Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Z okazji 11 listopada życzę wszystkim moim znajomym i przyjaciołom płci obojga (wiem, wiem, że wyłazi ze mnie dziaders, bo to anachronizm), byśmy spotkali się kiedyś w takim miejscu, w którym poczujemy się bezpieczni i szczęśliwi, i traktowani przez wszystkich z należnym szacunkiem. Choć zapewne taka okoliczność nieprędko się zdarzy, być może nie za naszego życia. 

Marek Edelman, mój patron duchowy, zdefiniował swoje podejście do polskości w 2013 roku w następujący sposób: "Co to jest patriotyzm? To przywiązanie do tego drzewa, domu, podwórka i paru znajomych. Do państwa już nie, bo jak się mnie wiele rzeczy w państwie nie podoba, to nie muszę go kochać".

11 listopada, co wielu polskich nacjonalistów przyjęłoby ze zgrozą, jest wspólnym świętem Europy i Ameryki, obchodzonym i we Francji i w USA, i bynajmniej nie dlatego, że Polska odzyskała wówczas niepodległość. Gdyby znali historię, wiedzieliby cokolwiek o Trójprzymierzu i Trójporozumieniu.

Polska ma dziś twarz Roberta Bąkiewicza, który prowadzi marsz pod rządowym patronatem przez Warszawę. Jej bruki skąpane są we krwi ofiar nazizmu, co nie przeszkadza władzy hołubić bojówkę i schlebiać polskim faszystom spod znaku falangi.

Polskie społeczeństwo nie jest społeczeństwem obywatelskim; nie mam czego świętować. Niepodległość jest stanem abstrakcyjnym, bo trudno rozsądzić, czy władza nie bywa wewnętrznym okupantem, jak za czasów PRL-u, gdy cieszyliśmy się niepodległością trochę na niby, czując na plecach mroźny oddech Wielkiego Brata.

Na granicy umarł młody Kurd, który jest kolejną ofiarą nieporadnych rządzących w naszym kraju. Społeczeństwo nie widzi w tym nic złego, bo kolejny raz, niczym z sennym koszmarze, daje się uwieść kłamliwej propagandzie, jakoby śmierć była niezbędnym czynnikiem stabilizacji. Dochodzą do tego zmarli na COVID-19 i zmarłe ciężarne. 

Mamy piękny słoneczny dzień, a stolica jest brunatna zgodnie z życzeniem władzy i poddanych.

Brunatnej Polski nie chcę i nie mam czego świętować. Dobry Bóg nie ma nas w swojej opiece, albowiem najważniejsze dla doskonalenia duszy są życiowe doświadczenia. Nikt nas w tym nie wyręczy, nawet Opatrzność. 

Przemysław Wiszniewski

listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.