Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Z Martą Lempart z Ogólnopolskiego Strajku Kobiet rozmawiają Anita Karwowska i Waldemar Paś

Anita Karwowska, Waldemar Paś: Przed nami kolejny koszmarnie ponury tydzień.

Marta Lempart: W środę, 1 grudnia Sejm będzie procedować dwa projekty. Pierwszy to utworzenie Polskiego Instytutu Rodziny i Demografii – czyli agencji Bartłomieja Wróblewskiego, autora wniosku do pseudo-Trybunału Konstytucyjnego, którego skutkiem jest obecny zakaz aborcji. Dofinansowany kilkudziesięcioma milionami złotych rocznie Instytut będzie nie tylko ciepłą posadką twardogłowego mizogina, ale też bazą szczegółowych danych o nas wszystkich. 

Czyli?

- Prezes Instytutu będzie miał uprawnienia prokuratorskie i możliwość działania we wszystkich sferach, w których od 2016 r. państwo PiS wprowadzało kolejne zakazy. Jeżeli dziś policja i prokuratura czegoś jeszcze nie robią, to Instytut to zrobi.

Na przykład?

- Do tej pory to Ordo Iuris rozsyłało pisma do prokuratorów, przekonując ich, że powinni ścigać lekarzy wykonujących legalne aborcje. Ale na tym presja się kończyła. W projekcie powołującym Instytut chodzi o to, by uruchomić sprawny system ewidencji wszystkich osób, które mogą być podejrzane chociażby o zamiar złamania któregoś z tych obłąkanych przepisów przyjętych przez rządy PiS. Przykładowo, podejrzane (o zamiar aborcji) będą wszystkie kobiety w ciąży.

TU ZNAJDZIESZ CAŁY PROJEKT O POLSKIM INSTYTUCIE RODZINY I DEMOGRAFII

Przedstawiciel Instytutu będzie mógł dołączyć np. do postępowań rozwodowych, by w ten sposób utrudnić przeprowadzanie rozwodów. Może składać dziesiątki wniosków, występować o dodatkowe opinie itd.

Będzie mógł występować o odebranie praw rodzicielskim rodzicom LGBT. Dziś są już takie sprawy, gdy jeden rodzic występuje do sądu o odebranie praw rodzicielskich byłej partnerce czy byłemu partnerowi, który tworzy nowy związek jednopłciowy, i argumentuje to zagrożeniem demoralizacją.

Na razie to pojedyncze przypadki. Wedle nowych przepisów Instytut namierzy wszystkie tęczowe rodziny i będzie mógł wnosić o odebranie praw rodzicielskich. Co gorsza, nie tylko będą mieli prawo przystępować do postępowań, ale też je wszczynać.

Czy prezes Wróblewski będzie mógł wkroczyć do domu, jeśli pojawią się wobec rodziców zarzuty, że wychowują dziecko za mało patriotycznie, bo wywiesiło ono w oknie tęczową flagę?

- Właśnie o to chodzi. Jak również o to, by prawa rodzicielskie mogły być odbierane uczestniczkom i organizatorkom antyrządowych protestów. Dziś to też pojedyncze sprawy. Koleżance z Ogólnopolskiego Strajku Kobiet były mąż próbuje odebrać prawo do opieki nad dziećmi, powołując się właśnie na to, że organizowała protesty i dziś ma za to sprawy w sądzie.

W znacznie gorszej sytuacji będą osoby doświadczające przemocy domowej.

Odejście od oprawcy będzie utrudnione, bo Instytut na każdym etapie każdego postępowania będzie walczyć o utrzymanie piekła przemocy domowej za wszelką cenę.

Będzie też mniej adopcji, bo jakakolwiek byłaby rodzina biologiczna, w ocenie fundamentalistów jest ona lepsza niż adopcyjna. Nieważne, że dziecko doświadcza w niej przemocy. Prawa dziecka przestaną się liczyć.

Czy to logistycznie jest wykonalne? Rozwody, postępowania przed sądami rodzinnymi - takich spraw są dziesiątki tysięcy każdego roku. Ilu ludzi musiałby wysłać w Polskę Instytut Rodziny?

- PiS przeznacza na Instytut 30 mln zł. Z pewnością też pomoże Ordo Iuris, które ma zastępy prawników. Nieważne, że kiepskich, zwykłych magistrów, którzy tłuką w kółko te same pisma, ważne, że nie odpuszczają. Przygotowują pseudoekspertyzy, pseudoraporty, wysyłają pisma, które mają za zadanie kreować atmosferę wszechobecnej kontroli i zagrożenia.

Możliwe, że wielu z nich trafi do Instytutu. Będą mieli dostęp do wszystkich baz danych prowadzonych przez państwo. Nie tylko medycznych, ale też z systemu edukacji, z urzędów stanu cywilnego, danych z policji, z prokuratury. I nie będzie ich obowiązywać RODO.

Równocześnie z tym projektem Ministerstwo Zdrowia chce wprowadzić cyfrowy rejestr ciąż. PiS przekonuje, że nie ma w tym nic podejrzanego, po prostu kolejny krok w stronę informatyzacji służby zdrowia. Jak e-recepty.

- Wierutne kłamstwo. To rozporządzenie rozszerza zakres danych, które gromadzić będzie o nas państwo.

