Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Szanowny Panie Przewodniczący!

Pozwalam sobie ponownie odezwać się do Pana śladem rozmowy, którą niedawno miał Pan z Obywatelami RP. Zwracam się do Pana, ponieważ o ile ktokolwiek może mieć dzisiaj decydujący wpływ na bieg wydarzeń po opozycyjnej stronie, to oczywiście właśnie Pan i raczej nikt więcej. Żadna opozycyjna polityka – czy ona ma mieć postać gry parlamentarnej, czy działań społecznych – nie może się dzisiaj obejść ani bez Pana, ani bez Platformy Obywatelskiej, i to się nie zmieni w czasie poprzedzającym wybory. W obozie dzisiejszej opozycji jednym to się podoba, innym nie. Sam powstrzymuję się od ocen, bo one nie mają sensu – to jest dla mnie po prostu jeden z oczywistych elementów diagnozy. Piszę natomiast z powodu następujących spraw – a są one dla mnie na tyle niepokojące, że nie umiem o nich nie napisać i z góry proszę o wybaczenie krytycznego tonu, prosząc również o przyjęcie do wiadomości, że i tak miarkuję się, jak tylko potrafię:

  1. PiS od dawna już tylko wysilonym i widocznym dla każdego przekupstwem kleci sejmową większość, a dla każdego czytającego o polskiej polityce jest jasne, że trwałe złamanie tej większości jest dzisiaj nie tylko możliwe, ale być może także po prostu łatwe.
  2. Tymczasem jednak znacznie trudniejszym zadaniem byłoby sformowanie w obecnym Sejmie jakiejś innej spójnej większości. Aktywności z tym związanej ze strony opozycji jednak nie widać – słychać zamiast tego wyraźne, m.in. Pańskie, zapewnienia, że ani przedterminowe wybory, ani nawet przygrywki do tego w postaci np. zarzuconej ofensywy przeciw marszałek Witek, nie wchodzą w grę i nie są planem opozycji. O przedterminowych wyborach – jeśli się ten temat w ogóle pojawia w politycznych komentarzach – słyszymy częściej jako o zagrożeniu ze strony PiS niż jako o szansie dla nas. Czy my naprawdę chcemy wygrać?
  3. Równocześnie zderzenie rządu z Unią Europejską wchodzi w decydującą fazę, a inicjatywy opozycji – Pańska i PSL – mówią o konstytucyjnych zapisach o przynależności do Unii lub o trybie głosowania w sprawie jej opuszczenia, które PiS będzie zmuszony odrzucić, lokując się tym samym na eurosceptycznym marginesie polskiej opinii publicznej. Eurosceptyków jest w Polsce mniej niż zwolenników PiS i z tego powodu taka gra ma oczywisty sens. To zatem jest zrozumiały i główny kierunek proponowanej przez Pana polityki. A raczej byłby, gdyby w ślad za deklaracją pojawił się chociaż stosowny wniosek ustawodawczy, nie wspominając o dalszych krokach w oczywistej perspektywie jego odrzucenia. Niestety, byłby to wciąż – jak się zdaje – kierunek jedyny. Nie ma np. żadnej opozycyjnej inicjatywy w sprawie ustroju sądownictwa, choć to właśnie o nie toczy się batalia z Polską w UE. Z powodów kompletnie dla mnie niezrozumiałych inicjatywę oddali tu Państwo Kaczyńskiemu i Ziobrze. Dla środowisk, w których byłem aktywny i z którymi czuję się związany, jest to szczególnie bolesne, ponieważ skuteczny opór przeciw atakowi PiS i SP Ziobry na sądownictwo był treścią najważniejszych naszych działań prowadzonych przez wiele lat, kosztownych, szeroko zakrojonych i przynoszących wymierny skutek. Ten skutek widać dzisiaj nawet bardziej niż wówczas, kiedy się okazało na przykład, że prezes Małgorzata Gersdorf, wbrew ocenom polityków opozycji, jednak dotrwa do końca konstytucyjnej kadencji i będzie to miało niebagatelny wpływ na dalszy rozwój sytuacji.
