Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Autorka jest nauczycielką

Czy to naprawdę dzieje się w Polsce? Jesteśmy aktualnie jedynym krajem w Europie, w którym rząd oficjalnie, mimo ceny życia, nie chroni swoich obywateli przed masowymi zakażeniami. Widać absolutny brak konsekwencji w egzekwowaniu i tak kruchych zasad (noszenie maseczek w publicznych obiektach, dystans społeczny).

W przekazach polityków prawicy o rokowaniach pandemii coś zaczęło się dziać już we wrześniu, kiedy szkoły rozpoczęły pracę. To był zapewne pierwszy, społeczny test – czy placówki oświatowe, ten mikroświat, wytrzymają skumulowane zakażanie.

Szkolna walka z koronawirusem trwa. Chorują na przemian wszyscy, wszędzie możemy zetknąć się z osobą zakażoną, często tego nieświadomą.

Dlatego czekaliśmy na konkretne wytyczne przede wszystkim w sprawie osób niezaszczepionych, głównie dorosłych, żeby dać poczucie bezpieczeństwa i pewności uczniom i uczennicom. Czekaliśmy na wyraźną decyzję o ograniczeniach epidemicznych. Spodziewaliśmy się również przekonującej, naukowej kampanii społecznej, wyraźnego działania wskazującego, że władzy zależy na ludziach.

Ale kiedy po listopadowych skokach koronawirusa rząd nadal nic nie robił, przyjmując kunktatorską taktykę, coś w nas pękło.

Z całą mocą można stwierdzić, że rząd PiS-u, cała chrześcijańska prawica z mową frazesów straciła zaufanie społeczeństwa. Tym razem nie trzeba było demonstracji przeciw bierności decydentów, przesądziła chęć przeżycia zarazy i domaganie się działań. 

Jak to możliwe bowiem, że minister zdrowia, premier tak nisko kłaniają się przeciwnikom szczepień, w ich mniemaniu "dużej części społeczeństwa" ?

To ma być edukacyjny wzór? Kto kieruje zachowaniami i myśleniem państwowych urzędników? Ich obowiązkiem jest adekwatne reagowanie na dzisiejsze zagrożenie biologiczne, a otrzymujemy słowotok wydumanych pomysłów ochraniających argumenty przeciwników szczepień przed obywatelami korzystającymi z osiągnięć nauk medycznych.

Monotonne przekazy ministra zdrowia Adama Niedzielskiego fatalnie przekładają się na nastrój, a w konsekwencji na zdrowotną mobilizację Polaków. Ciągłe operowanie hasłem „wolności wyboru", o którym premier Morawiecki z dumą ciągle zawiadamia, to najbardziej zatruta i fałszywa sztuczka retoryczna. Czy mamy rozumieć, że rząd ucieka przed odpowiedzialnością i popycha część społeczeństwa w kierunku wolnego wyboru: choroby lub śmierci?

A może to pomysł na osłabianie kondycji Polaków, żeby łatwiej było dominować? Co na to dzielnie milczący Kościół?

Obowiązkiem państwa jest aktywna zachęta i oświecanie zdezorientowanych lub agresywnych obywateli, żeby w obliczu zagrożenia biologicznego odważyli się przeskoczyć własną prywatność i zaufali nauce. A w tym podjęli pewne wyrzeczenia dla wspólnego dobra – nie politycznego czy jakiejś ideologii, po prostu dla zmiany sytuacji na rzecz stabilnej przyszłość.

Społeczeństwo czeka na wyraźne uprzywilejowanie osób z dokumentem szczepień i ograniczeń dla osób z wyboru zakażających. W dyskusję włączają się nawet dzieci.

Jeśli jednak wsłuchać się w głos władzy, to można odkryć to, że ona już nie istnieje. Więc prawdopodobnie jest tak źle, że przestało decydentom zależeć na obywatelach. Została im tylko ideologia.

listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.