Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Fundacja Ocalenie działa od 2000 r. Pomaga uchodźcom i uchodźczyniom, imigrantom i imigrantkom, repatriantom i repatriantkom budować nowe życie w Polsce. Działa na rzecz dialogu międzykulturowego i wzmacniania społeczeństwa obywatelskiego. Jako pierwsza organizacja pojechała do Usnarza Górnego, gdzie na granicy polsko-białoruskiej przebywała grupa uchodźców. 

Z Kaliną Czwarnóg i Piotrem Bystrianinem z zarządu Fundacji Ocalenie rozmawiają Anita Karwowska i Waldemar Paś

Anita Karwowska, Waldemar Paś: Płakaliście?

Piotr: Dopiero po powrocie do Warszawy, na konferencji pod Sejmem. Nie zabierałem tam głosu, bo wiedziałem, że nie wytrzymam.

Kalina: W Usnarzu.

Piotr: Widziałem, jak płaczesz. To było wtedy, kiedy dostaliśmy informację, że pogorszył się stan zdrowia Pani Gul (52 letnia Afganka). 

Z uchodźcami w Usnarzu nikt nie rozmawiał przez 11 dni

Kiedy przyjechaliście do Usnarza?

Piotr: W środę 18 sierpnia. Zobaczyliśmy informację w internecie o grupie na granicy. Nie mieliśmy tego jak zweryfikować, więc postanowiliśmy pojechać na miejsce. Wzięliśmy wodę, śpiwory, jedzenie, namioty, powerbanki, papier toaletowy, podpaski, kaszki dla dzieci. Wtedy mówiło się, że w grupie są osoby z Iraku i Afganistanu, a wśród nich dwu-trzyletnie dzieci.

Kalina: Zadzwoniłam jeszcze do Darii Gosek-Popiołek, posłanki Razem, która wcześniej nie raz nam pomogła, gdy potrzebowaliśmy interwencji poselskiej w sprawie osób zagrożonych deportacją. Powiedziałam, że za chwilę jedziemy na granicę i zapytałam, czy ktoś z posłanek/posłów może z nami pojechać. Legitymacja poselska otwiera różne drzwi, z nami niekoniecznie ktoś chce gadać, z posłem musi. Pojechał z nami Maciej Konieczny z Razem i jeszcze Tachmina, nasza tłumaczka. Jest z Tadżykistanu, mówi w farsi. 

Piotr: Dojechaliśmy o zmierzchu, byli już tam dziennikarze. Grupa zasłonięta była szpalerem strażników granicznych. Dziennikarzy odsunięto na trzydzieści metrów. 

Kalina: Stanęliśmy jakieś 10-15 metrów od Afgańczyków. Strażnicy próbowali nas odsunąć, ale Maciek Konieczny nalegał, by nas przepuścili. Strażnik chciał nas przestraszyć, mówiąc: nie wiadomo, co ci ludzie zrobią, mogą zacząć nacierać. Zrozumcie nas, mamy rodziny, dzieci, oni mogą być czymś zarażeni, mogą nas zaatakować.

Było już ciemno, zobaczyliśmy, że Afgańczycy mają rozpalone ognisko. Odpuściliśmy. Postanowiliśmy poczekać do rana, z nadzieją, że nowa warta będzie bardziej wyrozumiała i opanowana bo widzieliśmy że funkcjonariusze są bardzo zestresowani. Nie baliśmy się tego co zrobią uchodźcy tylko tego co mogą im zrobić mundurowi.

Piotr: Dziennikarze powiedzieli, że małych dzieci, których płacz wielokrotnie wcześniej słyszeli, już nie ma. Kobiety i dzieci z Iraku prawdopodobnie wróciły na terytorium Białorusi i albo przeszły innym lasem, albo w nim zostały. 

Kalina: Rano przyjechaliśmy z namiotami i innymi rzeczami dla Afgańczyków. Wtedy dowiedzieliśmy się, że są tam od 11 dni, a my jesteśmy pierwszymi osobami, z którymi rozmawiają.

Piotr: Strażnicy stwierdzili, że nie możemy przekazać tych rzeczy, bo to byłby przemyt na Białoruś. Naszym zdaniem oni wtedy byli na terenie Polski, o jakim przemycie więc mowa? Musielibyśmy mieć ponad 100 śpiworów, aby można było mówić o jakimkolwiek przemycie.

Kalina: Znów zainterweniował Maciek Konieczny. Strażnicy zgodzili się, aby dostarczył rzeczy. Kiedy zorientowałam się, co się dzieje, pobiegłam do samochodu po kolejne śpiwory, jedzenie i środki higieniczne. 

Wtedy pojawił się jakiś mężczyzna. Powiedział, że dowiedział się o naszym pobycie w Usnarzu z internetu i przyjechał z Legionowa, aby pomóc. Zapytał, czego potrzebujemy, po czym pojechał i wrócił z samochodem pełnym jedzenia, mydła, papierosów i innych potrzebnych rzeczy. Wszyscy biliśmy mu brawo. 

Maciek to wszystko po kolei nosił. Za każdym razem strażnicy informowali go, że łamie prawo, a on odpowiadał: wiem. Wszystko nagrywali strażnicy. Potem zaczął uprzedzać ich: za chwilę będę łamał prawo. I przechodził. Kursował tak kilkanaście razy. 

Uchodźcy w Afganistanu, w sumie 32 osoby, przetrzymywani na pasie ziemi niczyjej na granicy polsko-białoruskiej. W tym miejscu są od 11 dni, w podróży od 25. Straż graniczna nie wpuszcza ich do Polski, białoruscy pogranicznicy nie pozwalają im wrócić na Białoruś. Usnarz Górny , 19 sierpnia 2021 n/z Tahmina Rajabova i Piotr Bystrianin z Fundacji Ocalenie 0raz poseł Maciej Konieczny ( w środku)Uchodźcy w Afganistanu, w sumie 32 osoby, przetrzymywani na pasie ziemi niczyjej na granicy polsko-białoruskiej. W tym miejscu są od 11 dni, w podróży od 25. Straż graniczna nie wpuszcza ich do Polski, białoruscy pogranicznicy nie pozwalają im wrócić na Białoruś. Usnarz Górny , 19 sierpnia 2021 n/z Tahmina Rajabova i Piotr Bystrianin z Fundacji Ocalenie 0raz poseł Maciej Konieczny ( w środku) Fot. Grzegorz Dąbrowski

Piotr: Zdjęcia satelitarne pokazały, że nie łamał prawa. Obóz był w 75 proc. na polskim terytorium. 