  4. Bierność polityków ten sukces niweczy. Mówimy tu o kilku latach walki kosztującej kilkaset procesów karnych, obejmującej skuteczny, ale niezwykle forsowny bojkot niekonstytucyjnych zakazów zgromadzeń, kosztowną nieustępliwość wobec brutalnych naruszeń prawa ze strony policji, ryzyko podejmowane przez nieustępliwych sędziów i represje, które ich z tego powodu spotkały, ciężką społeczną pracę adwokatów, poświęcenie odważnych prokuratorów oraz ogromny, codzienny i imponująco długotrwały wysiłek mnóstwa anonimowych ludzi. Od tego wszystkiego i od wszystkich tych ludzi „realna polityka" dzisiaj się odwraca, zresztą oczywiście nie po raz pierwszy. Przede wszystkim mówimy tu jednak o wieńczącym cały ten wysiłek osiągnięciu – największym w ostatnich ponurych latach. To sukces opozycji, ale zwłaszcza społeczeństwa obywatelskiego. Jeśli ono dzisiaj jest ledwie cieniem własnej niedawnej siły, to właśnie dzięki niweczeniu dokonań.
  5. Z europejskiego punktu widzenia twardy kurs wobec polskiego rządu ma oczywiste uzasadnienia, ale równocześnie rodzi obawę, że może być kolejnym krokiem do wypchnięcia Polski z Unii. Unijni politycy powinni się dzisiaj dowiedzieć, podobnie jak opinia publiczna, że istniejąca w Polsce opozycja ma plan pozytywnego rozstrzygnięcia i że twardy kurs pomaga w jego realizacji. Tymczasem stanowisko opozycji wobec blokady unijnych finansów nie jest ani jasne, ani wyraźne – jeśli jest w ogóle znane. Mamy tu natomiast rozczarowujące doświadczenia. Są one szerokie, ale dotyczą m.in. właśnie wspomnianej długoletniej kampanii przeciw demolowaniu rządów prawa w Polsce i zabiegów w instytucjach europejskich prowadzonych przez organizacje obywatelskie i środowiska prawnicze – bez wsparcia polityków opozycji, a często wręcz przy sprzeciwie z ich strony. Dobrze i boleśnie pamiętam, kiedy 4 czerwca 2018 r. ówczesny szef Europejskiej Partii Ludowej publicznie wyrażał na wiecu w Warszawie poparcie dla wniosku KE do Trybunału Sprawiedliwości UE w sprawie polskich naruszeń – a chodzi o ten sam wniosek, który dziś jest podstawą nacisku KE na polski rząd – przy równoczesnym zawstydzająco szczelnym milczeniu ze strony PO i PSL, które do EPL należą. Podobnie przykre doświadczenia dotyczą także wcześniejszego, równie zawstydzającego głosowania europarlamentarzystów PO w sprawie naruszeniowej procedury wobec Polski z art. 7 Traktatu o UE – opozycyjni politycy obawiali się wówczas „wystąpić w Brukseli przeciw własnemu krajowi". Wszystkie te wspomnienia wywołują dobrze niestety uzasadniony niepokój o przyszły wybór politycznej strategii.
  6. Mój związany z tym niepokój ma jednak także inne źródła niż tylko dobrze mi znane i jakoś przecież zrozumiałe polityczne kunktatorstwo, zwane dla wygody politycznym realizmem. Większość Polaków oczywiście chce obecności w Unii, ale już mniejszość oczekuje od niej sankcji finansowych i byłaby gotowa je zaakceptować w imię rządów prawa. Rodzi to z kolei obawy o kierunek również w wewnętrznej polityce. To trochę jak z białoruską granicą i ludźmi tam umierającymi – skoro wiemy, że zwolenników „szczelnych granic" oraz „bezpieczeństwa" jest w Polsce więcej niż wyborców PiS, obawiamy się wchodzić w ten konflikt i wybieramy inny, choć ten niechciany dotyczy rzeczy aż tak drastycznie ważnych jak ludzkie życie. I brunatniejący wciąż charakter państwa. Nie chcąc porażki w niewygodnym konflikcie, „trzymamy kciuki" za polskich pograniczników, gdy w rzeczywistości Straż Graniczną jako formację należałoby uznać za przestępczą organizację, a stan wyjątkowy za zamach stanu. Bardzo chciałbym wiedzieć, że unijne finansowe retorsje wobec Polski nie staną się dla opozycji podobnie kłopotliwym tematem, jak są nim bardzo już liczne i coraz liczniejsze tzw. tematy zastępcze, na czele z aborcją i ostatnio „obroną granic". Nie wiem tego i żadne z doświadczeń tej wiedzy mi nie daje, a obserwacja dostępnych publicznie danych i wypowiedzi polityków wyłącznie wzmaga obawy.
