Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

O moralnych skutkach wydarzeń na granicy

Przemyślenia, którymi chciałbym się z mymi rodakami podzielić, noszę w sobie od dłuższego czasu. I wyraziłbym je, wiedząc, że należy, że to sprawa ważna. Teraz już wiem, że nadzwyczaj ważna. Bo oto nastąpiło zdarzenie, które wręcz zmusiło mnie do uczynienia tego teraz, zaraz, powiało bowiem grozą. Młoda, wrażliwa na ludzką krzywdę, a więc szlachetna, kobieta zareagowała spontanicznie, przeżywszy szok, po obejrzeniu na ekranie smartfona sceny, która nie mogła jej nie poruszyć. Wykrzyczała wpisem na Instagramie to, co czuła. Bo zobaczyła w poniżający sposób traktowanych bezbronnych ludzi, zwłaszcza chodziło o kobietę i dziecko, przez silnych uzbrojonych mężczyzn.

Stanisław Brejdygant, aktor, reżyser, scenarzysta, pisarz i dramaturgStanisław Brejdygant, aktor, reżyser, scenarzysta, pisarz i dramaturg Archiwum Autora

Czytający już wiedzą, o co i o kogo chodzi. I domyślają się, a ci, co żywią po prostu ludzkie uczucia, których natura wyposażyła w empatię, dobrze wiedzą, co budzi we mnie grozę. Otóż to, że przyszło mi żyć w kraju, w którym są i to wielu – mijam ich zapewne na ulicy, może są mymi sąsiadami, bo, na szczęście, nie znajomymi, nie mam takich znajomych – są ludzie, którzy tę kobietę opluwają i starają się zadeptać. Rodzi się zatem pytanie: dlaczego oni są tacy i – co może ważniejsze i groźniejsze – dlaczego takimi się stają? I nad tym właśnie uważam, że warto się zastanowić. Ale nim przystąpię do formułowania mych przemyśleń, wiem, że muszę odbyć pewien niezbędny rytuał. Muszę wyrazić kilka oczywistych oczywistości, by przypadkiem nie być pomówionym o antypolskość czy antypatriotyzm. Co, niestety, mogłoby się zdarzyć, mimo iż winno być dla wszystkich jasne, że kieruje mną głęboka troska o dobro mego kraju i troska o morale mego narodu.

A zatem, żeby nie było wątpliwości. Po pierwsze, uważam, że granicy państwa należy chronić, strzec jak źrenicy oka. Mądrze, skutecznie i odpowiedzialnie. Po drugie, nie pochwalam, a wręcz uważam za naganne, używanie wulgaryzmów w wypowiedziach publicznych, a taką jest wpis w mediach społecznościowych. Przy czym potrafię sobie wyobrazić człowieka będącego w głębokim szoku i wówczas jego reakcje gotów jestem usprawiedliwić. Po trzecie, uważam, że (wciąż, wiem, będąc w szoku) Pani Kurdej-Szatan – bo o niej przecież mowa – niesłusznie użyła słowa „mordercy" w stosunku do funkcjonariuszy Straży Granicznej (za co kilkakrotnie publicznie przeprosiła), bo nie są oni mordercami. Ale właśnie. I tu pytanie: kim zatem są, skoro byliśmy świadkami tego, co są w stanie czynić? Kim mogą się stać? Kim, w trakcie służby, podlegając określonym rozkazom, stają się. I to jest właśnie owo pytanie, które od dłuższego czasu sobie stawiam. Drugie, które postawię później, dotyczyć będzie ludzi, którzy takiego postępowania i rozkazów nakazujących podwładnym takie postępowanie, nie uważają za najdelikatniej mówiąc naganne. Ba, w pełni je akceptują. A zatem.

