Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

 Jakiś czas temu dowiedzieliśmy się, iż sławetna misja berlińska ambasadora profesora Andrzeja Przyłębskiego dobiegnie niebawem końca. Zwyczajowi prześmiewcy z wielorakich odłamów opozycji mówili o niebywałej klapie dyplomatycznej, jak też o prawie totalnej izolacji ambasadora, który nie zdołał nawiązać znaczących kontaktów z niemieckimi decydentami i aparatem niemieckiego MSZ i miał rzekomo spędzać czas na jałowym pohukiwaniu. Wypominano mu zarówno agenturalną przeszłość (TW Wolfgang), jak też fakt, że utrzymał - mimo ewidentnego braku poparcia w aparacie polskiego MSZ -  stanowisko przez prawie sześć lat tylko dzięki pozycji i wpływom swej żony u Jarosława Kaczyńskiego.

Oczywiście prezes i zdrowe siły w MSZ z ministrem Rauem na czele dały odpór tym niecnym pomówieniom, zapewniając o wielkiej estymie, jaką ambasador był i jest darzony, i jego wielkich zasługach. I niestety w tym arcytypowym, polskim antagonistycznym pogwarze przesłonięty został niesłychanie istotny aspekt, który mógłby posłużyć do oceny ambasadora Przyłębskiego, a mianowicie aspekt funkcjonalno-komparatystyczny. Dopiero dokładniejsze komparatystyczne przyglądnięcie się niektórym aspektom pozycji berlińskiej i pracy Andrzeja Przyłębskiego pozwoli nam uzmysłowić sobie zaskakujący na pozór fakt, iż pan ambasador, obejmując stanowisko w 2016 roku, wymyślił nowatorski jakby model działania, który niebawem miał zainspirować kadry dyplomatyczne kraju zdecydowanie od Polski potężniejszego.

Za centralny aspekt swojej działalności w Niemczech ambasador Przyłębski uznał bowiem stałe recenzowanie niemieckich mediów zajmujących się Polską.

Ponieważ głosów krytycznych czy wręcz wrażych wobec rządów PIS-u oczywiście nie brakowało, pan ambasador prawie co tydzień dawał rodzaj tego, co Anglicy nazywają „running commentary", piętnując negatywne oceny i przejaskrawienia i domagając się aktów pokuty. Czynił to również dlatego, iż wyznawał zasadę, że Niemcom i ich mediom, jako spadkobiercom zbrodniarzy III Rzeszy, w stosunku do Polski „wolno zdecydowanie mniej".

Jednocześnie donosił do centrali o niewłaściwie pozytywnej recepcji publikacji polskich mediów opozycyjnych w Niemczech i karmił PIS-owskie media wywiadami piętnującymi takowe współdziałanie Niemców i polskiej opozycji. Doszło więc do paradoksalnej sytuacji, w której ambasador polski w Niemczech, mimo ciągłych protestów, nie był z reguły dostrzegany przez prasę niemiecką, natomiast był ciągle obecny w polskiej debacie publicznej - czy to prorządowej, czy to opozycyjnej.

Pod koniec 2017 roku, wraz z politycznym zwrotem zainicjowanym przez Xi Jinpinga, w chińskim aparacie dyplomatycznym doszła do głosu nowa generacja dyplomatów nazywana potocznie przez chińskich nacjonalistów „wilkami wojownikami" (określenie zaczerpnięte z popularnego filmu propagandowego). Ambasadorowie chińscy w czołowych stolicach Zachodu rozpoczęli ostrą polemikę z krytycznymi artykułami, przebijając jeden drugiego w miotaniu na wrogów ChRL wyzwisk w rodzaju plugawca czy hieny i w ciągłych groźbach wyciągnięcia surowych konsekwencji za szkalowanie Chin. Absolutnym liderem w tej kampanii był ambasador ChRL w Paryżu Lu Szaje, którego Francuzi z tego powodu kilkakrotnie, oczywiście bez żadnego skutku, wzywali na dywanik do MSZ na Quai d‘Orsay. Tenże to sławny Lu Szaje w wywiadzie dla partyjnej gazety "Guancha" kilka miesięcy temu sformułował nowatorska zasadę odmienionej chińskiej dyplomacji, a ta mianowicie, iż najważniejszym adresatem dla każdego chińskiego ambasadora nie jest „opinia i decydenci kraju, w którym przyszło mu działać, lecz opinia w samych Chinach, której poparcia i poklasku powinien ciągle szukać".

To zaiście przewrót kopernikowski w ponaddwutysięcznej historii dyplomacji, to pomysł, na który nie wpadli o dziwo nawet ambasadorzy Józefa Stalina, Adolfa Hitlera czy też naszego Bieruta. I dlatego powinien wszystkich Polaków napawać dumą prawdziwie budujący fakt, iż u jego genezy leży oczywiście znana Chińczykom doskonale praktyka działań ambasadora Przyłębskiego w Berlinie.

Zastanowić musi jednak okoliczność, iż pan ambasador nie sformułował teoretycznie – choć jest profesorem historii filozofii nawykłym do abstrakcyjnego myślenia – tej nowej zasady, nie wątpię, iż zrobiłby to w sposób zręczniejszy i bardziej przekonujący niż wspomniany tu Lu Szaje. Może jest w tym i ujmująca skromność i rezerwa nawykłego do ciszy gabinetów profesorskich naukowca, czyli wpływ cech charakteru, które nie pozwoliły mu się w pełni wyprofilować, aż do ostatniej konsekwencji, na „ambasadorskiego wilka wojownika". Bo osoby, które znają bliżej Andrzeja Przyłębskiego, mówią, iż jest to wielce dobrotliwy pan, żyjący od czterdziestu lat w strachu przed żoną, a od ponad dziesięciu lat w obezwładniającym go respekcie przed "największym z Polaków". Są nawet tacy obłudni prześmiewcy, którzy określają jego publiczną osobowość  idiomem angielskim jako „owcy w wilczym przebraniu" (sheep in a wolf’s clothing). I bądź tu człowieku mądry…

Prof. dr hab. Sergiusz Michalski

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.