  7. Koalicja Obywatelska nie tylko nie podejmuje inicjatywy w sprawie sądów, ale defensywnie odmawia udziału w debacie o projektowanej zmianie systemu wyborczego. Podzielam pogląd, że opowieść o tym ma ze strony władzy wyłącznie manipulacyjny charakter, choć deklaracja, że sprawa dotyczy wyborów w 2027, a nie najbliższych, znacznie osłabia argumentację opozycji i być może wręcz ją unieważnia. Jeśli się bowiem obawiamy, że majstrowanie przy ordynacji ma dać PiS okazję do manipulowania wyborami w 2027 roku, to prawdopodobnie sądzimy, że po wyborach z 2023 roku PiS będzie nadal u władzy – czy właśnie tak ma to rozumieć opinia publiczna? Niezależnie od tego rodzaju absurdów oznacza ta sytuacja, że zasadnicza reforma ustrojowa w państwie staje się właśnie dla KO kolejnym nieistotnym „tematem zastępczym" skutecznie zagospodarowanym przez PiS i wobec tego dla opozycyjnej polityki niedostępnym. Z innych spraw podobnych i o podobnym znaczeniu od dawna już z najwyższym niepokojem i wstydem obserwuję, że jedynymi politykami, którzy zauważają nieistnienie w III RP rzeczywistego trójpodziału władzy – więc również kontroli rządu przez parlament, a zatem tego spośród „bezpieczników demokracji", który pisowski zamach stanu naprawdę czyniłby niemożliwym – są nie opozycyjni demokraci, ale politycy Konfederacji. Obok wynikających stąd pytań o sens i cel opozycyjnej polityki – inny niż tylko zamiar przejęcia władzy, którego wartości nie trzeba mi przecież tłumaczyć – budzi to również po prostu strach przed kolejną przegraną. Przegramy bowiem na pewno, jeśli nie będziemy podejmowali tematów o naprawdę kluczowym znaczeniu, oddając populistom inicjatywę w sprawach najistotniejszych dla demokratycznego ustroju.
  8. Już dawno temu oddaliśmy w ręce skrajnej prawicy inicjatywę w innych sprawach, budzących dotąd emocje zdolne wygnać na ulice wiele tysięcy ludzi – nazwaliśmy te sprawy „tematami zastępczymi" i postanowiliśmy je wszystkie pomijać. W sferze opozycyjnej polityki pozostają w ten sposób wyłącznie sprawy „letnie", niebudzące kontrowersji, niewzniecające emocji, bezpieczne – przy całej ułudzie bezpieczeństwa, jest to prosta recepta na porażkę.
  9. Nie wiemy, ile list wystawi opozycja w wyborach parlamentarnych, niezależnie od tego, kiedy się odbędą. Ma to oczywiste znaczenie. Jeśli wierzyć dzisiejszym sondażom, zwycięstwo jest możliwe nawet wtedy, kiedy naprzeciw PiS staną do wyborów trzy listy opozycji, jak to było w roku 2019, kiedy przegraliśmy, choć na opozycję padło więcej głosów. Nie przywiązywałbym się do takich nadziei. Z całą jednak pewnością możliwa nie jest większość zdolna przełamać weto Andrzeja Dudy, uporać się z TK Kaczyńskiego i Przyłębskiej, nie wspominając o większości konstytucyjnej, ani nawet o mandacie wystarczająco silnym, by przewaga demokratów w parlamencie nie była chwiejna, nie narzucała obaw o przetrwanie i nie wymuszała kunktatorskich decyzji w trudnych czasach, kiedy w dodatku staniemy nie tylko przed wyzwaniami przyszłości, ale również przed tymi, które znamy dzisiaj i które są już wystarczająco trudne.
  10. Nie widać więc w Polsce żadnej „mapy drogowej" formułowanej nie tylko w klasycznych kategoriach polityki parlamentarnej, ale również w szerszych kategoriach społecznych. Powołanie ruchu społecznego z polityczną reprezentacją zapowiadał Rafał Trzaskowski i Szymon Hołownia. Pierwsza z tych inicjatyw została najwyraźniej zarzucona. Politycy, owszem, mają możliwość uruchamiania takich przedsięwzięć. Wiemy też dzisiaj – lepiej niż wiedzieliśmy jeszcze wczoraj – że bez wątpienia politycy i ich partie są w stanie mobilizować wielkie masy ludzi, tworzyć struktury nieporównanie silniejsze, zasobniejsze i liczniejsze niż którykolwiek z oddolnych ruchów obywatelskich. Tym jednak, co nadal mogą zaoferować wyłącznie aktywiści ruchów obywatelskiego protestu, jest wiarygodność – a to wciąż jest towar w polityce deficytowy, to również kluczowy i niezbędny warunek wyborczego sukcesu.