Uważam, że dzieje się coś bardzo groźnego, co – a to nieuniknione – będzie miało trudne do przewidzenia, ale z całą pewnością groźne skutki. Bo oto obecne władze postanowiły zdemoralizować całą rzeszę młodych ludzi, którzy na ogół z głębokim przekonaniem o słuszności swej decyzji, przywdziali mundury, by stać się obrońcami ojczyzny. Tymczasem zmusza się ich (rozkaz jest rozkazem) do czynienia czegoś, co ten mundur hańbi.

Bo to, co się nazywa push back, to przecież rzecz haniebna. Oto nieszczęśni ludzie – oczywiście ci, którzy nic, albo bardzo mało rozumieją i są pozbawieni serca, powiedzą, że „ci uchodźcy sami sobie są winni" – ludzie, którzy niejednokrotnie potracili dorobek życia i latami żyją w swych objętych wojną krajach, w nieludzkich warunkach, zwabieni przez macherów na usługach zbrodniczych władz Białorusi, stawiając na jedną kartę, przylatują do Mińska, a potem zostają wpędzeni do pułapki, na granicę. Białoruskie służby, realizując plan Łukaszenki, wpychają ich do Polski, a Polacy ich wypychają. Dokąd? Ano niby z powrotem, skąd przyszli. Ale tak naprawdę w pułapkę bez wyjścia. Bo Białorusini ich nie przyjmą, wypchną z powrotem. Zatem, na śmierć. Najsilniejsi, mężczyźni, może sobie dadzą radę. Ale kobiety, bywa, że ciężarne, te, które chciały urodzić w lepszym świecie? Ale dzieci… Dlatego decyzję o push backach, uważam, nie waham się tego powiedzieć, za zbrodniczą. I trudno mi uwierzyć, że, podobno, prezydent mego kraju, mego narodu historycznie doświadczonego szczególnie uchodźstwem, podpisał taki, powtórzę, zbrodniczy, dokument. Wzorem dla nas są, a przynajmniej bywały, Stany Zjednoczone. Otóż powszechnie wiadomo, że jeśli dajmy na to, uciekinierowi z Kuby uda się dopłynąć do brzegu, do plaż Florydy i stanąć nogą na amerykańskim brzegu, to już musi być przyjęty. I jego sprawa musi być rozpatrzona. Nie można go z powrotem wpędzić do wody, tak jak nasi pogranicznicy wpędzają w bagna graniczne.

Otóż wzywam do zastanowienia władze państwa, wzywam też do zastanowienia posłusznych władzy wyższych dowódców, którzy wydają rozkazy swym żołnierzom czy funkcjonariuszom. Czy zdajecie sobie sprawę z tego, co robicie z psychiką tych waszych młodych podkomendnych w mundurach? Przecież okaleczacie ich. Każecie im „bezwzględnie" wykonywać push back i wpychać dzieci w bagna graniczne? Dla sadystów, a pewno tacy, jak w każdym środowisku, się zdarzają, jest to zajęcie, które wykonują z zadowoleniem. Ale przecież większość idących do wojska to normalni młodzi ludzie. I wy bierzecie odpowiedzialność za ich deprawację. Bo niemożliwe, aby tak traumatyczna, budząca moralny sprzeciw służba nie zostawiła śladów w ich psychice. A tę ma się jedną. Nie wymienia się jej po zdjęciu munduru.

Co do naszych władz, to przypomina mi się myśl zaiste mędrca, Stanisława Jerzego Leca. „Mają czyste sumienie. Bo nie używane". Chcę naszej władzy przypomnieć, kto namawiał swych „rycerzy", by dla dobra ojczyzny w wykonywaniu swej służby nie mieli litości dla „innych". Żeby nie było nieporozumień, nie czynię żadnego porównania – przecież, wiem, naszym żołnierzom na pewno nie mówi się wprost: bądźcie bezlitośni, jak czynił wiadomo kto, nie, poleca im się tylko „wykonanie zadania" – zatem proszę mnie nie pozywać do sądu o zniesławienie. W tych dniach Sejm Najjaśniejszej uchwalił ustawę o – nie ważne jak została nazwana – o permanentnym stanie wyjątkowym na granicy. Ustawa ta łamie konstytucję, o czym wie każdy w miarę rozgarnięty obywatel. Ale dla rządzących to bagatela, mają przecież zwany tak zwanym, wykonujący karnie każde zlecenie prezesa, Trybunał Konstytucyjny, gotowy zawyrokować, że każde złamanie konstytucji jest zgodne z konstytucją. Zatem nadal media, wolna prasa nie będą miały swobodnego dostępu do strefy granicznej. I nikt już, łącznie z tymi, którzy głosowali „za" w Sejmie za tą ustawą, nie pyta dlaczego. Bo po co? Wszystko jasne.