Kalina: Do śpiworów wrzuciliśmy powerbanki, długopisy i pełnomocnictwa do wypełnienia. Okazało się, że jest ich za mało, Maciek mógł je jednak donieść bez przeszkód. 

Kalina Czwarnóg z fundacji OcalenieKalina Czwarnóg z fundacji Ocalenie Fot. Grzegorz Dąbrowski / Agencja Gazeta

Piotr: Poprosiliśmy straż, aby umożliwiła Afgańczykom podejście i przekazanie podpisanego dokumentu. Nie zgodzili się, pełnomocnictwa zebrał od nich Maciek. 

Spytaliśmy uwięzionych ludzi czy chcą w Polsce prosić o ochronę międzynarodową, o status uchodźcy. Gdy powiedzieli, że już o to prosili i że nadal chcą to wytłumaczyliśmy im co powinni zrobić aby mogli zawnioskować o ochronę międzynarodową w Polsce. Zaproponowaliśmy, by pojedynczo, powoli podchodzi do strażników z rękami w górze i powiedzieli, że proszą o ochronę. 

Uprzedziliśmy o tym strażników i przypomnieliśmy, jak zgodnie z prawem powinni się w tej sytuacji zachować. Ale strażnicy zapowiedzieli, że nikomu nie pozwolą przekroczyć granicy. 

Gdy pierwszy z Afgańczyków zaczął iść w ich stronę, to był Muhhamad, zaczęli do niego krzyczeć i położyli ręce na broń. Jeden ze strażników wyciągnął w jego stronę paralizator. Muhhamad cofnął się. 

A gdyby wszyscy jednocześnie próbowali podejść do strażników? Może by się udało?

Piotr: Nie mogliśmy ryzykować, że stanie się komuś poważna krzywda. Te osoby były tak zdesperowane, że gdybyśmy powiedzieli im, że mają iść, to by to zrobiły. Możliwe, że nic by się nie stało i dziś byliby w ośrodku dla cudzoziemców, choć bardziej prawdopodobne, że nawet przy kamerach strażnicy pobiliby ich i cofnęli. 

Strażnicy pobiliby ich przed kamerami? To poszłoby w świat.

Piotr: Głodzenie ludzi też poszło w świat. I nic się nie zmieniło.

Kalina: Pamiętajcie, skąd oni przyjechali. W Afganistanie, jeśli ktoś do ciebie celuje, to nie straszy, ale naprawdę będzie do ciebie strzelał. Nie mogliśmy narażać więc ich na kolejną traumę. 

Piotr: Polska powinna im wszystkim zapłacić odszkodowania za odmówienie pomocy i tortury.

Co działo się dalej?

Kalina: Wróciliśmy na noc do Sokółki. W piątek rano pojawiliśmy się z naszym prawnikiem i prawnikami z Okręgowej Rady Adwokackiej w Warszawie, pełnomocnikami Afgańczyków. 

Piotr: Pełnomocnicy chcieli podejść do swoich klientów, ale strażnicy nie pozwolili na to. Nie podali podstawy prawnej, bo jej nie było. 

Kalina: Adwokaci przez megafon wyczytywali nazwiska poszczególnych osób z grupy. Wtedy każda z nich wstawała i mówiła głośno: I want internacional protection in Poland. Pełnomocnik mówił wtedy, że przychyla się do wniosku i wzywa polskie państwo do przestrzegania prawa klientów. 

Kalina: Niektórzy mówią, że gdybyśmy chcieli kręcić film o Usnarzu, to byłaby to scena kulminacyjna. 

Piotr: Ale nic się nie wydarzyło, pojechaliśmy więc się naradzić do Sokółki. 

Uchodźcy w Afganistanu, w sumie 32 osoby, przetrzymywani w obozowisku w pobliżu Usnarza Górnego na granicy polsko-białoruskiej. Straż graniczna nie wpuszcza ich do Polski, białoruscy pogranicznicy nie pozwalają im wrócić na Białoruś. Usnarz Górny , 19 sierpnia 2021Uchodźcy w Afganistanu, w sumie 32 osoby, przetrzymywani w obozowisku w pobliżu Usnarza Górnego na granicy polsko-białoruskiej. Straż graniczna nie wpuszcza ich do Polski, białoruscy pogranicznicy nie pozwalają im wrócić na Białoruś. Usnarz Górny , 19 sierpnia 2021 Fot. Grzegorz Dąbrowski

Kalina: Maciek Konieczny zdążył przenieść jeszcze wtedy resztę namiotów – łącznie mają ich siedem. Potem już nie mogliśmy niczego podać. 

Piotr: Wieczorem tego samego dnia czekała na nas nie tylko straż, ale już i wojsko, rozstawione 50 metrów od Afgańczyków. 

Kalina: Od kilku godzin lało. Podeszliśmy do żołnierzy z pytaniem, co tu robią. Odpowiedzieli: Pilnujemy własności prywatnej. - To do kogo mam zadzwonić, żebyście tak pilnowali mojego mieszkania? Odpowiedzieli wtedy: takie mamy rozkazy, wy nie wiecie, co to jest rozkaz. 

Ustawili nas pod takim kątem do Afgańczyków, by zasłaniały nam ich krzaki. W deszczu, po ciemku, krzyczeliśmy do nich przez megafon.

Piotr: Wtedy jeszcze nas nie zagłuszali. 

Sytuacja migrantów w okolicach Usnarza GórnegoSytuacja migrantów w okolicach Usnarza Górnego Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Gazeta

Kalina: Kiedy wróciliśmy z Sokółki następnego dnia, Straż Graniczna nie pozwoliła nam przekroczyć strumyka – czyli zostaliśmy odsunięci od Afgańczyków na 160 metrów. Wiedzieliśmy już, że musimy zostać na miejscu, aby nie wypchnęli nas dalej. Rozstawiliśmy pierwszy namiot. 

Piotr: Zaczęło pojawiać się coraz więcej osób, m.in. aktywiści zwykli obywatele i obywatelki. Obóz zaczynał mieć swój rytm, podzieliliśmy zadania, określiliśmy sposób działania.

Jakie zadania? 

Piotr: Obserwacja terenu przez lornetkę, prowadzenie godzinnego raportu, zapisywanie rozmów tłumaczy z Afgańczykami. 

