Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Autorka jest  adwokatką, prezeską Stowarzyszenia Adwokackiego „Defensor Iuris"

Izba Dyscyplinarna nie jest sądem, co do tego nikt rozumiejący i szanujący prawo nie ma dziś jakichkolwiek wątpliwości. Izba ta nadal działa, pomimo lipcowego wyroku TSUE. Rozstrzygnięcie, bo nie nazwę tego uchwałą Sądu Najwyższego, o zezwolenie na pociągnięcie do odpowiedzialności karnej sędziego Sądu Najwyższego Marka Pietruszyńskiego jest absolutnym paradoksem.

W praktyce ta decyzja oznacza, że (o ile się uprawomocni) przeciwko sędziemu będzie mogło się toczyć postępowanie karne. Nie wątpię, że znajdą się prokuratorzy podlegli ministrowi Ziobrze, którzy będą skłonni przeprowadzić postępowanie przygotowawcze w tej sprawie, bez względu na absurdalność podnoszonych wobec sędziego zarzutów. Na marginesie jedynie należy wskazać, że osoby te do niedawna były prokuratorami i nie mają doświadczenia orzeczniczego. Gdy weszliśmy jako publiczność, by wysłuchać postanowienia, pan Jacek Wygoda (przewodniczący składu) wskazał, że posiedzenie jest niejawne i poprosił nas o opuszczenie sali. Z uwagi na to, że ogłoszenie orzeczeń zawsze jest jawne, osoby zasiadające jako publiczność wskazały panu Jackowi Wygodzie podstawę prawną, a ten po uzyskaniu stanowiska prokuratora w tej sprawie wyraził zgodę na naszą obecność na sali.

Nie mam wątpliwości, że kiedyś wszyscy, którzy dziś sprzeniewierzają się konstytucji, poniosą za to odpowiedzialność. Jestem o tym głęboko przekonana. Nic nie zostanie pominięte, bo krzywda, jaką wyrządzają swymi poczynaniami, jest nie do opisania.

listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.