Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Tu nie chodzi o kasę

Lektura oświadczeń rozwiewa złudzenia – ani pokoju, ani nawet zawieszenia broni nie będzie pomiędzy redakcją "Wyborczej" a Agorą. Poleje się krew. Co będzie z "Wyborczą"?

Zarząd Agory kreuje obraz zasłużonych wprawdzie, ale kompletnie nieprzystających do realiów nowoczesnego biznesu redakcyjnych dziadków z ich nierentownym i ekstrawaganckim hobby z minionej epoki. Prawda jest natomiast taka, że "Wyborcza" oczywiście zarabia. Nieźle i coraz lepiej. Dobrą rentowność i nowoczesność zawdzięcza zresztą w znacznej mierze nie komu innemu, tylko właśnie temu samemu Jerzemu Wójcikowi, którego Zarząd postanowił się akurat pozbyć i prze do tego z godną fortuny determinacją, nie znając żadnych granic. Być może Agora potrafi wskazać własnym akcjonariuszom bardziej dochodowe gałęzie swej działalności – ale strat "Wyborczej" wykazać nie umie. Niskiej rentowności też nie. Nie jest w stanie zaprzeczyć przede wszystkim temu, że

w portfelu Agory "Gazeta Wyborcza" jest – również z czysto biznesowego punktu widzenia – najcenniejszą z kart. Bez niej Agora stanie się może nie aż small biznesem z tymi swoimi kinami Helios na przykład, ale z pewnością nie będzie medialnym potentatem.

Jeśliby zaś Agora chciała twierdzić, że "Wyborcza" jest wyłącznie obciążeniem – dlaczego jej nie sprzeda? Dlaczego właściwie zamiast pozbyć się rzekomego balastu – co robi każda przytomna biznesperson – postanawia zarżnąć redakcję w atmosferze gorszącego skandalu, a więc takiej, której szacowne firmy, zwłaszcza notowane publicznie, unikają jak ognia? Co tu się dzieje naprawdę? Bo coś się dziać musi. Na te pytania nie znam odpowiedzi, a domysły mogą być wyłącznie fatalne.

Popularne porzekadło mówi, że jak nie wiadomo, o co chodzi, to z pewnością chodzi o pieniądze. Tu jest najwyraźniej na odwrót. Chodzić musi o coś pachnącego o wiele gorzej niż brzydko pachnący szmal. Nie chcę się tego domyślać. Tyle mnie przynajmniej z Agorą łączy, że ani im, ani mnie nie o pieniądze chodzi – ale to wyjątkowo słaba pociecha.

Patrząc na nieodwracalny już, jak się zdaje, konflikt w Agorze, myślę siłą rzeczy o radykalnych rozwiązaniach i miałbym ochotę namawiać do ryzyka zespół "Wyborczej".

Fundusz publiczny, który by przejął "Wyborczą"? Prywatny inwestor? Nie straciłby przecież – tyle wiemy i namawiać możemy uczciwie. Nie warto przypadkiem popytać o ofertę sprzedaży? Czy Agora może odmówić i stać ją będzie na to? Słychać o Sorosie, który ma kupić "Rzeczpospolitą". Nie słychać o planach kupienia "Wyborczej". Dziwne, prawda? Ale może warto postarać się w kilku innych miejscach?

Pamiętam wzburzenie po przejęciu przez Orlen tytułów Polska Press. Pamiętam nawoływanie do bojkotu Orlenu. Naiwne to było w denerwujący mnie sposób – bojkot konsumencki udaje się niezmiernie rzadko, w Polsce nie udał się jeszcze nigdy. W dopiero co wówczas minionym głosowaniu Rafał Trzaskowski dostał 10 mln głosów. Gdyby tak – marzyło mi się – zamiast gadać o bojkocie, co dziesiąty z 10 milionów wyborców opozycji wpłacał co miesiąc równowartość litra benzyny na publiczny fundusz mediów, swego rodzaju "abonament na demokrację", jak to kiedyś nazwał Kuba Wygnański, to z 5 milionami miesięcznych wpływów organizacje obywatelskie dotarłyby z własnymi mediami na najdalszy wschód Polski. Takie przedsięwzięcia udają się równie słabo jak bojkot konsumencki – z wyjątkami dotyczącymi gwiazd, jak Wojciech Mann i radiowa Trójka. Ale może Adam Michnik jest gwiazdą wystarczającej jasności? I "Gazeta Wyborcza"? I cały jej wciąż świetny zespół? Nie znam warunków możliwego rozwodu, perspektyw negocjacji praw do tytułu, ale coś czuję, że nagle okazałoby się wówczas, że tytuł jest dla Agory jednak bezcenny. Bardzo bym wtedy chciał zobaczyć miny tych państwa i ich wykręty. Moim zdaniem przychodzi dziś czas, by tworzyć fundusz dla "Gazety Wyborczej".

To jest zresztą rzecz nawet ważniejsza niż sama "Wyborcza".

