Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Ad vocem opinii prof. Michała Romanowskiego "Władza zmierza po przedsiębiorców".

Szanowny Panie Mecenasie i Profesorze,

zwracam się do Pana obydwoma tytułami, ponieważ w swojej opinii wyraźnie podkreślił Pan wagę swoich opinii jako profesora prawa i prawnika biznesowego.

Trudno nie zgodzić się z większością podniesionych przez Pana alarmujących spostrzeżeń.

Pragnę jednak zwrócić uwagę na kwestie nieporuszone przez Pana, a do poruszenia ich zainspirował mnie cytat z Herberta mówiący o powrocie do źródeł.

Pragnę zauważyć, że w dużej mierze krytykuje Pan absolwentów prawa różnych, w tym znamienitych uczelni. Spotworniałą rzeczywistość w Polsce stworzyli lub legitymizują bądź uzasadniają prawnicy. Prawnicy często z tego samego źródła co Pan, co ja.

Czy nie pora zauważyć, że źródło jest zepsute, i to od dawna?

Czy nie pora zauważyć, że umasowiona edukacja prawnicza sprowadzona do usługi edukacyjnej za ciężkie pieniądze jest coraz gorszej jakości?

Studia ukończyłam dwie dekady temu. Już wówczas gra o zdobycie dyplomu była nieczysta. Na moim roku studiów dziennych przyjęto 400 studentów, którzy musieli pokonać 5 tys. kandydatów. Aby dostać się na studia, nie wystarczyło być najlepszym uczniem najlepszego liceum. Bez kursu, płatnego, przygotowawczego, organizowanego przez UW, nie było możliwe zdanie egzaminu wstępnego. Co jestem w stanie po latach wykazać. Obrazy te wciąż są żywe w mojej głowie. Zdobycie indeksu nie znaczyło oczywiście przepustki do elitarnej braci studenckiej. Na ten sam rocznik UW przyjęła 800 (!) osób na studia w trybie wieczorowym, co takim było tylko z nazwy. Studenci ci różnili się tylko kolorem indeksu (zielonym) i konieczności opłacenia rocznie 4,5 tys zł (dla moich rodziców w 1995 r. nieosiągalne).

Czy uczelnia była przygotowana na obsługę 1,2 tys. studentów? Oczywiście, że nie. Nie radziła sobie nawet z organizacją egzaminów testowych. W punkcie ksero pod hotelem Marriott można było kupić testy z historii prawa polskiego, powszechnego i prawa rzymskiego po 250 zł. Sprawa wyciekła i 1,2 tys. osób przez całe wakacje musiało się stawiać na weryfikację swojej oceny z testu. Do tej pory brzmią mi w uszach słowa świętej pamięci prof. Michała Pietrzaka (zmarł w sierpniu tego roku): „Co ta masa ludzi będzie robić?". Sam sobie odpowiadał, że „rynek ich zweryfikuje". Otóż Pan Profesor nie przewidział, że ci zweryfikowani negatywnie, ci, którzy w życiu nie wystawią żadnej faktury i nie będą mieli co począć, rozwalą system. Ci, których być może uczelnia nie powinna przyjąć, nie mogąc zapewnić im jakościowej edukacji i rzetelnej weryfikacji wiedzy. Ci, którzy nie powinni otrzymać dyplomu.

Działalność wielu prawników, którą Pan się również oburza, kwalifikuje się do oceny niedostatecznej z wielu wykładowych przedmiotów na wydziałach prawa. Dlaczego dziwimy się zwykłym ludziom, że nie rozumieją niuansów rzeczywistości prawnej, jeżeli nie kto inny, ale dyplomowani prawnicy legitymizują naruszenie podstawowych standardów wykładanych we wstępie do prawodawstwa na pierwszym roku studiów? Czy nie należałoby przeprowadzić weryfikacji ich dyplomów i być może je odebrać? Mam na myśli skalę aktów bezprawia lub co najmniej przyzwolenia na nie, którą Pan nazywa lawiną obojętności.

Proszę, niech Pan odpowie jako Profesor Prawa odpowiedzialny za kształcenie przyszłych pokoleń prawników, jak można było dopuścić do tak głębokiego, wieloletniego, postępującego upadku edukacji prawniczej?