Kalina: Było nas już ok. dwudziestu osób. Ludzie zaczęli ogarniać nam różne rzeczy. Strajk Kobiet przywiózł nam toi-toi. Obóz dla Puszczy gotował nam wegańskie jedzenie. Nie było zasięgu, więc ludzie zaczęli nam organizować internet, telefony satelitarne. Nagle okazało się, że tyle osób włączyło się zupełnie bezinteresownie.

Chcę podziękować dziennikarkom i dziennikarzom, którzy byli w Usnarzu. Byli bardzo zaangażowani, pomagali nam, przynosili jedzenie, dostarczali informacje o błąkających się uchodźcach. Wcześniej miałam do dziennikarzy sporo dystansu, często zachowywali się jak harpie, ale tu mam wyłącznie dobre doświadczenie. 

Piotr: Tłumaczyliśmy zasady działania, bo w ludziach narastała frustracja. Nie mogli pogodzić się z tym, że to zaledwie 160 metrów, a nie mogą nic zrobić dla osób potrzebujących pomocy. Studziliśmy emocje, tłumaczyliśmy, że nie należy eskalować sytuacji, prowokować mundurowych. 

Mnóstwo ludzi próbowało się z nami skontaktować telefonicznie i przez sieć. Codziennie do fundacji dzwoniła była więźniarka obozu koncentracyjnego, która relacjonowała, jak próbuje działać, np. interweniowała w biurach poselskich, próbowała poruszyć różne środowiska. 

Kalina: Bardzo dużo do nas pisało w sprawie kota i dronów. Aby go nakarmić, albo chętni do przygarnięcia ich. I mnóstwo maili: a nie myśleliście o dronach? 

Jak kłamały polskie władze

Piotr: Ważnym momentem była wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, który kazał zapewnić państwu polskiego polskiemu dostęp do jedzenia, leków wody, pomocy medycznej i schronienie tym osobom. 

Kalina: Cieszyliśmy się. Naiwni. Byliśmy przekonani, że władze ich nakarmią. Myśleliśmy też, że wyślą swojego lekarza. 

Piotr: Ale rząd zaczął wtedy propagandę, że to nie uchodźcy, ale statyści zainstalowani na granicy przez reżim Łukaszenki. 

31 sierpnia 2021, Usnarz Górny. Komunikacja z grupą 32 Afgańczyków i Afganek, koczujących na granicy już ponad trzy tygodnie, nie jest łatwa. Pogranicznicy i wojsko odsunęli dziennikarzy i działaczy organizacji humanitarnych na 200-300 metrów od obozowiska, dostępu do niego broni podwójny kordon mundurowych.31 sierpnia 2021, Usnarz Górny. Komunikacja z grupą 32 Afgańczyków i Afganek, koczujących na granicy już ponad trzy tygodnie, nie jest łatwa. Pogranicznicy i wojsko odsunęli dziennikarzy i działaczy organizacji humanitarnych na 200-300 metrów od obozowiska, dostępu do niego broni podwójny kordon mundurowych. Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Gazeta

Były też informacje o tym, że jedzenie dostarcza Białoruś, że osoby w tej grupie się wymieniają.

Kalina: – Kłamstw było więcej.

Nie wierzę w żadne słowo Straży Granicznej w tej sprawie, bo kiedy stałam 15 metrów od tych pięciu kobiet będących w tej grupie, rzeczniczka SG zapewniała, że tam nie ma ani jednej kobiety.

Piotr: – Tak samo, jak to, że twierdzili, że to osoby z Iraku, a my rozmawialiśmy z nimi w farsi, którym mówią Afgańczycy. 

Kalina: – Różnica między arabskim, którym posłuje się Irakijczyk, a farsi jest taka, jak między polskim a hebrajskim. To są zupełnie inne grupy językowe.

Piotr: – Nieprawdą było też stwierdzenie, że ta grupa nie jest na terenie Polski. Skoro dwukrotnie przepuszczono do nich przedstawiciela rzecznika praw obywatelskich, to znaczy, że musiało to się dziać na naszym terytorium. Kłamstwa rządu obnażyły też opublikowane zdjęcia satelitarne.

W czym jeszcze polskie władze i Straż Graniczna kłamały?

Piotr: – Kolejny fake news dotyczy tego, że te osoby się zamieniały. To cały czas była ta sama grupa, jeśli ktoś znikał, to np. mężczyźni, którzy szli po wodę do kanałku melioracyjnego.

Kalina: – Mieliśmy ich zdjęcia, w identyfikacji pomogły nam ich rodziny będące w Afganistanie, albo już w innych państwach. Sprawa była bardzo medialna na całym świecie, niektórzy więc kontaktowali się z nami, bo zobaczyli swoich bliskich w mediach.

Piotr: – Absurdalne było to, że ktoś przebywający w Kabulu zajętym przez talibów martwił się o kogoś, kto jest na polskiej granicy.

Kalina: – Sporo dowiedzieliśmy się podczas tych rozmów prowadzonych na odległość. Poznaliśmy ich zawody, np. Muhhamad, lat dwadzieścia kilka, jest krawcem. Szyje płaszcze i spodnie. Powiedział tłumaczce, że jej taki uszyje, jak się stąd wydostanie. Facet od trzech tygodni głodujący, marznący, chory miał siłę coś takiego powiedzieć. 

Piotr: – Bardzo dużo udało się nam w komunikacji. Mimo tego, że zwykle wyglądało to tak, że tłumaczka zdążyła zadać jedno pytanie, ludzie odpowiedzieli i wtedy SG włączała silniki w ciężarówkach, a nawet syreny. Widziałem, jak w tych funkcjonariuszach rodziła się taka chora inwencja. Czasem próbowali nas zasłaniać, uniemożliwiali nawet obserwację przez lornetkę. Zapytałem wtedy policjanta: naprawdę ma pan rozkazy, żeby tak nam przeszkadzać? Przestał.

Co mogliście zrobić, gdy słyszeliście te kłamstwa polskiej władzy?

Piotr: – Zależało nam wtedy na tym, by pokazać, że to są konkretni ludzie: z imieniem, zawodem, chcący nam coś powiedzieć. 

