Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Chciałam się odnieść do artykułu prof. Marcina Matczaka: zatańczył do disco polo, żeby wprowadzić nas do Unii

Szanowny Panie Profesorze,

O ile cenię ogromnie Pańskie proste i racjonalne wyjaśnienia z zakresu prawa oraz superrelacje z synem, o tyle teza postawiona w tym artykule tchnie dla mnie anachronizmem. Zgadzam się z pierwszym członem rozumowania: Kwaśniewski zatańczył do disco polo, żeby się przypodobać wyborcom, stosując taki zabieg socjotechniczny, żeby wygrać wybory. Zrobił wówczas jeszcze parę innych rzeczy, żeby się wyborcom przypodobać, między innymi skłamał w kwestii swego wykształcenia, które miało być jego wielkim atutem w porównaniu do kontrkandydata o wykształceniu zawodowym. Zachował się też stosunkowo arogancko, spóźniając się na telewizyjną debatę, co, jak wiadomo, ostro wkurzyło Lecha Wałęsę, który chronicznie nie znosi spóźnień, a to z kolei odbiło się na jakości owej debaty i być może także przechyliło szalę zwycięstwa na stronę byłego działacza PZPR, ale w tym okresie już „socialdemokraty", jak sobie dworował z tej nagłej metamorfozy Jacek Fedorowicz. I to kilka rzeczy, które Aleksander Kwaśniewski zrobił, żeby wygrać.

Absolutnie nietrafne jest natomiast zestawienie pierwszego członu z drugim – „żeby". Po pierwsze, przedstawia Pan tę kwestię, jakby jego kontrkandydat nie chciał „nas wprowadzić do Unii"! I jakby nie poświęcił swego życia na doprowadzenie do przemian, które nam taką możliwość w efekcie dały. To prawda – dziś Aleksander Kwaśniewski jawi się jednoznacznie po jasnej stronie mocy. Ale błędem jest założenie, że na owym etapie historii Polski, w 1995 roku, wiedział, w którą stronę nasza ojczyzna ma pójść. Na pewno decyzje takie jemu oraz jego zapleczu ułatwiły zmiany geopolityczne, które odsunęły, przynajmniej do nastania Putina, od władzy Wielkiego Brata, ale zapewniam Pana – bo tego Pan pamiętać nie może, że w momencie, gdy na szczycie NATO, w którym Polskę do NATO przyjmowano (1999), jego wygłoszone ze sceny stwierdzenie: „My ideały Solidarności realizowaliśmy z drugiej strony barykady" było bezczelnym policzkiem dla 70 procent Polaków, którzy walczyli przeciw komunie. I naprawdę podziwiam Lecha Wałęsę, przy którego boku wówczas siedziałam, że przyjął ten policzek z takim spokojem.

Bo przecież doprowadziwszy uprzednio do zmian, które pozwoliły Aleksandrowi Kwaśniewskiemu kandydować w wolnych wyborach prezydenckich, od 1996 roku spędził w Stanach Zjednoczonych pewnie więcej czasu niż w Polsce, przekonując Amerykanów – ważnych polityków, ale i szerokie rzesze studentów i zwykłych obywateli, dlaczego, mimo iż obawiali się Rosji, Polskę należy do NATO przyjąć,

Uczestniczył wówczas w strategicznej batalii, której mózgiem był nasz ambasador w USA, Jerzy Koźmiński, niedościgły wzór dyplomaty, zwłaszcza w dzisiejszej Polsce.

Znam te fakty, bo miałam zaszczyt w nich uczestniczyć. Unia Europejska była już konsekwencją, choć naturalnie wymagała wielu przemian naszego kraju, we wprowadzeniu których miały udział rzesze polskich urzędników, nie dosypiających przez wiele miesięcy, by dostosować polskie prawo do unijnego. Które to dostosowanie z taką łatwością psuje nasz "wielki wódz", wspomagany przez młodego, mściwego i ambitnego…

Magdalena Iwińska

listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.