Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Sylwia Gregorczyk-Abram (adwokatka, działaczka społeczna): Byłaś na miejscu wraz z innymi aktywistami i organizacjami pozarządowymi w Usnarzu Górnym. Wiemy, że przetrzymywana tam grupa liczy w sumie 32 uchodźców z Afganistanu. Co jeszcze możemy o nich powiedzieć? Czytając posty Ocalenia, które jest na miejscu od samego początku, mam wrażenie, że udało się o nich zebrać sporo informacji.

Aleksandra Chrzanowska* (Stowarzyszenie Interwencji Prawnej): – Pracownicy i wolontariusze Ocalenia, którzy byli na miejscu, wiedzą o nich całkiem sporo: znają ich imiona i nazwiska, wiedzą, czym się zajmują, jaki jest stan ich zdrowia. Przez kilka tygodni czuwali przy nich, monitorowali sytuację. Dawali im moralne i psychologiczne wsparcie, żeby ci ludzie wiedzieli, że nie są sami, że nie są bezimienni, że są osoby, którym na nich zależy.

Aleksandra ChrzanowskaAleksandra Chrzanowska Fot. Anna Maria Biniecka

Sytuacja w Usnarzu, to jednak tylko wycinek patologicznej sytuacji na białorusko-polskiej granicy.

– Na kilkusetkilometrowym odcinku granicy wielu uchodźców codziennie przechodzi na polską stronę i spotyka funkcjonariuszy Straży Granicznej, których prosi o udzielenie ochrony międzynarodowej. W odpowiedzi są wypychani z powrotem na stronę białoruską. Czyli dochodzi do tzw. push back-ów.

Obie dobrze wiemy, że to działania bezprawne, niezgodne z jakimikolwiek standardami europejskimi.

– To prawda, Straż Graniczna słysząc prośbę o azyl powinna jedynie przyjąć wniosek o ochronę i przekazać go do rozpatrzenia szefowi Urzędu do Spraw Cudzoziemców, który oceni, czy danej osobie należy się status uchodźcy. Nie ma znaczenia, w jaki sposób ktoś przedostał się do Polski. Prawo do ubiegania się o ochronę jest zagwarantowane przez Konwencję Genewską i polską konstytucję. Tymczasem funkcjonariusze Straży Granicznej nie tylko ignorują te prośby, ale też w sposób niezgodny z prawem zawracają uchodźców do Białorusi.

Z kolei białoruska Straż Graniczna wypycha ich na polską stronę. Ludzie są przerzucani jak piłeczki pingpongowe pomiędzy mundurowymi. Staramy się dokumentować te naruszenia prawa.

Dziękuję, że tam jesteście, zwłaszcza że wprowadzony stan wyjątkowy znacznie utrudni waszą pracę.

– Stan wyjątkowy zmienia bardzo dużo, już to widzimy. Jego wprowadzenie miało uniemożliwić dokumentowanie i pokazywanie bezprawia. Straż Graniczna może robić co chce i nie ma na to świadków. Nie wiemy, jak długo ten temat utrzyma się w opinii publicznej bez codziennych wstrząsających relacji. Dlatego jesteśmy cały czas w okolicy, możliwie jak najbliżej strefy i wciąż patrzymy służbom na ręce.

Czy wzruszył cię poseł Franek Sterczewski, który biegł slalomem pomiędzy strażnikami? Bo mnie wzruszył.

– Widziałam to na żywo. Franek najpierw przez długi czas próbował przy użyciu spokojnych, racjonalnych argumentów przekonać funkcjonariuszy, by pozwolili mu podejść do uwięzionych między polskimi a białoruskimi mundurowymi ludzi i przekazać jedzenie oraz lekarstwa. Następnie próbował przekonać ich, żeby sami zanieśli zapasy leków i jedzenia, skoro nie chcą go wpuścić. W którymś momencie po prostu zaczął biec pomiędzy funkcjonariuszami. To była dramatyczna scena, w której poseł na Sejm RP próbuje wyminąć funkcjonariuszy, żeby udzielić pomocy humanitarnej. Potem jeszcze bardzo długo w geście protestu siedział na tym polu.

Zdziwiły mnie komentarze i głosy oburzenia, które zarzucały Frankowi Sterczewskiemu, że takie zachowanie nie przystoi osobie sprawującej funkcję posła. Moje skromne doświadczenie z uchodźcami potwierdza, że to szalenie ważne, aby oni czuli, że w tym nieszczęściu nie są sami, że ktoś się o nich upomina. W momencie, w którym robi to poseł na Sejm, takie gesty znaczą dwa razy więcej. Takie zachowania przywracają godność.