Dopytywaliśmy ich, czy chcą wiedzieć, co aktualnie dzieje się wokół. Chcieli, więc przekazywaliśmy im informacje, również o wyroku trybunału, z którego bardzo się ucieszyli. Raz zapytaliśmy ich, czy puścić im muzykę afgańską, którą mieliśmy ze sobą. Chcieli. Ale zagraliśmy ją jeden raz, bo było coraz gorzej. Chorym ludziom, pijącym brudną wodę, trudno proponować muzykę.

Kalina: – Byli coraz bardziej chorzy, każdego dnia nowe objawy, więcej chorych osób. Jedna osoba miała astmę, inna prolem z kręgosłupem. Dziesięć osób miało krew w moczu, mieli biegunkę, gorączkę. Dwie osoby miały problemy z oddychaniem. 

Opowiedzcie o tłumaczkach.

Kalina: – Są wspaniałe. Tahmina, Mehdie, Ola, Karolina. Tahmina jest z Tadżykistanu, Mehdie jest Iranką. Ale byli też faceci: Atif, Bartek i Mateusz. Najlepiej było słychać pod wieczór, wtedy prowadziliśmy najwięcej rozmów. 

Mieli najtrudniejszą rolę, bo musieli udźwignąć ciężar relacji, więzi z osobami. Najgorzej miała Tahmina, ona była najbliższej nich, z 10-15 metrów. Rozmawiała z mężczyznami i kobietami, potem wychodzili na rozmowy już tylko mężczyźni. 

Zaskoczyła was informacja o planach wprowadzenia stanu wyjątkowego?

Piotr: – Nie spodziewałem się, ale to dobitnie mi uświadomiło, jak bardzo rząd nas i mediów tam nie chciał. 

Co się działo w ostatnich godzinach waszej obecności w Usnarzu?

Piotr: – Wyjaśniliśmy im, że jest wprowadzony stan wyjątkowy, że musimy odejść. Ale nie zapomnimy o nich, będziemy dalej walczyć o nich. Ale tu zostaną sami. Przeprosiliśmy ich za to. 

Kalina: – Byli zasłonięci przez ciężarówki, więc aby z nami porozmawiać, musieli przejść na bok. Czasem przychodził jeden mężczyzna, czasem dwóch lub trzech. Ci, którzy mieli siłę. Ale tamtego ostatniego wieczoru pokazało nam się więcej osób. 

Co wam powiedzieli?

Kalina: – Podziękowali. 

Piotr: – Mieliśmy czas do północy na opuszczenie terenu, ale już wcześniej policja ustawiła samochód z wielkim głośnikiem do rozpędzania demonstracji. O godz. 23 zaczęli go podłączać, dlatego uznaliśmy, że odjeżdżamy, aby nie budzić Afgańczyków. 

Dlaczego nie wyłamał się żaden strażnik, żaden żołnierz, żaden policjant?

Czy kiedykolwiek udało się wam porozmawiać ze strażnikiem granicznym albo żołnierzem pilnującym tej grupy? 

Kalina: – Raz spotkałam superżołnierza. Nie wiem, jakiej formacji, bo nie mieli żadnych odznaczeń. Gdy z tłumaczką nie dosłyszałyśmy czegoś, to on nam podpowiadał, by powiedzieć Afgańczykom, by zdjęli maseczki, to będziemy lepiej słyszały. Kiedy przyjechał poseł Winnicki, ten żołnierz spojrzał się i powiedział: "Cyrk przyjechał." 

Ale to wyjątek. 

Kiedyś do koleżanki podszedł strażnik już w cywilu po pracy, żaląc się, jak jest mu ciężko, że żona mu mówi, by rzucił tę pracę. Takie tłumaczenie mnie nie przekonuje. Możesz wziąć zwolnienie lekarskie, urlop. Wiesz przecież, po co jedziesz do tego Usnarza. Nie znajduję wytłumaczenia na ich zachowanie. 

Ktoś skorzystał z takiej możliwości, uchylił się od służby w Usnarzu? 

Piotr: – To zwykle były te same twarze, nie było rotacji. Kiedyś z frustracji proponowałem policjantom, by wzięli L-4, ale nie robili tego. Jestem tego samego zdania, co Kalina: to ich wybór, żeby tam być. Przez pewien czas kupowałem ich tłumaczenie, że takie mają rozkazy. Później już nie. W prawie jest tak, że jeśli rozkaz jest nielegalny, masz obowiązek odmówić.

Życzę sobie i społeczeństwu, by ci funkcjonariusze ponieśli prawne konsekwencje swoich działań. Nie tylko dowódcy, ale też ci szeregowi.

Jeśli tak się nie stanie, to w kolejnych podobnych sytuacjach inni nie będą się bali, bo będą wiedzieli, że są kryci. Przyjedzie minister i wręczy nagrody, a neonaziści przyjadą bić im brawo. Nie tylko nie udzielali pomocy, ale też uniemożliwiali innym jej udzielenie. 

Kalina: – Marzyłam o takiej, niemal filmowej scenie: jakiś strażnik czy policjant wyłamuje się  z tego kordonu i mówi: pier... to, wchodźcie do Polski! Ach, jakim on byłby bohaterem! Nie sądzę, by taka osoba nie znalazła pracy. Wręcz przeciwnie, w wielu miejscach przyjęliby ją z otwartymi ramionami, w niejednym NGO-sie. Jedna osoba mogłaby tyle zmienić, ale oni się tak boją.

Boją się czy wierzą w to, co robią?

Kalina: – Czasem Afgańczycy mówili po angielsku do strażników, że są głodni, prosili o pomoc. Strażnicy nie odpowiadali na to, ale widziałam łzy w oczach niektórych z nich. Czy policjantka, która płacze, bo nie może przepuścić lekarza do ciężko chorej osoby, wierzy w tym momencie w to, co robi? Według mnie to presja i strach.

Znacie ich personalia, osób w mundurach?

Piotr: – Tak, części. Ale to jest do ustalenia.

Co się działo, gdy próbowaliście rozmawiać z funkcjonariuszami?

Piotr: – Nie było rozmów. Ale np. gdy padał deszcz, to obiecywaliśmy, że nie będziemy próbować się przedostać, że przynajmniej część z nich może się schować przed deszczem. 

Kalina: – Opowiadałam strażnikom – zmieniali się co godzinę – wszystko, co usłyszałam od tłumaczy. Że dziesięć osób ma krew w moczu, że wszyscy są chorzy, mokrzy, że nie jedli od wczoraj. Za każdym razem bez reakcji. 

