Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Autor (rocznik 1976 r.) był w latach 2004-2016 prokuratorem, obecnie jest wrocławskim adwokatem.

To właśnie PiS jest problemem

Z uwagą śledzę wypowiedzi medialne i artykuły prasowe prof. Marcina Matczaka, co wobec ich liczby i częstotliwości nie jest rzeczą trudną. Od razu powiem, że w zasadniczej części jego oceny podzielam. Prof. Matczak posiada niełatwą umiejętność zrozumiałego dla szerszego grona tłumaczenia, na czym polega problem łamania praworządności przez obecną władzę. Klarowność i obrazowość argumentacji jest w tym wypadku bardzo pożądana, bowiem zapewnia dotarcie przekazu do jak najszerszego grona odbiorców. A to wartość niezaprzeczalna.

W artykule „PiS nawet jak upadnie, to nadal tu będzie" Marcin Matczak stawia tezę, iż Polacy nie tyle „spisieli", co „sfaszyzieli". Że „rakiem, który toczy nasze społeczeństwo, jest coraz bardziej brutalny podział na »my« i »oni«. Że Kaczyński jak inni przywódcy (Trump, Orbán) „napuszczają na siebie grupy społeczne, wmawiając jednej, że jest ofiarą drugiej". Dalej autor wywodzi, że faszyzm nie jest zjawiskiem historycznym, ale psychologicznym. Oczywiście, że tak. Jednak o ile w pełni zgadzam się z tezą prof. Matczaka, że skutki polaryzacji naszego społeczeństwa są i będą jeszcze bardziej fatalne, to nie zgadzam się z większością argumentacji przedstawionej w tym artykule. W prawie procesowym jest taka konstrukcja, że można zaskarżyć nie sam wyrok (czyli jakąś tezę), ale tylko jego uzasadnienie (argumentację). Z tej właśnie możliwości skorzystam, odnosząc się do wypowiedzi pana profesora Marcina Matczaka.

Pisze prof. Matczak, że atak na praworządność „był aktem zemsty sfrustrowanej grupy naszych obywateli – zaatakowali porządek wartości III RP, który władza obarczyła winą za ich niepowodzenie". Takie stwierdzenie miałoby świadczyć o tym, że jakaś, mniejsza o to jak duża, grupa obywateli zakwestionowała ład prawny tworzony w naszym państwie po 1989 r. i chciała zgoła innego ustroju. Czyli że grupa ta była sprawcą zmian, jakie obecnie następują. Ależ oczywiście, że nie. Ten atak był bardziej lub mniej przemyślanym projektem politycznym, w którym owa grupa była jedynie narzędziem. Projekt zmierzał do tego, aby najpierw władzę zdobyć, a potem niszcząc zasady demokratycznego państwa, prawa tę władzę ugruntować, czego obecnie jesteśmy świadkami. Przy czym „sfrustrowana grupa naszych obywateli" w wielu wypadkach miała rację, że, chociażby, system wymiaru sprawiedliwości i ogólnie pojęta praworządność są daleko niedoskonałe. Ta diagnoza pisowska i metodyczne, bardzo często cyniczne i bałamutne wyolbrzymianie błędów poprzedniej władzy (banalne na skalę obecnych nadużyć władzy przysłowiowe „ośmiorniczki") pozwoliło dojść PIS-owi do władzy w 2015 r.

Potrzeba dialogu, o której pisze Marcin Matczak, i umiejętność zrozumienia argumentów drugiej strony jest możliwa, kiedy te obie strony przestrzegają, nawet ogólnie, tych samych reguł. Nie można grać w brydża, kiedy jedna para uważa, że 3 bez atu jest mniej warte niż 4 trefl.

Tutaj przechodzę do zasadniczego zarzutu, jaki stawiam wypowiedzi pana profesora. Uważam, że sprowadza się ona w gruncie rzeczy do tzw. symetryzmu, stwierdzenia, że w naszym społeczeństwie istnieją dwa ekstremizmy, które solidarnie odpowiadają za stan rzeczy, jaki jest obecnie. Wywodzę to z następujących słów Marcina Matczaka: „Słucham ostatnio masochistycznie lewicowych podcastów – ileż tam nienawiści i wciskania ludzi w plemiona! Ktoś rozmawia godzinami o zdehumanizowanych ludzkich szymelach, gotowych paczkach poglądów. Wprawdzie nie o postkomunistach i ubeckich wdowach, ale o libkach i fajnopolakach. Co za różnica?". Otóż różnica jest. I to zasadnicza.

Nie można stawiać znaku równości między publicznym paleniem kukły Żyda, a również publicznym happeningiem grupy aktywistów, którzy nago w proteście przeciwko zmianom klimatu przyklejają się do szyb sieci sklepów sprzedających odzież.

Przecież w każdym wypadku zachowania takie są wyrazem jakichś poglądów i nie tylko naruszają przyjęte obyczaje, ale łamią też prawo. Nie jest również tym samym pieczenie kiełbasek i gotowanie grochówki w lesie podczas spotkań neofaszystów, czym gotowanie zupy dla uchodźców w ramach akcji „Zupa na granice". Wreszcie nie jest tym samym wypowiedź Jakuba Żulczyka, który używając słowa „debil", skomentował istotnie debilne zachowanie prezydenta, czym zachowanie Grzegorza Brauna, który w ramach poselskiej „interwencji" wtargnął do biura dyrektora Filharmonii Narodowej, paraliżując na kilka godzin pracę tej instytucji. To są przecież ekstrema, dwa światy istniejące w Polsce. Ogromnym błędem jest jednak założenie, że światy te należy godzić. Uzgadniać stanowiska, przekonywać do wzajemnych racji. Nie. Należy stawiać wyraźną granicę, nieomal jak w westernie – pomiędzy dobrem a złem.