Fakt, że byliśmy tam my, prawnicy i posłowie, miało ogromne znaczenie dla tych ludzi. Straż Graniczna robiła wszystko, by zakłócić kontakt, włączała silniki, by uwięzieni uchodźcy nie mogli nas usłyszeć, stawiała auta w taki sposób, by nie mogli zobaczyć wsparcia, jakie chcieliśmy wyrazić. Tłumaczka przez megafon próbowała przekrzyczeć warkot silników, informowała o tym, co się dzieje, jakie podejmujemy działania, mówiła o tym, że są wolontariusze, posłowie, prawnicy, lekarze. Bo dzień w dzień przychodziła też lekarka, próbowała wykonywać swoją pracę – kiedyś przysięgała, że będzie leczyć ludzi w każdych okolicznościach. Tłumaczyła funkcjonariuszom, że jej nie interesuje polityka, że chce tylko wejść i podać leki. Bez skutku. Ale w całym tym ponurym spektaklu bezduszności mogliśmy tym ludziom jedynie przypominać, że są ludźmi, że są dla nas ważni i że będziemy o nich walczyć.

Jak oceniasz działania polityków? Mogliście liczyć na ich wsparcie?

– Pojawiło się kilkoro posłów. Niestety garstka. Wiesz, kiedy stałam w tej grupie około trzydziestu osób, kiedy Franek Sterczewski próbował się dostać do uchodźców, miałam jedną myśl „gdzie są teraz ci wszyscy posłowie? gdyby zamiast nas było tu trzydziestu posłów i gdyby ruszyli ławą, to któremuś z nich udałoby się przecież dotrzeć z pomocą".

A ludzie? Czy oprócz lajków na Facebooku jakoś pomagali?

– Tak, ludzie zareagowali bardzo szybko, uruchomiliśmy zbiórkę między innymi na pomoc prawną i bardzo szybko zebraliśmy środki. Cały czas zgłaszają się chętni z pomocą, oferują swój czas, samochody, mnóstwo powerbanków i innych sprzętów potrzebnych ludziom w drodze. Mamy informacje, że funkcjonariusze przed wywiezieniem ludzi do Białorusi niszczą im telefony, aby nie mogli się z nikim kontaktować.

Szybka lektura Twittera podpowie, że tzw. prawdziwy uchodźca nie ma prawa w XXI wieku mieć telefonu. Nie powinien mieć też kota, zwłaszcza jeśli ten kot ma się dobrze. Powinien niemal bosy stanąć na granicy, może byłby wtedy wiarygodny.

– Nie powinien też opuszczać swojego kraju, powinien walczyć o ojczyznę, inaczej co to za mężczyzna, który ucieka... To szeroko rozpowszechniony mit wynikający z braku refleksji nad naturą dzisiejszych konfliktów i przyczynami uchodźstwa, ograniczający się do wyobrażenia o polskich romantycznych zrywach niepodległościowych.

W jaki sposób uciekają?

– W ostatnich tygodniach rząd perfidnie podzielił uchodźców na tych „dobrych", którzy przylatują rządowymi samolotami, i tych „złych", którzy „forsują" zieloną granicę. Nie każdy w Afganistanie miał szczęście współpracować z rządami krajów europejskich i móc liczyć na względnie bezpieczną ewakuację. Takie osoby są zdecydowanie w mniejszości. A tych, którzy mają się czego obawiać po przejęciu władzy przez Talibów, jest bardzo wielu. Są łatwym łupem dla wszelkiej maści przemytników obiecujących możliwość przedostania się do bezpiecznej Europy. Dotyczy to nie tylko Afgańczyków. Osoby, które uciekają m.in. z Iraku, Jemenu, Somalii czy Konga też mają powody, by w swoich krajach nie czuć się bezpiecznie. Skąd mają wiedzieć, że staną się elementem rozgrywki politycznej pomiędzy Unią Europejską a Łukaszenką. Dla nich już miejsca nie ma. To nimi rząd próbuje na wszelkie możliwe sposoby straszyć obywateli. A to są ludzie, uciekający przed tymi samymi zagrożeniami, jak ci przylatujący rządowymi samolotami. Takich ludzi, porzuconych w środku lasu, przepędzanych z jednej strony granicy na drugą, spotykamy podczas naszego monitoringu.

