Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Parę słów o kokieterii Antoniego Macierewicza kręcącego jak, kiedy, komu, i w jakim gronie chce pokazać (i formalnie przekazać!) dokument swego raportu - abyśmy wierzyli, że raport na pewno istnieje i że jego treść bez żadnych "ale" potwierdza jego osobistą narrację o treści.

Czytałem artykuł Agnieszki Kublik pod trafnym tytułem "Macierewicz o raporcie, którego nikt nie widział". Oczywiście nie może bez końca unikać momentu pokazania raportu, który zaczną wtedy dokładnie czytać i komentować inni niż Sakiewicz.

Zwracam uwagę przy okazji, że istnieje jeszcze jeden nikomu niepokazany raport o aferze, mianowicie raport prokuratorów wojskowych, który ukrywa Zbigniew Ziobro. Tam nie było materiałów wybuchowych, wręcz przeciwnie, i podobno dlatego raport nie był w guście pisowskiej narracji (anty-Tusk przede wszystkim). Ziobro czekał na rewelację Macierewicza.

Ziobro schował ten raport do kieszeni i ukarał autorów, na wszelki wypadek aneksując całą prokuraturę wojskową.

Konfrontując społeczeństwo z raportem Macierewicza, trzeba nie tylko przypomnieć o starym raporcie Millera - ale też zmusić Ziobrę do wyciągnięcia na światło dzienne tych 400 stron z opiniami biegłych raportu prokuratorów. Kto ma rację? Kto ma lepsze dowody: ci z "zamachu" czy ci z "katastrofy". Uważam, iż w medialnej dyskusji o raporcie Macierewicza ("300 stron") należy przypomnieć o raporcie ("400 stron") schowanym przez Ziobrę i je porównać.

Wasz czytelnik

Jaap Houtappel

Listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.