Jeżeli się zakazuje dostępu, to znaczy, że tam się dzieje coś złego. Nie o niebezpieczeństwo przecież chodzi, bo tej bredni to już chyba nikt zdrowy na umyśle nie przyjmie. Aby oto zahartowani w okrutnych wojnach i to wszelkiego rodzaju, korespondenci wojenni mieli się bać kamieni rzucanych przez białoruskich ubeków.

Powtórzę, jeśli nie wolno tam być dziennikarzom, to nie może znaczyć nic innego jak tylko to, że ukrywa się tam złe czyny. Innego wytłumaczenia nie ma. A jeśli nie wpuszcza się pomocy humanitarnej i służb medycznych, to jest się okrutnym prześladowcą.

No to teraz jeszcze kilka słów o narodzie. To znaczy o tej jego części, która opluła i próbuje zadeptać moją szlachetną koleżankę, Barbarę Kurdej-Szatan. Prawdopodobnie są to ci, których zwykło się określać mianem „twardego elektoratu" rządzącej partii. Cóż, długo żyję. Dużo widziałem, dużo doświadczyłem i zawsze starałem się zrozumieć ludzi. Ich motywacje. Otóż tym razem jestem bezradny.

Bo jak można, będąc matką czy ojcem, objawiając czułość do własnych dzieci, pluć na inną matkę, która przeżyła wstrząs, widząc cierpienie i poniżenie dziecka. Nie swojego. Ale w wyobraźni zobaczyła siebie i swoje dziecko w podobnej sytuacji. Na tym polega empatia.

Zastanawiając się nad reakcją, nad zachowaniami części moich rodaków, nie mogę nie przywołać znów w pamięci sąsiadującego z nami narodu, który przecież składał się z normalnych, przeciętnych ludzi, i którego synowie, ubrani w mundury, byli pouczani o potrzebie „braku litości". Ten naród, ci ludzie, przez kilkanaście lat żyli łącząc szaleńczą akceptację dla swego wodza i całkowity brak litości dla innych, z czułym po ludzku stosunkiem do swoich bliskich. Pocieszam się, że po latach, potomkowie tamtego narodu żyją dziś w państwie o wzorowej demokracji.

Przeto mam niewielką, ale jednak, nadzieję, że ta, pozbawiona współczucia i miłosierdzia część naszego społeczeństwa, deklarująca na ogół przywiązanie do wiary katolickiej – przypomina się Tuwimowskie sformułowanie „katolik, ale jeszcze nie chrześcijanin" – dostąpi kiedyś nawrócenia i powróci do Rodziny Ludzkiej. A człowiekowi, który mieni się liderem Ligi Przeciw Zniesławianiu Narodu Polskiego i który bodaj chce wytoczyć proces o zniesławienie (armii czy narodu, bo już doprawdy nie wiem) pani Kurdej-Szatan, radziłbym, aby wziął głęboki oddech i się opamiętał. Gorzkich słów nie szczędzili mojej ojczyźnie i swym rodakom najwartościowsi jej synowie, zaś schlebiali niskim instynktom, dmąc zawzięcie w patriotyczne surmy, zawsze ci najlichsi.

Stanisław Brejdygant

ur. w 1936 r., aktor, reżyser, scenarzysta, pisarz i dramaturg

listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.