O ciążach - zgodnie z rozporządzeniem Ministra Zdrowia - miałyby od 1 stycznia raportować wszystkie podmioty świadczące usługi zdrowotne, publiczne i prywatne. Wśród wrażliwych danych w systemie byłyby też informacje o implantach medycznych (czyli m.in. wkładki domaciczne), a dla dobrego pozoru "dbania o zdrowie" także grupy krwi, alergie. W państwie dyktatury, za którą już zapłaciłyśmy niejedną śmiercią na porodówce, nie ma miejsca na prywatność, bo prywatność to wolność i samostanowienie.

Państwo łatwo sprawdzi, kto występował po antykoncepcję awaryjną, czy lekarz wystawił kobiecie receptę na pigułkę dzień po, uważaną przecież przez ten rząd za pigułkę poronną. Tę wiedzę będzie można wykorzystywać do zastraszania ludzi – bo może kobiecie biorącej tę pigułkę należy odebrać dzieci jako złej matce? Zastraszeni lekarze będą na jeszcze większą skalę – bezprawnie - zasłaniać się klauzulą religijną, aby nie wypisywać leków niewłaściwych politycznie.

Dlaczego te pomysły pojawiają się właśnie teraz? Czy gdziekolwiek na świecie funkcjonują podobne rozwiązania?

- W Afganistanie coś podobnego wdrażają talibowie, którzy ministerstwo ds. kobiet zamienili na ministerstwa modlitwy i przewodnictwa oraz promocji cnót i zapobiegania występkom. Nie chcę się zastanawiać, co kieruje polskimi fundamentalistami, nie ma sensu tracić czasu na analizowanie, co myślą, co konkretnie nimi kieruje. Wiadomo, że poseł Wróblewski ma obsesję na punkcie kontrolowania kobiet i zakazu aborcji. Inicjował wniosek do Trybunału Przyłębskiej w tej sprawie.

Jeśli rejestr powstanie, co będzie działo się z kobietami, które dokonają aborcji za granicą?

- No właśnie, i tu mamy ten drugi projekt. 1 grudnia Sejm będzie przede wszystkim debatować nad całkowitym zakazem aborcji, aby móc karać kobiety za przerwanie ciąży, żeby móc karać osoby informujące o możliwości dokonania aborcji, żeby móc ścigać kobiety za poronienia.

TU PRZECZYTASZ PROJEKT KOMITETU INICJATYWY USTAWODAWCZEJ "STOP ABORCJI"

Żeby za wszystko w obszarze aborcji groziło nam wszystkim więzienie. Instytut Wróblewskiego będzie służyć wdrożeniu tego prawa. Całkowitego zakazu aborcji także w przypadku gwałtu czy zagrożenia zdrowia kobiety.

Trudno wyobrazić sobie przyzwolenie społeczeństwa na takie ograniczenie naszych praw, jakie niosą te wszystkie zmiany.

- Nikt nie będzie pytał o przyzwolenie, bo to za każdym razem będzie się działo w jednostkowej sprawie – opresja państwa będzie celna, ale rozproszona. Instytut będzie każdorazowo występować w sprawie konkretnych osób.

Co się stanie, jeśli PiS przepchnie te projekty?

- Potrzebny będzie opór przeciwko wszystkim opresyjnym instytucjom państwa. Działająca dziś społeczna sieć pomagająca w aborcjach rozwinie się w wielowymiarową sieć oporu, a państwo będzie wrogiem w każdym obszarze naszego życia, i tak trzeba będzie je traktować.

Działania PiS doprowadzą do tego, że nie będzie można ufać żadnej instytucji państwowej, niczego podpisywać, nie podawać żadnych danych. I wszędzie chodzić z prawnikami. Obywatele mają być w stanie wojny z własnym państwem, jak w PRL.

Ktoś powiedział, że jak to się skończy, to będziemy biednym krajem z zerowym zaufaniem społecznym. Są momenty, kiedy w to wierzę. Albo przynajmniej biorę to pod uwagę.

Czy można to powstrzymać?

- Przepisy mogą wejść w życie już od stycznia, tak układa się kalendarz sejmowy w grudniu – musimy wszyscy wspólnie zrobić wszystko, co w naszej mocy, aby do tego nie dopuścić.

1 grudnia o godz. 18 wychodzimy na protesty w całej Polsce pod hasłem "Nie chciej, Polsko, mojej krwi" (szczegóły na Facebooku - link poniżej). Widzimy się w Warszawie pod Sejmem, a w innych miastach – w miejscach protestów pod siedzibami morderców. Ta władza godzi się na to, by Polki umierały w szpitalach, a młode osoby LGBT popełniały samobójstwa.

Dlatego rozlewamy czerwoną farbę symbolizującą krew – nie tylko pod siedzibą PiS na Nowogrodzkiej w Warszawie czy we Wrocławiu, ale i we Włocławku, Piotrkowie czy Ostrowcu Świętokrzyskim. Prawica atakuje nas, że wylewamy ją przed instytucją czy biurem poselskim i ktoś musi to sprzątnąć. To zawsze ta sama dyskusja, że protesty są utrudnieniem, niezależnie od ich formy. Bo faktycznie cierpią niewinni ludzie - gangsterzy z PiS każdemu i każdej z nas dokładają dodatkowej roboty, na którą nikt z nas się nie pisał. Nam wszystkim.

---

Piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.