Piotr: – Zamieniłem kilka zdań z dowodzącymi. Jak zapadł wyrok w Strasburgu, to wieczorem, gdy media już wyłączyły kamery i telefony, poszedłem do strażników granicznych z torbą jedzenia i wodą, wyjaśniając, że jest taki wyrok Trybunału i Polska ma obowiązek przekazać pożywienie i leki tym osobom. Zostawiłem tę torbę, ale nikt im jej nie podał. Bali się. 

Strażnicy nigdy nic nie przekazali? 

Piotr: – Nim pojawiło się więcej mediów, to strażnicy trochę pomagali, np. robili dla nich jajecznicę, przekazywali jedzenie od miejscowych, sami im kupowali jakieś jedzenie – nie za pieniądze podatników, ale własne lub miejscowej ludności.

Ale na dobę przed naszym przyjazdem poszedł rozkaz, żeby niczego im nie przekazywać. Od tego momentu uchodźcy dostawali tylko nieco pomocy od Białorusinów. 

Jak oceniacie działanie PCK wobec Usnarza?

Piotr: – PCK nie ma co oceniać, bo tam nie działa. Jest tam Białoruski Czerwony Krzyż, który dostarczył tym ludziom ubrania, pastę i szczoteczki do zębów, śpiwory, jedzenie. 

Kalina: – Bardzo mało jedzenia.

Pod koniec były to na dobę trzy bochenki chleba i 500 g kaszy na 32 osoby. Rozgotowywali ją w 4 litrach wody i dzielili się tym. To ten ciepły posiłek, o którym mówiła nasza Straż Graniczna.

Kobiety jadły i piły bardzo mało, aby jak najrzadziej się załatwiać. Wielokrotnie sygnalizowały nam, że wstydzą się to robić na oczach mężczyzn ze swojej grupy i żołnierzy. 

Próbowaliście się kontaktować z Frontexem?

Piotr: – Frontex to agenda unijna mająca uszczelniać granice. Oni nie sprawią, że SG zacznie przestrzegać praw człowieka. Moje oczekiwanie jako obywatela UE wobec Frontexu jest takie, że jeśli wie o łamaniu praw człowieka na terenie Unii, to interweniuje. A tu nic takiego się nie stało, co znaczy, że działania polskich służb były im na rękę. 

Jak działa Ocalenie?

Czy opowiecie nam o sobie? 

Kalina: – Pracuję w Ocaleniu od dziesięciu lat. Zaczynałam jako wolontariuszka. Jestem z Grochowa, jedynaczka. Po studiach na orientalistyce, na kierunku kulturoznawstwo Azji i Afryki. W 2010 r. pojechałam do Syrii, aby uczyć się tam arabskiego. Tamta Syria, a raczej Syryjczycy, byli wspaniali. Oczywiście można było odczuć na każdym kroku, że to kraj reżimowy, ale relacje z ludźmi były wspaniałe. 

Rok później zaczęła się w Syrii wojna. Ocalenie szukało w tym czasie wolontariuszy do nauki polskiego uchodźców. Myślałam, że może chociaż w ten sposób pomogę Syryjczykom, ale okazało się, że nie ma ich zbyt wielu w Polsce. 

To twoja pierwsza praca?

Kalina: – Wcześniej pracowałam w urzędzie miasta, prowadziłam warsztaty i uczyłam dzieci jeździć konno.

Nadal jeździsz? 

– Tak, mam dwa konie.

Opowiesz o nich?

– Ciężko rozmawiać mi z laikami o koniach, bo mam wrażenie, że albo używam za prostego, albo zbyt specjalistycznego języka. I że to nudne dla osób, które nie interesują się końmi. 

Piotr, a ty od jak dawna jesteś w fundacji?

Piotr: – Od 16 lat. Wychowałem się na Powiślu, ale nie jestem fanem Legii, bo nie interesuję się piłką nożną, choć jakbym miał komuś kibicować, to AKS Zły. Relaksuje mnie wysiłek fizyczny, ostatnio świetnie czułem się podczas koszenia trawy kosą ręczną. Może takie zacięcie do prac fizycznych mam po mamie, która zajmuje się renowacją przeróżnych rzeczy. 

Studiowałem psychologię międzykulturową na SWPS. Na jedne zajęcia przyszła uchodźczyni z Czeczenii, zainteresowało mnie to. Dowiedziałem się, że Fundacja Ocalenie szuka psychologów, więc zgłosiłem się, chociaż byłem jeszcze na studiach. Pomogłem im znaleźć jeszcze innych psychologów i po ekspresowym wolontariacie zaproponowali mi pracę w ośrodku dla uchodźców w Czerwonym Borze. 

Potem pomagałem pisać projekty, szukać środków. Prowadziłem warsztaty, konsultacje psychologiczne, interwencje kryzysowe w domach naszych klientów. 

Od 2010 jestem w zarządzie, a od 2013 r. prezesem zarządu. Dużo czasu poświęciłem na rozwój Centrum Pomocy Cudzoziemcom, teraz świetnie koordynuje je Ania – koleżanka z zarządu, która zmieniała nas w Usnarzu. Prowadzę program Witaj w Domu dla uchodźców zagrożonych bezdomnością. Osoba objęta tym programem dostaje wsparcie asystenta rodziny, dopłaty do mieszkań. 

W tym czasie skończyłem szkołę trenerską i zacząłem prowadzić warsztaty o uchodźcach, o traumie, jak pracować z uchodźcami dla innych organizacji, wolontariuszy, ale też dla policji, Straży Granicznej w czasach, gdy jeszcze ta współpraca istniała. 

Na czym polegała taka współpraca?

Piotr: – Np. Straż Graniczna kontaktowała się z nami, bo miała jakichś ludzi, których już musiała wypuścić ze swojej placówki po deportacji np. z Niemiec, bo przeszli już w Polsce całą procedurę, ale nie należała się im żadna pomoc. Strażnicy zrzucali się na bilety dla jakiejś rodziny z dziećmi, by mogła dojechać do Warszawy i tu dostali u nas pomoc.

Kalina: – Kiedyś nasza fundacja miała więcej grantów państwowych czy unijnych, które przyznaje MSWiA, choć cudzoziemcy nigdy nie byli priorytetem dla żadnej władzy. Cezurą są lata 2015/2016, gdy rozpoczęła się kampania polityczna przeciw uchodźcom. MSWiA zamroziło unijne fundusze i przestało rozpisywać konkursy.

