Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Słowo "polexit" ostatnio stało się bardzo popularne, dlatego chciałbym zwrócić uwagę na pewien problem. Zjawisko opisane tym słowem to "wyjście Polski z UE". Jest to bardzo wygodne słowo dla wszelkiej maści awanturników i politycznych szkodników, bo skupia całą uwagę tylko na wyjściu Polski z UE. Polska może opuścić unię na "swoich zasadach", "broniąc wartości" i jeszcze ze względu na milion innych bredni.

Czego chcieć więcej podczas nucenia pseudopatriotycznej fałszywej melodii w swoich mediach pseudonarodowych skierowanej do swojego suwerena?

Słowo "polexit" całkowicie pomija całą drugą stronę, bo wychodzi się z czegoś, ale i wchodzi do czegoś. A ponieważ mamy takie, a nie inne położenie geopolityczne i jesteśmy od wieków łakomym kąskiem dla agresywnego mocarstwa, które mamy za miedzą i które z całą pewnością "przyjmie" nas do siebie, jak to już robiło w przeszłości, to staje się oczywiste, że druga strona polexitu, to coś, co mogłoby się na przykład nazywać "wRusPol". Ta nazwa już nie jest taka "bohaterska" i miła "patriotycznym" uszom. Tutaj mamy bowiem konsekwencje polexitu zawarte w nazwie zjawiska, a nie tylko "ja z synowcem na przedzie i jakoś to będzie", "a po nas choćby i koniec świata".

To tak jak z antyszczepionkowcami. To bardzo wygodna nazwa ludzi, którzy "walczą o swoje ideały", która zupełnie pomija tę drugą stronę, czyli fakt, że są oni po prostu proepidemikami. Ta druga nazwa włącza czerwoną lampkę, ta pierwsza czyni z tych ludzi może trochę naiwnych, trochę narwanych, ale jednak bojowników o wyrazistych poglądach gotowych za nie walczyć.

Czytelnik

listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.