Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Szkoła się dusi, szkoła umiera, powoli, bez zbytecznego rozgłosu. Nie zginie oczywiście, zostanie, bo jest machiną, organizacją, a takie zawsze przetrwają w jakiejś formie. W języku polskim nie ma dobrego określenia na umieranie permanentne (jest wegetacja, ale to nie to samo). To, że ktoś umiera, zawsze znaczy, że kiedyś umrze, że wszystko się skończy, co dalej – zależy od wiary w to, co dalej. Stan umierania szkoły będzie jednak trwał i trwał. Jak długo? Sporo zależy od tego, kto będzie rządził oświatą.

Teraz rządzi minister Czarnek. Chce reformować, wdraża swoje idee albo zapowiada ich wdrażanie (to częściej, ale wystarczy, by szkoły sparaliżował strach). Minister chce oświatę centralizować – żeby móc ją kontrolować. Dyrektora szkoły będzie można na trzy lata posadzić za kratkami za działania na szkodę małoletniego, również powstałą w wyniku zaniechania działań na rzecz jego dobra (co to znaczy? nie wie nikt - jeszcze). Dyrektor szkoły będzie mógł być odwołany w ciągu dwóch tygodni bez wypowiedzenia w razie niezrealizowania zaleceń kuratorium. To przede wszystkim kuratorium (czyli przedłużenie ręki ministra edukacji w terenie) będzie decydować, kto może zostać dyrektorem szkoły. To kuratorium ma decydować, co się może zadziać w szkole – która organizacja pozarządowa może w niej poprowadzić zajęcia.

Przestraszony dyrektor nie będzie wspierał tęczowego piątku

Wzbudzanie lęku jest potężną bronią. Utrwala pewne zachowania - przestraszony człowiek się chowa, nie robi tego, co by robił, gdyby się nie bał, czasem nie robi nic, by przetrwać, czasem stara się domyśleć, co powinien zrobić, żeby przypodobać się władzy, a choćby nie dać jej pretekstu, by spojrzała na niego krzywym okiem. I robi to, co trzeba, często bez entuzjazmu, ale robi.

Przestraszony nauczyciel nie zabierze dzieci na lekcję o konstytucji, nie zaprosi do szkoły gościa – a nuż komuś gość się nie spodoba i będą kłopoty. Nie będzie czytał z uczniami Gombrowicza i poruszał tematu homoseksualizmu w świecie zwierząt – a nuż ktoś go oskarży o genderyzm. Przestraszony dyrektor szkoły zorganizuje apel o żołnierzach wyklętych i będzie razem z reprezentantami władz oświatowych – których na ten apel trzeba zaprosić, a jakże - oklaskiwał dzieci odgrywające egzekucję. Przestraszony dyrektor wyśle dzieci na wycieczkę śladami Kardynała Wyszyńskiego i bez trudu napisze w sprawozdaniu, że to było długo wyczekiwane przez dzieci i rodziców przedsięwzięcie, które utrwaliło w uczniach postawy patriotyczne. Nawet przez myśl mu nie przejdzie wspieranie tęczowego piątku. Tak na wszelki wypadek powierzy WDŻ (wychowanie do życia w rodzinie) katechecie i dla świętego spokoju zabroni dzieciom nosić torby z błyskawicą.

Minister Czarnek nie ukrywa swoich poglądów, mam wrażenie, że wręcz lubi je wypowiadać publicznie. To nic złego oczywiście, ale ma swoje paraliżujące znaczenie – bo jeśli minister edukacji coś mówi publicznie, to może trzeba tego posłuchać? Może to wskazówki dla szkół? Jak i czego mają uczyć. Może to ostrzeżenia? Jak się nie zgadzasz ze swoim ministrem dyrektorze – to może powinieneś odejść?

A kiedy minister mija się z prawdą?