Władza jest wobec was neutralna, uciążliwa? Nasyła kontrole, utrudnia pracę? 

Kalina: – W 2016 r. mieliśmy osiem kontroli, z czego pięć w grudniu. To może sparaliżować działanie fundacji. 

Piotr:

Różnica między okresem przed 2015 r. a obecnymi latami jest taka, że uchodźcy wcześniej nie byli używani do polityki. Po prostu byli ignorowani.

Paradoksalnie, od kilku lat imigrantów jest bardzo dużo, bo państwo pomimo swojej ksenofobii i antyuchodźczości zabiega o imigrantów, żeby ratowali gospodarkę. Ale odmawia pomocy uchodźcom.

W ostatnich latach z roku na rok wygląda to jednak coraz gorzej. Po 2017 r. liczba wniosków o ochronę międzynarodową drastycznie spadła. Z 12 tys. rocznie do czterech tysięcy. Pushbacki na przejściach granicznych trwają od dawna. Władze mówią, że przecież każdy może zgłosić się na przejście graniczne i tam wnioskować o ochronę prawną. To bzdura, bo tam ludzi odpychają i nie przyjmują wniosków od lat.

Co zrobiliście, kiedy państwo zmniejszyło finansowanie z grantów na pomoc cudzoziemcom? 

Kalina: – Stanęliśmy przed zagrożeniem, że będziemy musieli zamknąć większość działań, czyli przestać prowadzić sprawy klientów, psychoterapię. Zaczęliśmy więc bardzo mocno rozwijać foundrising, promocję i komunikację. Program "Witaj w domu" finansowany jest właśnie z darowizn. Odwróciliśmy proporcje, już nie 75, ale połowa, czasem nawet mniej finansowania to środki publiczne, reszta to darowizny.

Ilu osobom rocznie pomagacie?

Kalina: – To dwa-trzy tysiące rocznie. W Warszawie i w Łomży,  a teraz otworzyliśmy też punkt w Łodzi. 

Jak trafiają do was?

Piotr: – Czasem kierują ich inne organizacje, ośrodki pomocy społecznej, ich znajomi. Mamy dużo więcej potrzebujących pomocy niż pozwala nam nasz budżet. W trakcie jednej z niedawnych rekrutacji na nasze kursy języka polskiego na 400-500 miejsc zgłosiło się 4000 osób – bez żadnej dodatkowej promocji. To pokazuje, jak duże są potrzeby i jak mało robi państwo, bo darmowych kursów języka polskiego jest jak na lekarstwo. Więcej od rządu starają się robić samorządy.

O osobach, którym pomagamy mówimy klienci. Wszystko im gwarantujemy za darmo, ale trzymając się zasady, że każdy powinien dostać usługę takiej jakości, jakby za nią płacił. Bardzo staramy się o to, by zachować godność tych osób i ich bezpieczeństwo. Zwykle przy naszych działaniach nie zobaczy się od razu fotoreportażu z twarzami naszych klientów, na naszej stronie nie ma za dużo zdjęć, co jest celowe. 

Kalina: – To bardziej podmiotowe niż mówić o tych osobach podopieczni czy beneficjenci. 

Piotr: – Wspieramy, ale zależy nam zawsze, by osoba, której pomagamy, jak najwięcej zrobiła samodzielnie. 

Jak duży macie zespół?

Piotr: – Na stałe w fundacji pracuje 50 osób, do tego 120-170 wolontariuszy rocznie. Nie dążymy do tego, by mieć jak najwięcej klientów. Udzielamy w dużym stopniu pomocy specjalistycznej, długoterminowej, zdarza się, że wiele lat zajmujemy się jakąś rodziną. Chodzi więc o to, by pomoc była jak najbardziej skuteczna i profesjonalna. Specjalizujemy się w pomocy dla osób, które są rzeczywiście w bardzo trudnej sytuacji. Oczywiście, mamy osoby, które przyjdą raz po poradę, ale często ta pomoc jest długofalowa. 

Kim są ludzie, którzy zgłaszają się do Was na wolontariat? 

Piotr: – Rekrutujemy wolontariuszy na określone programy. 

Kalina: – Odpowiadam za to. W pandemii wolontariat siadł. A dzisiaj to klęska urodzaju ze względu na Usnarz i uchodźców z Kabulu. W sierpniu chciałyśmy znaleźć ok. 35 osób do jednego z programu, a zgłosiło się ponad 50. 

Kto się zgłasza?

Kalina: – Kiedyś to była głównie młodzież i studenci, ale od 2015 r. pojawia się coraz więcej starszych osób: seniorek, ale też 30-40-latków, którzy chcą robić coś, co nadaje sens ich życiu. To często osoby, które chcą działać w odruchu sprzeciwu wobec tego, co mówi i robi w sprawie uchodźców obecny rząd. Nie chcą komentować polityki na Facebooku, chcą działać. Być zmianą, którą chcą wiedzieć w swoim otoczeniu. 

Wystarczy, że wrzucimy ogłoszenie na nasze social media i sypią się zgłoszenia. Sprawa Usnarza bardzo zwiększyła zainteresowanie naszymi kontami. Instagram miał 1700 obserwujących, obecnie ma 18 tys. Facebook miał 18 tys., obecnie ponad 30 tys. 

Wspiera was biznes?

Piotr: – Tak, m.in. bankowa Fundacja BNP Paribas wspierająca nasz program pomocy dzieciom i młodzieży uchodźczej, ale współpracujemy też z Ikea, dzięki której mogliśmy znacznie więcej pomóc rodzinom uchodźczym doświadczającym kryzysu związanego z pandemią. 

Im większą nagonkę na uchodźców rozkręca rząd, tym wy dostajecie większe wsparcie do działania? 

Kalina: – Od czasów kobiecych protestów po wyroku TK w sprawie aborcji oraz z powodu nagonki na osoby LGBT coraz bardziej rośnie świadomość społeczna na temat tego, co robią NGO-sy i do czego są potrzebne, że są dziś bastionem obywatelskości, że to my dbamy o prawa człowieka, kiedy państwo o nie nie dba. Ludzie zaczęli rozumieć, że warto wspierać organizacje pozarządowe. 

Może tylko w warszawskiej bańce?