Brzydko się bowiem bawią chłopcy i dziewczęta z Agory nie tylko dlatego, że opluskwiają ludzi w kampanii czarnego PR. Przede wszystkim dlatego, że nie wiedzą, czym frymarczą i jaka tu jest stawka. Mogę się wściekać na "Wyborczą", w której co raz ustanawiano "polityczną linię" i sam – na przykład z prawyborami – padałem jej ofiarą. Opisywany jako ten, kto nieodpowiedzialnie rozrabia w sprawie z Ujazdowskim, grożąc katastrofą przegranej walki o Senat – i pozbawiony możliwości odpowiedzi. Mogę się wściekać na "tożsamościowy" charakter "Wyborczej" chwalącej w ten sposób "swoich", a zwalczającej "obcych", drukującej laurki jednym, a skazującej na niebyt innych, uniemożliwiając prowadzenie sporu. Znam więc "Wyborczą" i od najboleśniejszej dla mnie strony, i od tej najsłodszej. Wiem, że jest bezcenna i jest świetna, najlepsza. Dla ogromnej grupy ludzi – również tych, którzy "Wyborczej" nie cierpią – pozostaje punktem odniesienia. Co najmniej stroną, której w Polsce nie może zabraknąć. Ale jeszcze nie to jest najważniejsze.

Wściekając się lub nie, każdego dnia, a co najmniej każdego tygodnia znajduję w "Wyborczej" teksty fundamentalnie ważne. Ważne w sposób, który prawdopodobnie nie jest oczywisty.

Bo tu nie o politykę chodzi, nie o "tożsamość demokratów" ani nie o wojnę z PiS. Wyobraźcie sobie nauczycieli czytających właśnie tanie i podobno niezwykle rentowne portale plotkarskie, które dla chłopców i dziewcząt z Agory robią za wzór nowoczesnych mediów. Jaka reforma edukacji miałaby się wówczas udać? Pozwolilibyście zajmować się własnymi dziećmi komuś, kto w głowie ma sieczkę z newsów o Lewandowskim i nic więcej? Wyobraźcie sobie takich, którzy nigdy nie sięgną po choćby ostatnio opublikowany tekst rozmowy z Jackiem Dukajem, żeby nie iść wstecz z jakąś kwerendą wszystkich tych nieprzeliczonych tekstów, na których wyrosły już pokolenia inteligencji? O ile istnieje jeszcze jakaś inteligencja w Polsce. Jeśli istnieje, to z pewnością nie w Agorze, niezależnie od tego, ile i jakich dyplomów mają ludzie stamtąd.

Pokażcie drugie takie medium inne niż "Wyborcza". Owszem, da się wymienić kilka. Ale dziury po "Wyborczej" odbudować już by się z pewnością nie dało – to są połączone naczynia, żywy organizm, w którym menedżerowie Agory z niezrozumiałych powodów i w niejasnych celach postanowili zacząć wymachiwać brzytwą.

Wejście na giełdę było głupim pomysłem. To zwłaszcza w tym kontekście dalsze losy "Wyborczej" są ważniejsze niż sama tylko "Wyborcza", skądinąd przecież ważna niesłychanie. W mediach działa bowiem odmiana Kopernikańskiego prawa gorszego pieniądza. W telewizji stacja, która uprze się nadawać dobre kino, nie musi przynosić strat. Będzie tylko miała nieporównanie mniejszą stopę zysków od tej, która zaleje rynek tanimi i głupimi megaserialami. Nie przetrwa na rynku wtedy, kiedy to jest rynek inwestorów szukających maksymalnych zysków w minimalnym czasie. Tacy inwestorzy odejdą do tanich seriali i do plotkarskich portali. Uruchomi ten proces pierwszy taki portal – jak pierwsza mennica, która zaniża zawartość kruszcu. Pozostali nie wytrzymają presji. Pomysł, by tego rodzaju mechanizmy – zwane czasem "niewidzialną ręką rynku" – rządziły zawartością naszych głów i zbiorową świadomością, jest czystym szaleństwem. Żyjemy w świecie jego skutków.

Dobrze znam siłę argumentów o niskich oczekiwaniach odbiorców. Że im głupiej, tym lepiej się sprzeda. Również tych argumentów używają dziewczęta i chłopcy z Agory – co brzmi jak groteskowy żart z dostojnej greckiej przeszłości i znaku Agory. Stojąca za tym pozornie oczywistym poglądem złowroga antropologia jest źle zaprojektowanym, okrutnym eksperymentem społecznym, który działa jak samospełniające się proroctwo. Prawo Kopernika było prawdą nie dlatego, że ludzie w jego czasach woleli tanie podróby od szczerego złota. Na finansowych rynkach odwrotnie do prawa Kopernika działała więc np. dolaryzacja. Ludzie jednak, okazuje się, szukają wartości – i to tyle o nich wiemy na pewno, a nie to, że są po prostu głodni głupot i tandety, jak nam to wmawiają macherzy z Agory. W mediach i kulturze jest gorzej i trudniej. Ale rozwiązanie musi się znaleźć, jeśli nie chcemy, by nasze dzieci wychowywali ludzie bez horyzontów. Nie trzeba fundamentalizmu Czarnka, by narozrabiać złowrogo. Wystarczy interesowna głupota doprowadzona do skrajności. Zarząd Agory przykładem.

"Wyborcza" to nie tylko i nie przede wszystkim anty-PiS, demokracja i podobne rzeczy. To ni mniej, ni więcej tylko przetrwanie inteligencji. "Wyborcza" próbowała z budzącym nadzieje sukcesem tworzyć model inteligenckiego medium w świecie zalewanym przez bezmiar bezdusznej głupoty. Warto ten sukces utrzymać. Publiczny fundusz, który zainwestowałby w tę gazetę, byłby najlepiej wydanymi pieniędzmi. Ach, jak bym chciał to zobaczyć! To i miny nierozgarniętych "rekinów" z Agory…

listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.