Panie Przewodniczący!

Nie uważam oczywiście, by był Pan w jakikolwiek sposób zobowiązany odpowiadać na propozycje dialogu formułowane już jakiś czas temu przez moich przyjaciół Obywateli RP, a już z pewnością byłoby czymś niestosownym oczekiwać Pańskiej reakcji na moje osobiste próby tego rodzaju. Niemniej właśnie z tą intencją piszę i tym razem czynię to publicznie. Bez obaw o uzurpacyjne przekroczenie własnej rangi – zawsze bardzo ograniczonej, a dziś już po prostu żadnej. Piszę bowiem w przekonaniu, że powyższe sprawy i zawarte w nich pytania domagają się odpowiedzi, choćby je Panu zadał „zwykły szary człowiek" – i z całą świadomością używam akurat tego określenia właśnie dzisiaj: pomiędzy czwartą już rocznicą samospalenia Piotra Szczęsnego a rocznicą jego śmierci.

  • Piszę jednak przede wszystkim po to, by sformułować propozycje przełamania tego impasu bierności, który w moim przekonaniu prowadzi nas właśnie do kolejnej katastrofy. Zacznę tę z kolei listę od rzeczy najbardziej doraźnych i z tego powodu najprostszych.
  • Istnieje sposób przejęcia inicjatywy w sprawie konfliktu Polski z instytucjami Unii Europejskiej. Należy wyraźnie powiedzieć Polakom – w tym również, a nawet przede wszystkim wyborcom PiS – że to właśnie opozycja i zwłaszcza Platforma Obywatelska jest w stanie ten konflikt łatwo i szybko zażegnać, odblokowując dla Polski pilnie w niej potrzebne unijne fundusze. To my, demokraci, jesteśmy częścią cywilizacyjnej wspólnoty Zachodu, a nie oni, skrajnie prawicowi populiści. To my „mamy znajomości" w Europie. To my przynosimy do Polski dobrodziejstwa zachodniego świata – czy je rozumieć przez katalog praw i wolności obywatelskich oraz ład praworządnego państwa, czy poprzez materialną zasobność. W rękach opozycji pozostaje nadal istotny i niezwykle silny kanał komunikacji z wyborcami obozu władzy – są nim orędzia marszałka Grodzkiego w TVP, gdzie może on zwracać się do nich bezpośrednio. Treścią tych komunikatów może i powinno być właśnie to: jesteśmy w stanie natychmiast i bez kosztów zażegnać konflikt wywołany absurdalnymi obsesjami Kaczyńskiego i Ziobry oraz ich uporem przy przegranej sprawie pozbawionej jakiegokolwiek znaczenia dla zwykłych ludzi, w tym również dla wyborców PiS. Jesteśmy w stanie przynieść do Polski fundusze. Zaraz.
  • Należy natychmiast sformułować minimalne warunki rozejmu z instytucjami Unii i opozycją. Wynikać one muszą z natychmiast podjętej inicjatywy ustawodawczej dotyczącej reformy sądownictwa. Ofensywa w tej sprawie musi być zrozumiała dla polityków i instytucji Unii Europejskiej, by wszyscy w Europie wiedzieli, że twardy kurs służy porozumieniu, a nie wypchnięciu Polski. Równie czytelna musi być ta oferta dla wyborców PiS, którzy muszą zobaczyć, że to wyłącznie niechęć przed uznaniem porażki powstrzymuje władzę od zawarcia oczywistego dla wszystkich, koniecznie potrzebnego i pozbawionego innych kosztów porozumienia.
  • Wspomniana inicjatywa ustawodawcza może i powinna się stać projektem społecznym. Zbieranie podpisów w tej sprawie – celem powinny być miliony podpisów, a nie tylko wymagane ustawą 100 tys. – powinno być pierwszym drobnym krokiem w kierunku powołania szerokiego ruchu społecznego świadomego politycznych celów. Tworzeniu jego struktur i zaplecza powinny służyć wszelkie tego rodzaju przedsięwzięcia, wyznaczające zaangażowanym w ten proces ludziom osiągalne horyzonty poszczególnych etapów działań i jasne kryteria powodzenia.
  • Oferta rozejmu musi tworzyć oczywisty kłopot dla władzy. Jej przyjęcie musi być z jej strony wyraźnym i prestiżowym ustępstwem. PiS niewątpliwie więc tę ofertę odrzuci, walcząc o przetrwanie swej władzy, bo prestiż ostentacyjnej omnipotencji jest jej najważniejszym filarem. Kosztem odrzucenia musi być jednak dalsza kompromitacja w oczach społeczeństwa. Maksymalizując ten koszt, opozycja może i powinna wystąpić z projektem obywatelskiego referendum. Pytania o przynależność do Unii wydają się tu z wielu powodów ryzykowne. Prawdopodobnie bardziej sensowne byłoby pytanie o odpowiedzialność polityków za łamanie polskiej konstytucji i unijnego traktatu – referendum mogłoby więc i powinno dotyczyć skrócenia kadencji parlamentu, rządu i prezydenta z powodu naruszeń podstawowego i najwyższego prawa Rzeczypospolitej. Obywatelskiemu wnioskowi powinno znów towarzyszyć