobrze mi znaną z przeszłości - zamiast argumentacji mamy opluskwianie adwersarzy,

>> Oświadczenie Jarosława Kurskiego i Jerzego B. Wójcika: Wojna Zarządu Agory z redakcją "Wyborczej" wchodzi w fazę czarnego PR.

Jarosław Kurski i Jerzy B. WójcikJarosław Kurski i Jerzy B. Wójcik Michał Mutor/Agencja Gazeta

Wybrane artykuły zewnętrzne:

>> "Ja nie zarządzam tą firmą na litość boską!". Relacja magazynu Press ze spotkania Heleny Łuczywo z załogą "Wyborczej" 2 grudnia 2021 r.

>> Wirtualne Media: Rada Redakcyjna „Gazety Wyborczej" w stanowisku opublikowanym po zwolnieniu Jerzego Wójcika wzywa zarząd spółki do „jak najszybszego zakończenia wewnętrznej wojny, która osłabia całą firmę". Winą za trwający konflikt obarcza władze Agory.

>> Magazyn Press: Raport dziennikarza "GW" obnaża nieudane inwestycje Agory. Zarząd neguje.

>> Wirtualne Media: Dziennikarz śledczy „Gazety Wyborczej" Wojciech Czuchnowski napisał raport opisujący nieudane inwestycje wydawcy tytułu, spółki Agora.

>> Magazyn Press: Zarząd Agory odpowiada "Gazecie Wyborczej" i ujawnia informacje o pracownikach.

>> Magazyn Press: "Mamy do czynienia z próbą zniszczenia "Gazety Wyborczej" - mówił na spotkaniu Adam Michnik, naczelny "GW" (okoliczności zwolnienia Jerzego B. Wójcika przez zarząd Agory).

>> Onet.pl: "Gazeta Wyborcza" składa wotum nieufności wobec Zarządu Agory. "Czy to wasza zajadła mściwość, głupota, czy błąd?".

>> Magazyn Press: Na czele karawany. Kim jest Jerzy Wójcik z "Gazety Wyborczej".
---
Piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.