Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Autorka jest nauczycielką.

Dowiedzieliśmy się niedawno, że Jarosław Kaczyński chce „popracować nad świadomością Polaków".

I od razu są reakcje. Małopolska kurator Barbara Nowak kategorycznie odradziła szkołom pójście do Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie na nową inscenizację „Dziadów" Adama Mickiewicza w reżyserii Marii Kleczewskiej, jakże oczekiwanej premiery jesieni 2021 r. Urzędniczka oceniła, że takie ujęcie dzieła wieszcza jest sprzeczne z polską racją stanu, a nawet ma charakter antyrządowy.

Natychmiast otrzymała wsparcie z Ministerstwa Edukacji, "pierwszy nauczyciel" Przemysław Czarnek w krótkiej recenzji orzekł, że nowe krakowskie dzieło sceniczne to „dziadostwo". Nie mogło zabraknąć stosownego zdania ministra kultury. Piotr Gliński, żeby być w zgodzie z nacjonalistyczną koncepcją państwa, orzekł, że „niepokoją wszelkie takie działania, które są kontrowersyjne w sztuce i przekraczają granice tej akceptowalnej kontrowersji".

Wszyscy wymienieni urzędnicy nie byli na premierze w teatrze oraz nie oglądali ani razu tej inscenizacji (może fragmenty pokazywane przez TVN 24). Ale uczniowie i uczennice zareagowali żywiołowo, masowo kupując bilety na spektakl Kleczewskiej.

Byłaby to być może groteskowa społecznie sytuacja, gdyby nie fakt, że szkoły mają za plecami bardzo twardogłowych nadzorców edukacji. Kiedyś był PRL, teraz jest państwo Prawa i Sprawiedliwości.

Do kogo należy edukacja, kultura, wytworzone dzieło artystyczne? Do odbiorców czy do władzy? Do nas, obywateli - mamy prawo kupić bilet i oglądać, słuchać, myśleć.

Atak tradycjonalistów na spektakl i prostacki tekst Czarnka w odniesieniu do „Dziadów" Kleczewskiej  pokazują tylko, że sztuka w ich mniemaniu nie istnieje naprawdę, a tylko w głowach polityków. To dlatego a priori negują wszechstronność widzenia świata, bo świat PiS-u, czego zaczynamy doświadczać w szkołach i na uczelniach, to model oparty na katolicyzmie i nacjonalistycznej historii.

Nasuwa się porównanie do „Dziadów" Kazimierza Dejmka (1967/68), które, jak opowiada historyczka polskiego teatru prof. Anna Kuligowska-Korzeniewska, dały impuls widowni najpierw do okrzyków przeciw komunistycznej władzy, a za chwilę przerodziły się w lawinę protestów studenckich i części społeczeństwa przeciw politycznej opresji, dyktaturze i cenzurze. To wtedy publicysta i pisarz Stefan Kisielewski został pobity za sformułowanie „dyktatura ciemniaków" odnoszące się do ówczesnego aktywu partyjnego.

Nie dziwi więc złość PiS-u na „Dziady" krakowskiego teatru. Odbiorcami będą właśnie uczniowie, studenci, widzowie z całej Polski, z zagranicy (jak na ironię, przypomina prof. Kuligowska-Korzeniewska, przedstawienie Dejmka w odróżnieniu od polityków PZPR towarzyszom z ZSRR bardzo się podobało).

Tak więc reakcja dzisiejszej władzy uwypukliła tylko jej zamiary wobec szkół.

Czy to znaczy, że obecne treści nauczania jeszcze bardziej zostaną skorygowane? No bo co zrobić z tekstami filozofów, literatów, odkrywców, którzy przekraczali swój czas, często popadając w niełaskę ówczesnych prominentów – kościelny indeks wykluczył Mikołaja Kopernika, Giordano Bruno i Galileusza. Kobiety były prześladowane jako czarownice, a stosy w Polsce (Prusach) płonęły do XIX wieku. Cyprian Kamil Norwid mocno zaznaczył gorzką krytykę społeczeństwa polskiego, Zygmunt Krasiński był antysemitą, Adam Mickiewicz, z korzeniami żydowskimi, Juliusz Słowacki sublimował swoją tożsamość - dziś powiedzielibyśmy: niebinarnie. A co z Gombrowiczem, kpiarzem z natchnień polskością, rozpaczą K.K. Baczyńskiego, który chciał żyć, a nie umierać. A Mrożek, Różewicz, Miłosz, Tokarczuk? To między innymi twórcy otwierający problemy bez gotowej tezy, szarpiący się z rzeczywistością, odkrywający, że złe uporządkowanie narzędzi badawczych i błędne myślenie może złamać życie, sfałszować sensy.

Spektakl Mai Kleczewskiej jest godzien polecenia wszystkim zainteresowanym po prostu teatrem i pomysłami na wielokrotne odczytywanie dzieła. Bo to świadczy o jego wielkości.

Jak to było w przypadku „Wesela" Wyspiańskiego i „Trojanek" Eurypidesa w reżyserii Jana Klaty czy „Faraona" Bolesława Prusa z Teatru Wybrzeże w inscenizacji Adama Nalepy, a ostatnio „Nieczułości"  według prozy Martyny Bundy w reżyserii Leny Frankiewicz w gdańskiej Malarni – by tylko przypomnieć niektóre wydarzenia. Z perspektywy naukowej, artystycznej, społecznej zaczepki władzy wywołują zdumienie. Bo przecież – zdaje się – niemożliwe, żeby w XXI wieku próbować narzucić ludziom jedną spójną myśl odpowiadającą danej władzy. Jak to sobie można wyobrazić w szkołach?

Dlatego Rok Romantyzmu 2022 rekomendowany przez PiS władza musi dobrze przemyśleć, bo to może być rok wielkich „Dziadów" Mickiewicza i społeczeństwa. Wybitne dzieła nie należą bowiem tylko do czasu, w którym powstają. Czego jeszcze obecna władza z oświatowymi ideologami nie rozumieją?

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.