Zaskoczyły cię działania Straży Granicznej?

– Widziałam już wiele przypadków łamania prawa przez Straż Graniczną – wystarczy wspomnieć pogarszającą się sytuację na przejściu granicznym w Terespolu, gdzie funkcjonariusze od kilku lat konsekwentnie nie chcą słyszeć próśb Czeczenów czy Tadżyków o ochronę. Mimo licznych interwencji organizacji społecznych, adwokatów, Rzecznika Praw Obywatelskich czy wyroków Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Ale tego, z czym zetknęłam się tutaj, nigdy bym się nie spodziewała. W przypadku osób z Usnarza Górnego wszyscy obecni słyszą ich prośby o udzielenie ochrony międzynarodowej, na które straż nie reaguje. W Polsce nie mieliśmy wcześniej „push backów" na taką skalę,  zwłaszcza kiedy to wszystko dzieje dzieje się w świetle jupiterów i jest dobrze udokumentowane. W dodatku funkcjonariusze opisują swoje działania jako wielki sukces, chwaląc się liczbą przypadków, w których „uniemożliwili nielegalne przekroczenie granicy". A chodzi tak naprawdę o łapanki i wywózki – wyszukiwanie i wywożenie ludzi bez sił, głodnych, zmarzniętych, wycieńczonych wielodniową czy wielotygodniową wędrówką, ludzi poszukujących azylu. Nie przypominam sobie tak jawnego stosowania bezprawia, z tak jaskrawym pogwałceniem podstawowych praw człowieka.

A co się dzieje jeśli jednak od osoby znajdującej się na granicy przyjmowany jest wniosek o udzielenie ochrony międzynarodowej? Jest wiele mitów na ten temat, włącznie z tym, że po przekroczeniu granicy państwo nie ma wpływu na los tych osób.

– Zacznijmy od tego, że złożenie wniosku o ochronę międzynarodową nie jest równoznaczne z przyznaniem statusu uchodźcy. To dopiero początek trwającej od kilku miesięcy do liku lat procedury. W czasie postępowania uchodźczego cudzoziemcy mogą, wręcz mają obowiązek, przebywać na terytorium Polski. Powinni trafić do ośrodków otwartych, prowadzonych przez Urząd do Spraw Cudzoziemców, gdzie mają zapewnioną podstawową pomoc, wyżywienie i opiekę medyczną. Dzieci realizują obowiązek szkolny.

W przypadkach nielegalnego przekroczenia granicy, Straż Graniczna zawsze wnioskuje do sądu o umieszczenie cudzoziemców w ośrodkach zamkniętych. Także wtedy, gdy nie mają dokumentów potwierdzających tożsamość. Rzeczywiście, zgodnie z prawem są to przesłanki, aby umieścić takie osoby w ośrodku zamkniętym, ale jest też wiele przesłanek negatywnych, które nie pozwalają na przebywanie w detencji, np. ofiary przemocy bezwzględnie nie powinny znajdować się w zamknięciu. Sądy i Straż Graniczna prawie nigdy nie biorą tego pod uwagę.

Długo nie mogłyśmy się umówić, Ty i inni aktywiści krążycie pomiędzy ośrodkami dla uchodźców i granicą białoruską.

– Tak, byłam niedawno w strzeżonym ośrodku w Kętrzynie. Wspólnie z Janiną Ochojską sprawdzałyśmy, jakie panują tam warunki, zwłaszcza w kontekście przebywających tam dzieci. One w ogóle nie powinny się tam znaleźć. Ośrodek strzeżony najprościej przyrównać do więzienia, często są tam kraty w oknach (w Kętrzynie akurat ich nie ma), nie można takiego miejsca opuścić, na spacer można wyjść jedynie w wyznaczonych godzinach i tylko na terenie ośrodka, który ogrodzony jest murem czy drutem kolczastym. Trafiają tam osoby, które nie popełniły żadnego przestępstwa. Nawet nielegalne przekroczenie granicy – jak na razie, bo rząd planuje zmiany w tym zakresie – nie jest przestępstwem, jest wykroczeniem. Przetrzymywanie ludzi całymi miesiącami w zamknięciu jest niehumanitarne, powinno być stosowane jako środek ostateczny. Tymczasem wiele osób spędza tam długie miesiące, czasem rok, a w skrajnych przypadkach dwa lata.

A dzieci?

