Należał do barwniejszych postaci polskiej historii sztuki, dyscypliny naukowej szczycącej się zawsze predylekcją do typów malowniczych - wspomina Mieczysława Morkę czytelnik.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Zmarły przed kilkoma dniami dr Mieczysław Morka (1939-2021) należał do barwniejszych postaci polskiej historii sztuki, dyscypliny naukowej szczycącej się zawsze predylekcją do typów malowniczych. Stał się historykiem sztuki, awansując z warstw odległych od nauki czy też salonów dzieł sztuki, i sporo ze swoistej plebejskiej hardości zachował do ostatnich dni życia.

Mietek Morka studiował w latach 60. historię sztuki na UW, utrzymując się jednocześnie z handlu walutami, czyli tak zwanego cinkciarstwa. Z tych lat pochodzi autentyczna anegdota potwierdzona autorytetem najwybitniejszego polskiego historyka sztuki Jana Białostockiego. Gdy profesor Białostocki opowiadał na seminarium o emblematach, czyli specyficznej barokowej symbiozie obrazu i słowa, to wspomniał mimochodem, iż emblem znajduje się też na tak popularnym środku płatniczym, jakim jest dolar. Kiedy uczestnicy seminarium usiłowali przypomnieć sobie graficzno-obrazowy kształt dolara, Morka sięgnął do portfela, wyciągnął banknot dolarowy o wysokim nominale, niespotykanym w latach gomułkowskiej biedy, i wsadził go pod tzw. epidiaskop (wyświetlacz książek i fotografii). To zdarzenie przykleiło się do Mietka Morki i jakby zdefiniowało na stałe istotną część jego publicznego wizerunku.

Dr Morka pracował przez kilka dekad w znakomitym Instytucie Sztuki PAN na Długiej. Napisał istotne, choć przyjęte polemicznie książki o polskim portrecie konnym i sztuce na dworze Zygmunta Starego. Sam był też nieustraszonym polemistą, chętnie krzyżującym szpady z czołówką polskiej historii sztuki.

Lecz główny tytuł do chwały zdobył na nieco innym polu, związanym z koneserstwem, atrybucjonistyką obrazów i kolekcjami dziel sztuki.

W roku 1988 Zbigniew Porczyński, Polak z wojennej emigracji o niezbyt przejrzystym życiorysie, ofiarował wraz z żoną Polsce kolekcję kilkuset obrazów zawierających rzekomo dzieła czołowych mistrzów. Rozpoczęła się wnet kampania propagandowa sterowana zręcznie przez Porczyńskiego, łącząca treści bogoojczyźniane z propagandą „wielkiej sztuki" przeznaczonej dla biednego, wypłukanego z kolekcji artystycznych kraju. Posłużono się imieniem Jana Pawła II, kolekcję przekazano Kościołowi i uzyskano patronat prymasa Glempa jak też decyzję Ministerstwa Kultury i Sztuki, by kolekcję Porczyńskich umieścić w znakomitym budynku byłego Banku Polskiego na warszawskim pl. Bankowym. Nieliczne krytyczne głosy historyków sztuki podnoszących fakt, iż kolekcja zawierała wiele dzieł niskiej wartości artystycznej i o bardzo wątpliwych atrybucjach, utonęły w powszechnym entuzjazmie i rozgwarze charakterystycznym dla lat 1988-92, to jest okresu przemian ustrojowych. Zresztą łatwo można było je na pierwszy rzut oka retorycznie odeprzeć, mówiąc o nieuchronnie subiektywnym charakterze wszelakich ocen w dziedzinie atrybucji dzieł sztuki.

I tu wkroczył na scenę Mieczysław Morka. Jako jedyny z krytyków założył dokumentację większości obrazów kolekcji Porczyńskich, przeorał setki, jeśli nie tysiące katalogów aukcyjnych i zdołał udokumentować fakt, iż Porczyński kupował za śmieszne sumy kopie czwartego rzędu i takowe natychmiast z właściwą sobie chucpą obdarzał atrybucjami w rodzaju Tycjana, Rembrandta czy Rubensa. Po publikacji Morki negującej wartość artystyczną większości kolekcji rozgorzała zaciekła polemika, początkowo niewiele osób stanęło po stronie autora krytycznych uwag, tytułowanego wówczas przez przeciwników „doktorem Zmorką". Prawdy jednak nie dało się ukryć na dłuższą metę i dziś Muzeum Porczyńskich zajmujące nadal swą piękną siedzibę trwa siłą inercji i dzięki determinacji polskiego Kościoła, nienawykłego do przyznania się do błędu, w całkowitej ciszy medialnej i naukowej.

Podziały, jakie się wówczas ujawniły, miały odrodzić się później z wielokrotną siłą w PiS-owskiej Polsce, takoż uwielbiającej wszelakie bogoojczyźniane chciejstwa.

Zaś sam Mietek Morka, wyczerpany psychicznie kilkuletnimi atakami, pogrążył się później w niezbyt owocnych spekulacjach dotyczących funkcjonowania rynku dzieł sztuki i fałszerstw obrazów.

Ale sławy odważnego bojownika o prawdę nie zdoła Mu nikt odebrać.

Prof. dr hab. Sergiusz Michalski

listy@wyborcza.pl

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    Bardzo dziękuję za to wspomnienie.
    Ujawnienie, czym naprawdę jest ten zbiór obrazów było bardzo ważnym dokonaniem, a także ważną lekcją.
    już oceniałe(a)ś
    17
    0
    O narodowokatolickiej hucpie "Kolekcji Poszepszyńskich" słyszało się swego czasu, ale dopiero teraz, dzięki temu wspomnieniu trafiłem na dostępny w internecie fragment książki dra Morki "Kolekcja im JP2 - Kompromitacja Kościoła i Państwa". Genialnie napisane, polecam! W czasach, gdyśmy jeszcze bili czołem przed czarnymi, ten człowiek już wyczuł pismo nosem...
    już oceniałe(a)ś
    9
    0