Kalina: – Nie tylko. Jest taki pan, który co miesiąc od czterech lat przesyła nam po złotówce. Uważam, że to wspaniałe. Widocznie akurat tyle ma. Niektórzy odpisują końcówki od pensji i przekazują nam.

Małe poparcie dla pomocy uchodźcom. Dlaczego?

Dlaczego kiedyś państwo polskie przyjęło ponad 100 tys. Czeczenów, a dzisiaj byłoby to niemożliwe?

Kalina: – To mit. Rzeczywiście przyjechało tu ponad 100 tys. czeczeńskich uchodźców, ale zostało w Polsce tylko kilka tysięcy. Większość z tych osób dostała negatywne decyzje, albo wyjechała do innych krajów, bo tu nie mogli na nic liczyć, a państwo zniechęcało ich jak mogło, by nie zostali w Polsce. 

Piotr: – Jeśli spojrzymy na statystyki pokazujące, ile osób wnioskuje, a ile otrzymuje status uchodźcy w Polsce, to bez względu na to, czy przyjeżdżało 4, 10, czy 15 tys. osób rocznie, to dostaje ten status ok. 300-400 osób. Państwo stosuje ustalony, nieoficjalny limit. 

Dlaczego w katolickiej Polsce tak trudno o chrześcijańskie miłosierdzie, czyli o pomoc potrzebującym ludziom?

Piotr: – Retoryka antyuchodźcza pomogła PiS-owi wygrać wybory, więc sięga po sprawdzoną metodę. I ludzie nie widzą, że to jest nielogiczne. Jednocześnie pozwalamy, by samolotami przylatywali Afgańczycy z Kabulu bez specjalnej kontroli tych osób, a nie chcemy przepuścić głodujących osób, które są na granicy, również z Afganistanu. 

Ale skoro sprowadzamy dziesiątki tysięcy osób do pracy, to czemu jest problem z uchodźcami?

Kalina: – Setki tysięcy.

Piotr: – Imigranci są potrzebni gospodarczo, więc dla tej władzy to zło konieczne. Potrzeba taniej siły roboczej, społeczeństwo się na to godzi i rozumie. A jednocześnie, aby ta władza mogła podtrzymać mit obrońców przed zagrożeniem, wybrała sobie do tej opowieści uchodźców koczujących w Usnarzu.

Nie umiemy zrozumieć, dlaczego tak się dzieje?

Piotr: – Może chodzi o chore ambicje władzy, bo wytykaliśmy jej, że łamie prawo? A ta władza nie lubi, jak się jej wytyka, że coś źle robi. Działanie państwa w tej sprawie odebrałem osobiście jako pokazanie obywatelom i organizacjom społecznym, że nic nie znaczymy. 

Kalina: – Nie będą nam obywatele, żadna fundacja czy telewizja mówiła, co mamy robić. 

I nikt nie dostrzega tej hipokryzji?

Kalina: – Widzę nie tylko winę PiS, który przez te lata szczuł na uchodźców, ale też w bierności poprzednich rządów, braku edukacji naszego społeczeństwa. Szczucie padło na podatny grunt, bo zabrakło w Polsce edukacji antydyskryminacyjnej, równościowej. Ludzie nie mieli świadomości, co się dzieje na świecie, dlaczego ludzie uciekają.

A co z jednym dodatkowym nakryciem przy wigilijnym stole? Wydawałoby się, że w naszym kodzie kulturowym jest pomaganie potrzebującemu.

Piotr:

 – Ilu Polaków rzeczywiście zaprosiłoby kogoś z ulicy do stołu wigilijnego, a nie zadzwoniło na policję, że jakiś obcy człowiek nachodzi ich w wigilię? Stawiamy to dodatkowe nakrycie, bo tak się przyjęło? Mam obawy, że wielu raczej wezwałoby policję niż wpuściło obcą osobę do domu.

Kalina: – Może niekoniecznie? Na Podlasiu, tradycyjnie głosującym na PiS, ludzie pomagają tym błąkającym się uchodźcom. Mówią, że dali im koc, wodę, jedzenie. Kiedy konkretny człowiek stoi przed tobą i słania się ze zmęczenia, to pomożesz. 

W stanie wojennym dziesiątki tysięcy Polaków uciekało za granicę, osiedlali się w Niemczech, Austrii, brali tam zasiłki. Dziś nie pamiętają tego, że sami dostali pomoc?

Piotr: – Może akurat wielu z tych osób w Polsce nie ma do dziś. Ale zgodzę się z Kaliną, że chodzi głównie o to, że nie znamy innych.

Kalina: – Kiedyś na nasze warsztaty na Mazurach przyszło dwóch chłopaków z Młodzieży Wszechpolskiej. Chyba po to, żeby nas strollować. Na koniec szkolenia głos zabrały dwie siostry Czeczenki. Jedna w chuście, druga bez. Ci chłopcy zostali jeszcze po warsztatach, dopytywali dziewczyn, kiedy znowu przyjadą, zaoferowali, że mogą im pokazać miasto. 

Piotr: – Brakuje w Polsce polityków, którzy mieliby na względzie dobro drugiego człowieka i dobro społeczne. Oczywiście, politycy patrzą na sondaże, ale też kreują nastroje społeczne. Jeśli ktoś słyszy, że trzeba nas przed czymś bronić, to zaczyna się bać, nawet jeśli to zagrożenie wykreowane. Większość opozycji w dużej mierze lawiruje w temacie uchodźców. Z jednej strony chce pomóc, ale też mówi o zagrożeniach. 

Kalina: – Przed wyborami 2015 r. premierka Polski Ewa Kopacz gdy mówiła o tym, że przyjmiemy uchodźców, to cały czas podkreślała: nie bójcie się, zadbamy o wasze bezpieczeństwo. Podświadomie straszyła. Gdy teraz mówi się o wojnie hybrydowej, to znów straszy się ludzi. Przecież jest pokój. 

Skąd czerpiecie empatię, umiejętność wyobrażenia sobie potrzeb osób, którym pomagacie? 

Piotr: – Wydaje mi się, że naszą mocną stroną jest zespół. Przyjmujemy do nas osoby nie tylko kompetentne, ale co do których mamy przekonanie, że podzielają naszą wizję pomagania i w ogóle działania. Bardzo ważny jest dla nas język, używamy męskich i żeńskich końcówek, angażujemy się w walkę o prawa osób LGBT, nie możemy jako organizacja pomagająca imigrantom i uchodźcom być niewrażliwym na inne dyskryminowane grupy. 