nie 500 tys. podpisów wymaganych ustawą, ale kilka milionów. Odrzucony wniosek o referendum musi znów kompromitować władzę. Dlatego podpisy muszą być zbierane bez precedensu masowo. Ale odrzucenie wniosku nie może kończyć gry. Powinniśmy zapowiedzieć przeprowadzenie referendum siłami obywatelskiego społeczeństwa. Na sposób – że tak powiem – kataloński. Również tego określenia używam nieprzypadkowo, ze świadomością możliwych kontrowersji. Jakkolwiek bowiem oceniać postulat katalońskich separatystów, referendum tłumione przemocą przez hiszpańskie władze i policję atakującą bezbronnych głosujących ludzi przysłużyło się katalońskiej niepodległości bardziej niż jakiekolwiek inne działania. Niewątpliwie bez porównania bardziej niż np. baskijskiej niepodległości przysłużyły się lata krwawych zamachów ETA – i również tego porównania używam bynajmniej nie z retorycznego rozpędu.
  • Społeczna samoorganizacja o skali niezbędnej dla przeprowadzenia aż takiej akcji słusznie wydaje się dzisiaj niemożliwością. Pisząc o niej mam więc na myśli jedno z zadań niezbędnych dla wyborczego zwycięstwa. Wybory w dzisiejszej Polsce to już od dawna nie jest kwestia sprawnego politycznego PR i nowatorskiej kampanii prowadzonej bardziej intensywnie niż dotychczas. Wśród wielu rzeczy niezbędnych na czoło wysuwa się mobilizacja społeczna o skali, której dotychczas w Polsce nie widzieliśmy. Dlatego budowa ruchu społecznego, zdolnego w wyraźnie oznaczonej przyszłości do przeprowadzenia tak gigantycznej operacji staje się pilnym i koniecznym zadaniem – i jest to zadanie na dzisiaj, a nie jakąś odległą przyszłość. Ruch społeczny – prawdziwy – nie powstaje na rozkaz wodza. Czy jest nim Rafał Trzaskowski, Szymon Hołownia, czy Pan. O ile to jest w ogóle jeszcze wciąż możliwe, ruch powstaje w jasno określonym celu, horyzont i cel jego działania musi być wyraźnie widoczny dla wszystkich, którzy w nim uczestniczą. Niech więc okrzyk „wypierdalać" nie będzie kolejnym słowem rzucanym na wiatr, podobnie jak obyczajowo poprawne „zostajemy w Europie". Zróbmy to zamiast o tym krzyczeć. To właśnie tu, w określeniu jasnych, politycznych celów mobilizacji, Pańskie uczestnictwo jest niezbędne. Albo myślimy o politycznym przedsięwzięciu, w którym uczestniczy Donald Tusk, albo rozmawiamy o niczym – takie są realia dziś.
  • Jedna lista w wyborach jest koniecznością, niezależnie od tego, czy i z jakich powodów wydaje się ona dzisiaj niemożliwa. Istnieją podobno nieprzekraczalne różnice programowe i one są faktem – wszyscy je znamy. Prawdopodobnie jednak wyraźniej niż Pan widzę to przede wszystkim, że nikt w Polsce nie wierzy w znaczenie nieprzekraczalności różnic w programach czy o wiele ważniejszych ideowych tożsamościach – nieporównanie bardziej nieprzekraczalne są w powszechnej opinii różnice partyjnych interesów. To jeden z czynników kompromitujących dzisiaj opozycję. Z Pańskiej pozycji problem wydaje się możliwy do rozwiązania za pomocą Pańskiej dużej i stale rosnącej siły. Znaczenie opozycyjnych partnerów lub konkurentów da się po prostu wyeliminować. To zresztą już się dzieje. Towarzyszy temu jednak typowe dla politycznego centrum „cięcie skrzydeł", które wprawdzie dysponują gorącym poparciem jednych, ale skutecznie zrażają drugich. „Cięcie skrzydeł" niestety kosztuje więcej niż tylko utratę niszowych grup wyborców i przekonywaliśmy się o tym boleśnie w kolejnych przegranych wyborach. Osłabiamy taką polityką wiarygodność całego obozu. Wciąż proponuję – za Obywatelami RP – otwarte, międzypartyjne, konkurencyjne prawybory jako sposób nie tylko na taką jedność opozycji w wyborczej konfrontacji z PiS, która umożliwia sumowanie elektoratów wykluczających się w każdym innym wariancie. Jest to również sposób na mandat wiarygodnego zaufania ruchu wyborców, który de facto tę listę by wystawił. Niejako „zamiast partii", choć to głównie partyjni kandydaci znaleźliby na tej liście miejsce w konkurencji pomiędzy sobą – uczciwej i wolnej od zagrożenia zwycięstwem PiS, bo w prawyborach tego zagrożenia nie ma. Zna Pan wartość tego rozwiązania, nie ma sensu powtarzać tu całej obszernej argumentacji. Tu chcę podkreślić jedynie, że bez prawyborów „cięcie skrzydeł" nastąpi niezależnie nawet od Pańskiej aktywności – zrobią to sami wyborcy również wtedy, kiedy nieumiejący zrezygnować z partykularyzmów politycy rozczarują ich, jak rozczarowywali dotychczas. Przy urnach wyborcy „obstawią pewniaka", jak robili to zawsze ostatnio. Bez wątpienia „pewniakiem" będzie Pan i PO. Być może będzie to dla PO sukcesem. Dla Polski nie będzie. Tworzenie jednej listy programowo obejmującej wszystkich demokratów należy koniecznie zapowiedzieć i rozpocząć już teraz. Nie bać się przedterminowych wyborów. Przeciwnie – żądać ich i otwarcie, z całą mocą przygotowywać je już teraz. Tu znów – tylko Pan jest w stanie ten proces rozpocząć.