Obecny system władzy stworzony przez PiS, a ściślej mówiąc jednoosobowy mózg tej machiny Jarosława Kaczyńskiego opiera się, przede wszystkim, na kłamstwie i manipulacji. Cynizmie i obłudzie. Powiedzmy wprost, to jest zło.

Już w zasadzie o tym zapominamy, jak ogromną manipulacją było wmawianie społeczeństwu, że 10 kwietnia 2010 r. doszło do zamachu pod Smoleńskiem, zbrodni dokonanej przez drugą stronę politycznego sporu. Zapominamy, że Kaczyński dochodził do władzy pod hasłami „państwa w ruinie" i powszechnie panującego „układu", które to patologie zostały obecnie doprowadzone do modelowej wręcz perfekcji. Ten sposób sprawowania władzy, który w przekazie jest antyelitarny i ma przywracać zwykłym ludziom godność i sprawczość, opiera się na antynaukowości, antyrozumności i antyautorytecie. Na zaprzeczeniu tego, co stałe, sprawdzalne, uzgodnione wiekami doświadczeń funkcjonowania społeczeństw. To nauka i doświadczenie buduje ludzkość, pozwala rozwijać się cywilizacjom i jest gwarancją ich trwania. Zaprzeczenie tego boleśnie doświadczamy jako społeczeństwo w całkowicie idiotycznej postawie tzw. antyszczepionkowców, z którymi obecnej władzy jest najwyraźniej po drodze.

Stawianie znaku równości między, nazwijmy to umownie, ekstremizmem lewicowym a prawicowym bardzo szkodzi walce z „faszyzowaniem się" naszego społeczeństwa, słusznie diagnozowanym przecież przez prof. Matczaka.

Nie wiem, czy przeprowadzano takie badania socjologiczne, ale można być niemal pewnym, że w grupie zwolenników tzw. zamachu smoleńskiego bardzo dużą akceptacją cieszy się teoria braku zagrożenia ze strony COVID-19 i tym samym skuteczności szczepień. Wielki triumf nauki polegający na szybkim wynalezieniu szczepionki zostaje sprowadzony do spisku wielkich firm farmaceutycznych i kto wie kogo jeszcze, dążących do zapanowania nad światem. Ale przecież jednak myśli tak zdecydowana mniejszość społeczeństwa.

Kluczem jest właśnie dotarcie do większości. A ta większość jest zwykła, normalna, niezbyt skłonna do większego wysiłku, a tym bardziej do poświęceń i jednoznacznego opowiadania się po jednej stronie sporu.

Jarosław Iwaszkiewicz napisał opowiadanie pt. „Ikar", nawiązujące do znanej Brueglowskiej metafory. Przedstawia tam zdarzenie z okupacyjnej, warszawskiej ulicy. Kilkunastoletni chłopak pogrążony w czytaniu książki przez nieuwagę wpada pod samochód gestapo. Zmuszeni do gwałtownego hamowania okupanci niemieccy wyskakują z auta i natychmiast zabierają go, jak przewiduje obserwator, na niechybną śmierć. Tymczasem warszawska ulica w ogóle tego nie zauważa. Ta zguba chłopca jest jej obojętna. Ludzie cieszą się pięknym, czerwcowym wieczorem, załatwiają swoje sprawy, spieszą się, aby zdążyć przed godziną policyjną, przekupka zachwala sprzedawane cytryny, pomnik Mickiewicza jak stoi, tak stał... Nikt nie zauważył tragedii.

Dlatego myślę, że teraz należy się zająć tą właśnie obojętnością społeczeństwa. A nie godzeniem fantastycznych kobiet, które po pracy mimo wielu innych obowiązków gotują zupę i wkładają ją w słoiki, aby w ten sposób wesprzeć potrzebujących i przeciwstawić się ogromnemu złu, jakie dzieje się na granicy białorusko-polskiej, ze sfrustrowanymi swoim życiem mężczyznami nieustannie ostrzącymi drzewce narodowych flag. Ani „pisizacji", ani „faszyzacji" nie będzie, gdy właśnie uda się przerwać tę obojętność.

Ponieważ prof. Matczak powołuje się w swoim tekście na Timothy'ego Snydera, pozwolę sobie zacytować na zakończenie jego słowa: „Czym jest prawda? Ludzie czasem zadają to pytanie, gdyż woleliby pozostać bezczynni. Ogólny cynizm sprawia, że czujemy się modni i alternatywni nawet wtedy, gdy toniemy wraz ze współobywatelami w bagnie obojętności. Zdolność do ustalenia faktów czyni nas odrębnymi jednostkami, a zbiorowe zaufanie do wspólnej wiedzy – społeczeństwem" (T. Snyder, „O tyranii. Dwadzieścia lekcji z dwudziestego wieku").

listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.