Kalina: – Staramy się uczyć od innych organizacji, podpatrujemy, jak oni działają. Podpatruję feministyczne kolektywy czy LGBT. 

Piotr: – Dbamy o siebie i pracowników. Teraz po Usnarzu musimy przeprowadzić rozmowy z psychologami, bo to było dla nas wszystkich bardzo trudne.  

Piotr: – Łudziłem się, że jak znikną z Usnarza kamery, to wpuszczą ich. Ale szybko przestałem się łudzić. 

Kalina: – Zostawiliśmy im gar jedzenia, leki, pokarm dla kota. Powiedzieliśmy Straży: wychodzimy, nie wrócimy tu, nie ma żadnych kamer, jest ciemno, zostawiamy wam to dla nich. Nie wiemy, czy przekazali. 

Piotr: – Namawiamy RPO, by jego przedstawiciel był na stałe na terenach stanu wyjątkowego. Ma do tego mandat.

Co dalej?

Piotr: – Działamy, ale nie chcemy o tym opowiadać, aby nie zaszkodzić sprawom.

Kalina: – Mieliśmy niedawno kontakt z grupą z Konga, którą Straż wywiozła na granicę. Najpierw zaproponowali, aby schowali się w jakimś opuszczonym domu przy granicy, to będzie im cieplej. Bali się, bo nie wiedzieli, co się tam z nimi stanie. 

Kiedy byli zatrzymani po raz pierwszy, jedna kobieta z tej grupy była w takim stanie, że została zabrana do szpitala. Po czym z tego szpitala została wywieziona do lasu. 

Piotr: – Widzieliśmy dzień w dzień polską SG łamiącą prawo. Gdy teraz Straż pisze na swoim Twitterze, że nie robią nic nielegalne, chce mi się śmiać. Kiedy na początku dzwonili do nas mieszkańcy tamtych terenów z pytaniem, co robić, radziliśmy, by zadzwonili do SG. Teraz już tego nie robimy, bo widzimy, że strażnicy wywożą tych uchodźców do lasów. 

To dla mnie trudne.

Nigdy nie byłem fanem Straży Granicznej, ale ta sytuacja jest dla mnie szokująca. To łamanie praw człowieka o nieznanym nam wcześniej poziomie. Naprawdę nie wiem, czym w tym momencie różnimy się od jakiegoś reżimu? Chyba tylko tym, że jeszcze po nas nie przyszli?

Czym to się skończy?

Piotr: – Możliwe, że osoby z Usnarza będą wolały wrócić do Afganistanu, narażając się na śmierć, niż próbować przejść polską granicę, ale z ostatnich informacji jakie mamy wynika, że białoruscy mundurowi nie chcieli ich stamtąd wypuścić ani pozwolić pójść do przejścia granicznego. Jeśli kogoś z tej grupy trzeba będzie reanimować, to prędzej pozwoli na to Białoruś niż Polska. W polskie służby nie wierzę. Mówimy o nieznanym mi wcześniej stopniu demoralizacji i łamania podstawowych zasad człowieczeństwa.

W niedzielę 19 września ujawniono informacje o śmierci czworga cudzoziemców przy granicy, w tym trzech osób na polskim terytorium i jednej kobiety, której ciało znaleziono  metr od Polskiej granicy.

Piotr: – Przy ciele tej zmarłej kobiety stali mąż i kilkoro dzieci. Z publicznych wypowiedzi SG wynika, że polscy funkcjonariusze od rana widzieli, że na granicy jest ta rodzina i że kobieta leży nieruchomo, ale nie próbowali im pomóc, a tylko dzwonili do białoruskiej straży granicznej.

Gdy białoruscy pogranicznicy dotarli tam po kilku godzinach to kobieta nie żyła. Pewnie nigdy nie dowiemy się, czy polscy funkcjonariusze mogli uratować jej życie, ale koszmarne jest to, że nawet nie próbowali. 

Mamy jesień, temperatura spada. Jeśli stan wyjątkowy będzie przedłużony i władze nie tylko nie będą udzielać uchodźcom pomocy, ale będą też nam uniemożliwiać tę pomoc, to śmierci będzie więcej.

Czy chcecie coś jeszcze powiedzieć?

Piotr: – Na granicy często słyszeliśmy od mundurowych, że robią coś, bo takie mają rozkazy. Na przykład gdy nie pozwalali nam dać ludziom jedzenia lub dopuścić do nich lekarki. Myślę, że rozkazami często tłumaczyli się też naziści na powojennych procesach i jeśli ktoś ryzykuje życiem kogoś w potrzebie, bo takie ma rozkazy to znaczy, że wyłączył w sobie człowieczeństwo.

Natomiast bardzo pozytywne jest to, że w tej koszmarnej sytuacji bardzo wielu obywateli i obywatelek z własnej inicjatywy stara się pomagać ludziom, którzy uciekają do Polski w poszukiwaniu ochrony przed zagrożeniem. 

Ponieważ ludzie zobaczyli przy granicy nie jakichś wymyślonych strasznych uchodźców, którymi od 2015 straszy nas rząd, a żywych ludzi potrzebujących pomocy, to uruchomiło to w części społeczeństwa współczucie i odruch pomocy – tych osób już tak łatwo nie da się straszyć uchodźcami.

Po pobycie przy granicy mam tego mnóstwo przykładów. Dobrze pamiętam jednego pana, który ile razy mnie widział, to pytał o to, jak ci ludzie w Usnarzu? Czy nadal ich tam trzymają i nie dają jedzenia – cały czas się o nich martwił i gdyby mu pozwolono, to pierwszy by zaniósł im jedzenie i wodę, bo takie są normalne ludzkie odruchy.

Kalina: – Niedawno ujawniliśmy skrywany od paru tygodni sekret: jesteśmy w stałym telefonicznym kontakcie z grupą z Usnarza. Co drugi dzień rozmawiamy z nimi i słyszymy coraz bardziej rozpaczliwe wiadomości.

Wiemy, jak rzadko dostają jedzenie od Białorusinów, i że od Polaków nie dostają nic. Są coraz słabsi. Przemoknięci, zmarznięci, głodni, chorzy. Ostatnio próbowali dodać sobie otuchy wspólnym śpiewem, ale im się nie udało. Są tak słabi, że nie mogli sobie przypomnieć żadnej piosenki. 

Piszcie:listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.