Studia ukończyłam w roku 2000, nie musi Pan sobie wyobrażać, co przez kolejne 21 lat działo się w edukacji prawniczej, w tym na aplikacjach. Pan o tym doskonale wie. Egzemplifikacją zjawisk, o których tylko wzmiankuję, jest niedawny zachwyt nad wybitną studentką, a następnie absolwentką UJ, panną Kingą Dudą. Co panna Kinga otrzymała z egzaminu z prawa konstytucyjnego? Czy pisała test wielokrotnego wyboru – ile deliktów konstytucyjnych popełnił prezydent Andrzej Duda – 1, 2, 3, 4, 5 czy więcej? W przeciwieństwie do Dostojewskiego nie uważam, byśmy odpowiadali za grzechy naszych ojców, ale wracając do źródła, chciałabym wiedzieć, czy Kinga Duda zdała egzamin z prawa konstytucyjnego, jakie pytania jej zadano i jaką ocenę otrzymała?

Może Pan oczywiście, myśląc o prawnikach służących władzy, cytować wspomnianego Dostojewskiego, który w „Biesach" zauważył, że „w każdym przejściowym okresie wypływa na powierzchnię hołota, która jest w każdym społeczeństwie, zjawia się ona nie tylko bez żadnego celu, ale i bez pozoru jakiejkolwiek myśli i jest jedynie wyrazicielką powszechnie panującego niepokoju i zniecierpliwienia". Nie jest moim zamiarem nikogo obrażać. Nie nazwałabym służalczych władzy prawników „hołotą", ale nazwałabym ich nieprawnikami, zaprzeczeniem prawników. Nie wiedzą, że prawo jest sztuką tego, co dobre i sprawiedliwie. Nie wiedzą, bo nikt ich nie nauczył, a jeżeli nawet uczył, to nie zweryfikował wiedzy ani nie postawił oceny niedostatecznej.

Zwracam się też do Pana jako prawnika, mecenasa biznesowego, upatrującego w działalności gospodarczej realizacji ducha wolności, tak pięknego i cennego. Podzielam również ten Pański pogląd. Wolność jest piękna i realizowana w biznesie jeszcze piękniejsza i wartościowsza, bo twórcza, dzięki czemu powstaje często coś, z niczego i w tym czymś inni o duszy rzemieślników mają pracę. Tak jest w świecie idealnym, ale rzadko na planecie Ziemia, którą zamieszkują dwunożne drapieżniki Homo sapiens. Biznes to często gra bardzo brutalna i okrutna, gdzie więksi zjadają mniejszych i państwo prawa nabiera nowego znaczenia i wymiaru, bo stara się cywilizować tę grę i w miarę możliwości czynić ją fair.

W naszej ojczyźnie, niestety, wiele spraw z zakresu bezpieczeństwa obrotu – obowiązku każdego cywilizowanego państwa – poszło nie tak. Dość przypomnieć okoliczności udzielania kredytów frankowych, piramidy finansowe, środki z OFE, brak interwencji ustawodawcy bądź niechlujna w wielu podstawowych dla obywateli kwestiach, a skończywszy na niedowładzie sądów, prokuratury, policji (jeszcze przed rządami PIS).

Wspomnę, zainspirowana Pana erudycją, że Hannah Arendt w „Korzeniach totalitaryzmu" wskazuje m.in. afery finansowe jako źródła władzy faszystów.

Wracając na nasze podwórko, nie oddalę się daleko od prawdy, gdy powiem, że biznes w tym kraju od dawna nie jest grą dla artystów biznesu tworzących na skrzydłach niosącego ich ducha wolności. Nie spotkałam w biznesie czułych misiów. Biznes jest grą dla niedźwiedzi grizli, którzy są gotowi wynająć sztaby prawników, by kłamać, manipulować i eliminować z rynku możliwie każdą konkurencję. Proszę mi wierzyć, że sztaby prawników gotowe są im służyć.

Wiem, że nie zmienimy świata, ale możemy wrócić do źródeł - co Pan postuluje. Możemy się zastanowić, co i gdzie poszło nie tak, że w społeczeństwie powstały niepokój i zniecierpliwienie.

PiS tylko umiejętnie zagospodarował powszechne nastroje i wciąż je cynicznie podgrzewa.

Czy jeżeli dopłyniemy do źródeł, jesteśmy jeszcze w stanie zmienić bieg? Miłosz zapewnia, że tak. „Lawina bieg od tego zmienia, po jakich toczy się kamieniach". Czy jest Pan w stanie wpłynąć na jakość edukacji prawniczej w Polsce? Jest Pan w stanie opracować kodeks etyki prawników biznesowych i go egzekwować? Etyki radcowskie i adwokackie nie wystarczają. Prawnicy w biznesie to nie tylko prawnicy po aplikacjach. Jest wreszcie Pan w stanie przekonać społeczeństwo, by odzyskało zaufanie do instytucji publicznych i edukacji? Jeżeli tak, to w jaki sposób?

Prawnik

listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.