Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Autor jest wiceprzewodniczącym Rady Miejskiej Wrocławia, doradcą prezydenta Wrocławia ds. tolerancji i przeciwdziałania ksenofobii, radcą prawnym

Listopad 2015 roku. Świat obiegają zdjęcia z wrocławskiego rynku, na którym podczas manifestacji antyimigranckiej spalono kukłę z pejsami, odzianą w chałat i kapelusz, czyli po prostu – jak później uznał sąd, skazując podpalacza na trzy miesiące więzienia - kukłę Żyda. Podpalaczem był Piotr Rybak. 11 listopada 2021 roku w Kaliszu ten sam Piotr Rybak wykrzykuje, że nie można dopuścić do tego, żeby Żydzi się „w naszym kraju panoszyli", i że trzeba jak w 1968 roku pogonić ich do Izraela, a organizator wydarzenia – Aleksander Jabłonowski – przy skandowaniu „śmierć Żydom", „tu jest Polska, a nie Polin" podpala statut kaliski, na mocy którego w XIII wieku zrównano prawa Polaków i Żydów. Oba wydarzenia to antysemickie seanse nienawiści, które na myśl przywołują pogromy z lat 30. XX wieku.

Czy to jest w granicach wolności słowa i wolności zgromadzeń? Czy władza, w tym ta lokalna, może „coś" z tym zrobić?

Ale zanim odpowiedzi, to na chwilę przenieśmy się znów do Wrocławia. W stolicy Dolnego Śląska od końca pierwszej dekady XXI wieku działa antysemicko-nacjonalistyczne trio. Wspomniany Piotr Rybak, zmarły w zeszłym roku lider nacjonalistycznej grupy kiboli i autor książki „Jak pokochałem Adolfa Hitlera" Roman Zieliński oraz były ksiądz, wydalony za antysemityzm ze stanu duchownego Jacek M. (M., bo w toku są procesy karne za nawoływanie do nienawiści). Na organizowanych przez nich demonstracjach, które w Święto Niepodległości gromadzą po kilkanaście tysięcy uczestników, potoczyście leje się antysemicka, antyislamska, antyukraińska, homofobiczna mowa nienawiści, a także dochodzi do zniszczeń i napadów, jak w 2012 roku, kiedy napadnięto na mieszkańców squatu Wagenburg.

Ale to już przeszłość. Co prawda 11 listopada 2021 roku przez Wrocław marsz prowadzi Jacek M., ale jest dużo spokojniej. Dlaczego? Bo jest pilnowany. Bo wie, że jeżeli mu się „uleje" nieco nienawistnych haseł albo jeżeli dojdzie do jakichś innych naruszeń prawa, urząd miejski przerwie i rozwiąże mu zgromadzenie publiczne. Tak prezydent Wrocławia zrobił już kilkakrotnie, np. 1 marca 2019 r., 11 lipca 2019 r., 11 listopada 2019 r.

Za każdym razem powodem rozwiązania zgromadzenia było nawoływanie do nienawiści (art. 256 i 257 kodeksu karnego). Wszystkie te decyzje zostały podtrzymane przez sądy w dwóch instancjach. Ponadto z zawiadomień miasta i organizacji pozarządowych toczy się i toczyło wiele procesów o „hate speech" i Jacek M. ma już na koncie wyroki. To jest kwintesencja celów prawa karnego, o której studenci prawa wiedzą już na drugim roku. Prewencja. Potencjalny sprawca ze względu na nieuchronność kary (reakcji) nie popełnia przestępstwa.

Dlatego Piotr Rybak, choć mieszka i prowadzi biznes pod Wrocławiem, seansów nienawiści już tu nie urządza, bo wie, że spotka się to ze zdecydowaną reakcją urzędników. Dlatego Jacek M. „powściąga" język.

I właśnie dlatego, że był nadzór i świadomość nieuchronności reakcji, było w tym roku we Wrocławiu spokojniej (choć na końcu było „racowisko" i z tego powodu zgromadzenie zostało rozwiązane, bo – znów - chodzi o nieuchronność reakcji i kary).

Wracając do pytań. Nie można nawoływać do nienawiści, bo to przestępstwo i drastyczne przekroczenie wolności wypowiedzi i zgromadzeń na zasadzie, że wolność jednego kończy się tam, gdzie zaczyna się krzywda drugiego. Władza samorządowa może, a według mnie powinna, reagować. Włodarz na podstawie ustawy o zgromadzeniach może rozwiązać zgromadzenie publiczne, jeżeli są popełniane czyny zabronione przez prawo karne, a także jeśli występuje zagrożenie dla życia, zdrowia, mienia mieszkańców.

Dlatego też za skandaliczną uważam postawę prezydenta Kalisza, który po brunatnym wieczorze w swoim mieście skwitował, że przerwanie tej demonstracji nie jest jego rolą, bo „bierze pieniądze za zarządzanie miastem, a nie za prowadzenie polityki".

W obliczu tak drastycznej postaci kryminalnej mowy nienawiści mógł i powinien był zgromadzenie rozwiązać. W odpowiedzi na manifestację „skrajnych i faszyzujących teorii" (słowa prezydenta Kalisza), choć w mojej ocenie nawet nie „faszyzujących", ile wprost faszystowskich, nie można odwracać wzroku, nie reagować, wymawiać się polityką. Teraz panowie „faszyzujący" uważają, że w Kaliszu można. Muszą natomiast przekonać się, że nie można i nieuchronnie będzie reakcja i kara. Nie można być obojętnym. Zarówno ze względu na przyzwoitość, jak i na konieczność odstraszania.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.