A minister mówi rzeczy niełatwe do przełknięcia dla ludzi – bądź co bądź obcujących z naukami, bo uczących dzieci. „Nie ma czegoś takiego jak autonomia szkoły" (wypowiedź na antenie Radia Wrocław po aferze w Dobczycach, gdzie dyrektorka szkoły wysłała dzieci na lekcję „Tour de Konstytucja PL", co bardzo nie spodobało się małopolskiej kurator oświaty i ministrowi oczywiście). Nie do przełknięcia dla dyrektorów szkół i nauczycieli, którzy wierzyli, że autonomia buduje poczucie własnej wartości, a to w edukacji najważniejsze – tego autonomiczny nauczyciel ma uczyć dzieci (jak nie będzie miał poczucia własnej wartości sam, to nie nauczy tego nikogo). "Brońmy nas przed ideologią LGBT i skończmy słuchać tych idiotyzmów o jakichś prawach człowieka, czy jakiejś równości. Ci ludzie nie są równi ludziom normalnym i skończmy z tą dyskusją" (wypowiedź na antenie TVP Info, za którą minister dostał zresztą naganę komisji etyki poselskiej). Nagana nie przeszkadza ministrowi wypowiadać się na temat etyki, choćby w związku z cnotami niewieścimi, których kultywowanie w szkołach zalecał jego doradca: „Jeśli ktoś podśmiewa się z tego, że dziewczęta miałyby być wyczulone na takie cnoty, to ja pytam: a na jakie? Na męskie? My genderowcami nie jesteśmy". To komentarz manipulacyjny. Krytyka słów doradcy ministra wynikała z użycia anachronicznego sformułowania, niezrozumiałego dla współczesnego człowieka, zwłaszcza młodego i nie pasującego do współczesnej rzeczywistości. Komentarz ministra w ogóle się do tego nie odnosi, za to sprowadza dyskusję do kwestii nielubianego przez niego „genderyzmu", czyli de facto ją ideologizuje.

Zakłopotanie rodzi ostatni komentarz ministra po rezolucji Parlamentu Europejskiego: „W przyrodzie nie ma czegoś takiego jak małżeństwa jednopłciowe". Nauczyciel biologii, którego zapytają o to, co to właściwie znaczy, i jak jest w przyrodzie z małżeństwami, będzie miał sporo kłopotu, by sformułować odpowiedź tak, by nie podważała autorytetu ministra. Bo małżeństwo jest tworem kultury, nie natury, a w dodatku homoseksualne relacje i zmienianie partnerów w świecie zwierząt są normą.

Minister mówi i zmienia prawo oświatowe, różne organizacje i różni ludzie protestują – co wydaje się nie mieć żadnego znaczenia dla ministra. A szkoła umiera, dusi się pod naciskiem przeładowanych podstaw programowych, nieprzemyślanych reform, ultrakonserwatywnej ideologii i postępującego centralizmu (ostatnio pod hasłem odbiurokratyzowania oświaty minister wykreślił z rozporządzenia o nadzorze pedagogicznym ewaluację – została już tylko kontrola). I pogrąża się w beznadziejności.

To nie tylko brak pieniędzy

Nauczyciele odchodzą z zawodu - kiedy tylko mogą, emeryci są w cenie jak nigdy dotąd, średnia wieku w zawodzie rośnie. W Warszawie brakuje prawie trzech tysięcy nauczycieli. Dyrektorzy szkół biją na alarm: „U mnie fizyki uczy emeryt – codziennie modlę się, żeby nie zachorował i nie odszedł", „Szukam matematyka. Dałam ogłoszenie – i nic. Powiesiłam oferty na wydziałach matematyki, że renomowane liceum szuka matematyka – i nic, nikt się nie zgłosił. No to co miałam robić? Dałam godziny nadliczbowe tym, których mam, niektórzy wyrabiają 37 godzin tygodniowo. Klasówek nie robią – bo i tak nie sprawdzą, nie mają kiedy. Ale przynajmniej mam spokój, rodzice siedzą cicho, bo lekcje w końcu są jakieś", „Szukam biologa i chemika – mój nauczyciel dostał ofertę pracy badawczej w korporacji i się zwolnił od razu", „Zatrudniłam młodego nauczyciela informatyki, podpisał umowę, ale nie przyszedł do pracy. Dzwonię, a on mówi, że rezygnuje, bo w firmie dali mu osiem tysięcy na rękę".

Brak pieniędzy w oświacie jest problemem, ale nie tylko to się liczy. Po prostu nikt nie chce pracować w atmosferze opresji i beznadziejności. Tylko dzieci muszą chodzić do szkoły. Dorośli podobno mają wybór. Niektórzy nawet z niego korzystają.

Żeby nie umrzeć, szkoła musi być otwarta – na różnorodność, na nowe wyzwania, na zmiany. Musi uczyć młodych, jak sobie z nimi radzić. Nie może być anachroniczna, konserwatywna, skoncentrowana na papierologii i drżąca ze strachu przed kontrolą z kuratorium. Nauczyciele muszą mieć przestrzeń do działań kreatywnych, a dyrektorzy szkół muszą mieć świadomość, że ich rolą jest tworzenie tej przestrzeni i wspieranie dobrych pomysłów. Dlatego muszą mieć autonomię i swobodę działania. I nie mogą się bać. Bo strach zabija wolność, a bez wolności szkoła się dusi.

Szkoła jest ważna. "Liczy się edukacja, głupcze" - to powinni mówić polscy politycy.

Anna Sobala-Zbroszczyk

listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.