Często przebywają tam rodziny z dziećmi i to wpływa destrukcyjnie na ich psychikę. Nie chodzą do szkoły, są pozbawione kontaktu z rówieśnikami. W ośrodkach strzeżonych organizowane są co prawda zajęcia edukacyjne prowadzone przez nauczycieli z lokalnych szkół, ale nie ma to nic wspólnego z realizacją obowiązku szkolnego. Nie ma podziału na grupy wiekowe czy poziom zaawansowania. Dzieciom jeszcze trudniej niż dorosłym zrozumieć, dlaczego przebywają w zamknięciu. Są też świadkami bezsilności i rozpaczy swoich rodziców. Wielu rodziców po pobycie w takim ośrodku obserwuje u swoich dzieci wycofanie, zachowania agresywne albo autoagresywne. Pojawiają się koszmary senne, zaburzenia żywienia. Wszyscy rodzice mówią o tym, że to były dla ich dzieci doświadczenia traumatyczne, a dla tych, które wcześniej doświadczyły w kraju pochodzenia przemocy, jest to podwójna krzywda. Psychologowie są zgodni, że jeśli dziecko ma być umieszczone w ośrodku strzeżonym, to powinno być to na okres nie dłuższy niż dwa tygodnie. Tymczasem dzieci spędzają tam wiele miesięcy.

Czy sytuacja kobiet uchodźczyń jest trudniejsza niż mężczyzn? Badania przeprowadzone przez Amnesty International ujawniają, że kobiety i dziewczęta doświadczają przemocy, napaści, są wyzyskiwane i napastowane seksualnie na każdym etapie podróży, w tym także w Europie.

– Zacznijmy od tego, że już w krajach pochodzenia, ogarniętych wojną czy bezprawiem kobiety są nie mniej narażone na zagrożenia niż mężczyźni. Choćby teraz – afgańskie kobiety mają do stracenia wszystko to, co mają do stracenia mężczyźni, ale też latami wyszarpywaną wolność. To, że mogły się uczyć, zdjąć burki, walczyć o prawa kobiet. Takie osoby są narażone podwójnie.

W czasie ucieczki, która czasem trwa miesiącami, a nawet latami, kobiety częściej niż mężczyźni padają ofiarami przemocy, gwałtów, są wykorzystywane seksualnie zarówno przez przemytników, jak i współtowarzyszy niedoli. Szczególnie bezbronne i narażone na przemoc są kobiety, które podróżują samotnie. Kiedy brakuje im środków na podróż, przemytnicy zmuszają je do uprawiania seksu.

W Polsce bardzo trudno jest uzyskać ochronę międzynarodową kobietom, które uciekły przed prześladowaniem ze względu na płeć. Mam na myśli m.in. Czeczenki doświadczające przemocy domowej, przymuszane do aranżowanych małżeństw, zagrożone tzw. zabójstwem honorowym za zachowania postrzegane jako splamienie dobrego imienia rodziny, czy odebraniem dzieci, które zwyczajowo należą do ojca i jego rodziny. Nie mogą zwrócić się o ochronę do lokalnych władz, bo to one stoją na straży opresyjnego dla nich obyczajowego porządku. Polskie władze migracyjne nie postrzegają ich jako grupy społecznej narażonej na prześladowanie. Nieprzyznanie ochrony, wydanie decyzji o zobowiązaniu do powrotu, wreszcie – wydalenie z Polski – to przemoc instytucjonalna.

Chciałabym jednak, aby wybrzmiało, że daleka jestem od zgody na propozycje, które czasem się pojawiają, aby wpuszczać do Polski wyłącznie kobiety i dzieci. Takie myślenie niepotrzebnie dzieli ludzi na kategorie, tymczasem każdy człowiek ma takie samo prawo do bezpieczeństwa i azylu. A ci odsądzani od czci i wiary, samotnie podróżujący mężczyźni, to przecież czyiś synowie, mężowie, bracia. Oni często uciekają jako pierwsi, żeby na tę pełną zagrożeń tułaczkę nie narażać swoich rodzin, tylko sprowadzić je już później w bezpieczny sposób.

Jak to jest zajmować się w Polsce prawami uchodźczyń i uchodźców?