  • Program wyborczy – w tradycyjnym sensie programów partyjnych – nie ma żadnego znaczenia. Nie było w stanie niczego zmienić np. umieszczenie na czele „sześciopaku Schetyny" troski o ochronę zdrowia, choć to jej stan najbardziej martwił Polaków we wszystkich ówczesnych badaniach opinii. Dla wszystkich – dla polityków, komentatorów polityki i również dla wyborców – znaczenie takich „sześciopaków" mieści się wyłącznie w kategoriach PR. Nikt nie wierzy w wyborcze obietnice – jeśli ktokolwiek, to być może niewielka część elektoratu PiS, co zresztą potwierdzają badania. To jest prawdopodobnie jedyny moment, w którym Pańskie intuicje są identyczne z moimi. Nie program się liczy, a „walka ze złem", jak to Pan określił, inaugurując swój powrót do polskiej polityki. Ta zbieżność kończy się jednak natychmiast – w miejscu, w którym wybiera Pan doraźny pragmatyzm w miejsce „wizji", bo najwyraźniej nadal chciałby Pan leczyć wizje w zamkniętych oddziałach klinicznych. Tym jednym ze swych licznych i dobrze znanych bon motów odesłał Pan na margines wszystkich moich mistrzów od Karola Modzelewskiego z jednej, po Marcina Króla z drugiej strony. Sam również na tym marginesie przebywam zaszczycony towarzystwem – jako jeden z tych, którzy rzekomo wybierają idealizm pięknoducha na przekór twardym wymogom realizmu. Proponując międzypartyjne prawybory i pluralistyczną wspólną listę, na której miejsce znajdują politycy o postawach i poglądach niemożliwych do pogodzenia – by wspomnieć choćby o aborcji – Obywatele RP proponowali politykom również sposób „wybrnięcia" z katalogu „tematów zastępczych", których przecież nie da się uniknąć w żadnej kampanii przeciw PiS, bo każdy z nich PiS chętnie wykorzysta, jak to zawsze robił dotychczas. To realizm przemawia za takim sformułowaniem strategii – nie żadne marzenia. Katalog kłopotliwych „tematów zastępczych" jest szeroki – obejmuje aborcję, prawa LGBT, stosunek do Kościoła, czasem nawet szczepionki, oczywiście granicę i uchodźców, „suwerenność" w Unii i dopuszczalność unijnych sankcji, ale także 500 Plus i zakres socjalnej polityki państwa, zwanej czasem rozdawnictwem, a wkrótce być może nie tylko praworządność, ale też i podstawowe urządzenie ustroju RP ze wspomnianym już tu systemem wyborczym, trójpodziałem władzy i koniecznością konstytucyjnej reformy. Proponowaliśmy zawsze projekt przyszłego parlamentu jako Konstytuanty – program, który nie przesądza o rozstrzygnięciu w żadnej z tych zapalnych spraw, ale wyłącznie je wymienia, jako konieczne do pilnego rozstrzygnięcia. Nie obiecuje legalnej aborcji bez ograniczeń, ale sposób rozwiązania konfliktu o nią. Sprzeczne poglądy partii tworzących wspólną listę tracą w ten sposób na znaczeniu i można je wypowiadać bez obaw – to właśnie różnorodność gwarantuje, że rozstrzygnięcia nie zostaną nikomu narzucone i będą uwzględniały głos każdej z wielu stron licznych polskich konfliktów. To wizja (!) takiej Rzeczypospolitej, w której nikt nie będzie się musiał bać wyniku wyborów. Nie tylko wizja – w moim przekonaniu to również sposób określenia skutecznej strategii wyborczej ruchu reformy, który do wyborów idzie po możliwą do osiągnięcia, dającą się wyczytać z sondaży i badań większość konstytucyjną.
  • Tu istotna uwaga na koniec strategicznych i programowych propozycji. Jeśli liczyć wśród obywateli – a nie mandatami w parlamencie – konstytucyjną większość widać w ok. 70% z nich, którzy nie wierzą partiom politycznym i z żadną z nich się nie identyfikują. Coś z tego powinno wynikać dla partyjnej polityki. Propozycje Obywateli RP również do tego zawsze zmierzały – nie do tego zatem, by zastąpić partie polityczne i polityków działaczami obywatelskimi, ale by parlamentaryzmowi i partiom z ich zawodowymi politykami przywrócić kapitał społecznego zaufania i autentycznego mandatu.

