Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Kilka lat temu skończyłem studiować prawo na dziennych studiach magisterskich.

Prawo to taka dziedzina, w której jest wysoka podaż stażystów/praktykantów, bo studia są bardzo teoretyczne, bez praktyki trudno jest rzeczywiście zostać prawnikiem. W czasie studiów i bezpośrednio po nich przeszedłem przez kilka kancelarii adwokackich w Poznaniu, w których regułą było niepłacenie praktykantom/stażystom (no bo w końcu taki student "nic nie umie", a że stoi godzinami w kolejce na poczcie czy kseruje dokumenty, to się nie liczy); do tego dochodzi kwestia aplikantów – ich zarobki to temat rozgrzewający do białości środowisko adwokatów, radców prawnych i aplikantów.

Oczywiście zdarzają się uczciwi pracodawcy, ale zdecydowanie nie jest to reguła. Częściej można spotkać na rynku kancelarie funkcjonujące dzięki darmowej pracy praktykantów, studentów. Taki praktykant jest właściwie wyjęty spod prawa: żadne przepisy go nie chronią, np. przed mobbingiem (sam tego doświadczyłem), można mu w każdej chwili „podziękować". Ale przede wszystkim jest tani. Może usłyszeć, że jeśli się sprawdzi, to po 2 miesiącach będzie dostawać powiedzmy 500 zł, czy też trochę więcej, miesięcznie, oczywiście na czarno. Dla studenta to duża kwota. Dla adwokata/radcy prawnego prowadzącego własną działalność to czysty zysk!

Przecież praktykant jest zwykle skrzyżowaniem prawnika in spe, sprzątacza i pracownika sekretariatu, a nie trzeba mu płacić nic albo prawie nic. Gdyby adwokat prowadzący kancelarię chciałby mieć sekretarkę/sekretarza czy sprzątaczkę/sprzątacza, to musiałby mu/jej przynajmniej minimalną pensję zapłacić.

A praktykant to darmowa lub prawie darmowa siła robocza. Czas pracy – nie istnieje. Przeciętny praktykant jest zbyt zahukany i zbyt mało pewny siebie, aby odmówić pracy poza umówionymi godzinami.

Gdy skończyłem studia, zacząłem się podpytywać w kancelarii, w której od roku chodziłem na regularne praktyki, czy może by mnie zatrudnili, chociażby na umowę o dzieło? Chociażby za minimalną pensję (która wtedy wynosiła 1600 zł brutto).

W odpowiedzi usłyszałem, że nie mamy zwyczaju zatrudniać. Zaproponowano mi pracę za 700 zł miesięcznie na czarno. Wtedy tyle mniej więcej kosztował pokój dla studenta w Poznaniu, ale przecież magister prawa państwowej uczelni chyba zasługiwałby chociaż na minimalną pensję? Kilka miesięcy tak pracowałem, ale szybko zdałem sobie sprawę, że w ten sposób moi rodzice, którzy musieli mnie cały czas utrzymywać, będący w dużo gorszej sytuacji materialnej, musieli kredytować czyjąś działalność gospodarczą moją prawie darmową pracą. Wydało mi się to skrajnie nieuczciwe; nie miałem też ubezpieczenia zdrowotnego. Dlatego wkrótce potem obrałem inną ścieżkę kariery.

Na studiach regularnie dostawaliśmy oferty praktyk od różnorakich kancelarii adwokackich. Często się zdarzało, że były to ciągle te same kancelarie, które nie mogły znaleźć nawet studenta praktykanta. Studenci szybko orientują się, że duża rotacja praktykantów źle świadczy przede wszystkim o „pracodawcy".

Student jednolitych magisterskich studiów prawniczych na UAM w Poznaniu

(nazwisko do wiad. redakcji)

listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.