– Od 2015 roku sytuacja zmieniła się diametralnie. Wcześniej był to temat niszowy, który mało kogo interesował. Daleko było od ideału, ale widać było jakieś perspektywy na przyszłość, wiele sensownych rozwiązań pomału udawało się wypracować. Wszystko drastycznie zmieniło się, kiedy ten temat się upolitycznił. Miałam wrażenie, że nasza dotychczasowa praca została przekreślona i musimy zaczynać od nowa w dużo bardziej niesprzyjających warunkach politycznych. Z drugiej strony, im więcej podkręcanej przez rząd propagandy strachu i instytucjonalnej niechęci, tym więcej pojawia się ludzi dobrej woli, którzy wyrażają swoją niezgodę na tę sytuację i chcą się angażować. To daje nową nadzieję.

Opłaca się rządowi kreować takiego wroga jak uchodźcy?

– Na potrzeby kampanii wyborczych w 2015 roku bardzo sprawnie zastosowano mechanizm zarządzania strachem – politycy stworzyli wyimaginowanego wroga, odtrąbili zagrożenie dla polskich rodzin i zapewnili, że wiedzą jak nas obronić. Ale teraz sytuacja jest inna – nie mówimy już o ludziach, którzy są bardzo daleko, których nie widzimy, nie mamy możliwości spotkać. Mówimy o osobach, które są na wyciągnięcie ręki, którym krzywda dzieje się tuż obok, w granicach naszego kraju – i na to nie ma już takiego oczywistego przyzwolenia opinii publicznej.

Jaki jest największy mit dotyczący uchodźców?

– Podkreślanie zagrożenia, że chcą nam narzucić swoje wartości, wiarę, będą ubierać Europejki w burki, przeprowadzać zamachy. To nieprawda, oni sami często uciekają przed zagrażającym im fundamentalizmem i szukają wolnego świata, w którym będą mogli w pełni decydować o sobie i zapewnić bezpieczeństwo oraz możliwość normalnego rozwoju swoim dzieciom. Nie przyjeżdżają także do Polski zwabieni świadczeniami socjalnymi, to często ludzie wykształceni, z dużym doświadczeniem zawodowym. Chcą tu normalnie żyć i pracować.

Jeśli chcemy pomóc to co możemy robić?

– Każdy z nas może w swoim sąsiedztwie, w szkole, w pracy czy w kawiarni odkłamywać propagandę rządu, rozmawiać o tym, co się dzieje. Tworzenie kontrnarracji do siania strachu jest bardzo istotne. To praca u podstaw, która przyniesie w dłuższej perspektywie efekty. Nie można pozwolić na to, aby lęk przed tzw. obcym kiełkował. Trzeba też bardzo mocno protestować wobec tego, co się dzieje na granicy i wobec ogłoszenia stanu wyjątkowego.

Nie mniej ważne są relacje międzyludzkie. Ci ludzie, którym udało się tu wjechać, zostaną kiedyś czyimiś sąsiadami, będą żyć wśród nas, zwykłe ludzkie kontakty są bardzo ważne. Traktujmy ich z życzliwością, zaprośmy na herbatę, pokażmy, jak poruszać się po okolicy. Przyjmijmy ich do wspólnoty i pozwólmy, żeby się poczuli mile widziani i mogli odczuć tę naszą słynną polską gościnność

Można też śledzić profile organizacji działających na rzecz uchodźców i tam szukać inspiracji, w jaki sposób zaangażować się najsensowniej.

Działamy jako Grupa Granica w składzie: Nomada Stowarzyszenie, Stowarzyszenie Interwencji Prawnej, Homo Faber, Polskie Forum Migracyjne, Helsińska Fundacja Praw Człowieka, Salam Lab, Dom Otwarty, Centrum Pomocy Prawnej im. Haliny Nieć, CHLEBEM I SOLĄ, uchodźcy.info, Fundacja Ocalenie, Anna Alboth, Karol Grygoruk + niezależni aktywiści

Połączyliśmy siły, bo razem mamy więcej wiedzy i możliwości działania.

Aleksandra Chrzanowska – członkini zarządu Stowarzyszenia Interwencji Prawnej. Absolwentka kulturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim (praca magisterska o tożsamości kulturowej uchodźców czeczeńskich w Polsce). Pracowała jako tłumaczka psychologa w polskim przedstawicielstwie Fundacji Lekarze bez Granic, realizującej program pomocy psychologicznej dla osób ubiegających się o nadanie statusu uchodźcy. W Stowarzyszeniu pracuje z przymusowymi migrantami jako doradczyni integracyjna/międzykulturowa oraz koordynatorka projektów.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.