Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Po co są granice?

Na pewno nie po to, żeby nas chronić przed koronawirusem, kryzysem klimatycznym, wymieraniem gatunków. Nie po to, żeby zabezpieczać przed atakami cybernetycznymi, zagrożeniami związanymi z nowymi technologiami. Granice nie chronią przed nierównościami i biedą. Nie są przeszkodą dla transferów pieniężnych do rajów podatkowych. Nie zatrzymują terrorystów, przestępców ani międzynarodowych mafii.

Wygląda na to, że granice istnieją przede wszystkim z dwóch powodów.

Po pierwsze, potrzebne są różnej maści autokratom na całym świecie od Kaczyńskiego do Trumpa.

Ich istnienie wykorzystują do szantażowania całych społeczeństw, wmawiając ludziom, że tylko oni zapewnią szczelność i kontrolę granic. Gdyby nie ich determinacja - powtarzają bez końca - to nasz kraj zalałyby hordy „zoofilów", „pedofilów", „roznosicieli pasożytów", „terrorystów", „gwałcicieli", „dilerów narkotyków".

Po drugie, na istnieniu granicy dobrze się zarabia. Przykład z USA: W 1994 budżet amerykańskich służb granicznych i imigracyjnych wynosił ok. półtora miliarda dolarów. W roku 2020 budżet ten urósł do 25 miliardów dolarów. W ostatnim dziesięcioleciu rząd Stanów Zjednoczonych podpisał ponad sto tysięcy kontraktów o wartości 55 miliardów dolarów z prywatnymi korporacjami (między innymi z Northrop Grumman – systemy radarowe, General Atomics – drony, CoreCivic – prywatne więzienia i ośrodki odosobnienia) w celu zbudowania „szczelnej granicy" z Meksykiem. Sektor ten szczodrze sponsoruje kampanie wyborcze zarówno Partii Republikańskiej, jak i Demokratycznej.

 Jestem przekonany, że w Polsce zaraz powstanie odpowiednia pisowska spółka. Za 5, 10 albo za więcej miliardów złotych zaczną fortyfikować granicę z Białorusią.

Będąc nieustannie karmionymi frazesami o konieczności ochrony granic, coraz więcej polityków opozycyjnych, publicystów, dziennikarzy i ludzi niezainteresowanych polityką staje się zakładnikami nielicznych, ale finansowo i politycznie potężnych grup interesu, które umiejętnie podtrzymują przekonanie, że bez murów, zasieków z drutów kolczastych, wież strażniczych, sensorów ruchu, noktowizorów, dronów, wojskowych patroli będziemy w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Nie mówią oczywiście, że to „niebezpieczeństwo" to ludzie, którzy chcą normalnie żyć, pracować i płacić podatki w wyludniającej się Polsce i Europie.

Wznoszenie murów nie rozwiąże problemów dzisiejszego świata. Mury nie są odpowiedzią na biedę i nierówności, na coraz trudniejszy dostęp do zasobów, np. do wody dla miliardów ludzi, na narastające radykalizmy, nacjonalizmy, korupcję polityczną. Nie rozwiążą kryzysu klimatycznego ani dewastacji środowiska naturalnego. Nie zatrzymają wojen ani konfliktów.

Najwyższy czas, żebyśmy przestali poddawać się temu szantażowi.

Najwyższy czas, by runął mur.

Zacznijmy budować świat bez granic.

Tomasz J Niewiarowski, Pennsylvania, USA

listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.