Panie Przewodniczący!

Jak być może Pan wie, zdarzyło mi się startować w wyborach niejako przeciw PO, a nieco dokładniej przeciw Kazimierzowi Ujazdowskiemu, którego wystawienie przez PO było dla mnie i sporego środowiska policzkiem wymierzonym ruchom obywatelskim i ich postulatom, ale także kpiną z demokratycznego wyboru. Mówiąc zaś jeszcze dokładniej – i zdając sprawę z tego, czym ten mój gest był w rzeczywistości – kandydując, wzywałem p. Ujazdowskiego i PO do debaty, po której, z braku czasu i możliwości jakichkolwiek wyborczych procedur, w oparciu o sondaże dałoby się stwierdzić, kto z nas jest kandydatem rzeczywiście popieranym przez demokratycznych wyborców. Deklarowałem wycofanie własnej kandydatury na skutek tej weryfikacji, której efekt był przecież zresztą łatwy do przewidzenia. Tej debaty mi odmówiono. Pańska partia uznała wówczas, że ustępstw tego rodzaju czynić nie musi i wobec tego nie powinna. Demokratycznym wyborcom odmówiono tym samym wyboru, każąc im karnie głosować według gabinetowych ustaleń politycznych liderów. W wyborach przegrałem z kretesem z Pańską partią i jej kandydatem. Uzyskałem nieco ponad 15% głosów w stosunku do ok. 55%, które dostał p. Ujazdowski. Wspominam o tym dlatego, że wśród ponad 85 tys. głosów, które dostałem, mniej więcej połowa pochodziła od wyborców Lewicy, a pozostałe dostałem od wyborców Konfederacji… Poparło mnie zatem więcej wyborców Konfederacji niż ich głosowało np. na Krzysztofa Bosaka. Nie czyniłem przecież na rzecz Konfederacji żadnych programowych koncesji, nie uśmiechałem się do niej porozumiewawczo, jak to robił np. Rafał Trzaskowski przed II turą głosowania prezydenckiego. Wiele także wskazuje na to, że wszystko, o czym mówiłem we własnej kampanii, było wyborcom Konfederacji nieźle znane, pomimo bardzo ograniczonego zasięgu, jaki udało mi się uzyskać w skrajnie trudnych warunkach i bardzo krótkim czasie. Pokazuje to, że autentyzm w wyborach ma m.in. taki potencjał. Ale co innego wydaje mi się ważniejsze. Dzisiaj lepiej wiem, co wiedziałem zawsze – bez twardego elektoratu tradycyjnych partii opozycji, zwłaszcza bez elektoratu PO, nie da się niczego zbudować. Pułap kilkunastu procent jest trudny do osiągnięcia i nieprzekraczalny. Partie dominującego centrum i politycznego mainstreamu powinny jednak wiedzieć równocześnie, że bez nisz tego rodzaju nie są w stanie zwyciężyć. Przy wszystkich wielkich dysproporcjach pomiędzy nami – na współistnienie skazani jesteśmy wzajemnie. Bardzo bym wobec tego chciał, by na nasz głos miał Pan nieco czulsze ucho niż je mieli Pańscy partyjni koledzy. Bo oni wciąż przegrywali.

I z nieco grubszej rury na koniec. Wspomniałem tu Piotra Szczęsnego i użyłem jego określenia „zwykły szary człowiek". Jego śmierć była dla nas wszystkich szokiem, ale dla mnie była przede wszystkim wyrzutem sumienia. Zmagam się z nim do dzisiaj. Długo będę pamiętał w szczegółach dzień, w którym Piotr Szczęsny zmarł. Tego wieczora spóźniony dotarłem z rodziną na miejsce, na którym płonął – wszyscy zebrani rozeszli się już do domów. Liczyłem znicze, które zostawili. Znicze trudno policzyć dokładnie, kiedy tak stoją siłą rzeczy w pewnym nieładzie – ale naliczyłem ich niespełna 300. Nie 300 tysięcy, tylko właśnie 300.

Piotr Szczęsny spłonął, by nas obudzić. Tak napisał. Gdyby tych zniczy było 300 tysięcy, nie musiałby budzić nikogo.

Ponieważ było ich 300, nikogo obudzić nie mógł. Jeśli da się pomyśleć coś bardziej tragicznego niż śmierć w płomieniach, to byłaby to właśnie ta sprzeczność, którą pokazało wówczas te skromne 300 zniczy w otoczeniu tłumów przechodzących obok i zajętych własnymi sprawami.

Moje sumienie obciąża fakt, że Piotr Szczęsny w rozpaczy nie widział już innej nadziei. Nie zrobiłby tego, gdyby ją widział. Byłem wówczas jednym z opozycyjnych liderów – akurat wówczas przez moment jakoś ważnym. Dowiedziałem się więc właśnie, jak bardzo zawiodłem – żadna z rzeczy, które wówczas robiłem nie zdołała obudzić w ludziach przekonania, że z tego nieszczęścia, które Piotra Szczęsnego przywiodło do tak strasznej decyzji, da się wyjść w jakiś inny sposób i że wiemy, jak to zrobić. To było wówczas przecież moje zadanie – tak o tym zawsze myślałem – pokazać racjonalną drogę. Piszę o tym w oczywistym kontekście – to jest również Pańskie zadanie. Mówiąc brutalnie – jeśli się sam czułem winny śmierci Piotra Szczęsnego, Pan również powinien.

Wspomniałem tu również katalońskie referendum i zestawiłem je z terroryzmem baskijskiej ETA. Również celowo to zrobiłem i dokładnie w tym samym kontekście.

Dla „przebudzenia", o które tak dramatycznie postarał się Piotr Szczęsny, potrzeba nie tylko świadomości zła wokół, ale również przekonania, że da się to zło przemóc w działaniu. Że działanie ma sens, przynosi efekty.

Jeśli tego przekonania brakuje, ludziom zostają już tylko rozpaczliwe wybory. Da się wskazać bardzo wiele takich przykładów w historii. Terroryzm ETA był jednym z nich. Samospalenie Piotra Szczęsnego było innym. Jan Palach podpalił się przecież nie dlatego, że na pl. Wacława w Pradze stały wówczas sowieckie i polskie czołgi. Zrobił to dlatego, że widział rosnącą apatię wkoło. Apatia jest w takich sytuacjach wyborem najczęstszym i powszechnym. Jest też jednak niezbędnym tłem dla aż tak dramatycznych decyzji. To powinno być miarą odpowiedzialności przywódców również dzisiaj, ponieważ doczekaliśmy czasów wystarczająco złych.

To w tym kontekście proszę o niezmarnowanie ogromnego społecznego wysiłku i jego wielkich osiągnięć. Pokazaliśmy już, ile da się zrobić konsekwentnym, upartym działaniem. Dostaje Pan dzisiaj – od nas przecież – do rąk wszystkie narzędzia. Sądy i ich ustrój, Panie Przewodniczący. Proszę o nich nie zapominać. Proszę spróbować naprawdę, a nie na niby, zażegnać kryzys z Europą i obronić niezależność sądów Rzeczypospolitej, a władza PiS upadnie naprawdę. Od tego jednego wstrząsu.

Proszę przyjąć życzenia sukcesu i wyrazy nadziei, że to będzie również sukces Polski.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.