Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Decyzja Komisji Europejskiej (KE), by zwrócić się do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) o kary finansowe dla Polski, to kolejny dowód na to, że polexit jest nie tyle złowieszczym widmem, nierealnym ryzykiem, co staje się rzeczywistością.

Oczywiście na papierze żadne opuszczenie Unii Europejskiej przez Polskę nie miało miejsca, formalnie nie zostało nawet zainicjowane jako proces, gdyby porównywać to do brexitu Wielkiej Brytanii.

Polexit – gdy spojrzeć na Brytyjczyków – należy właśnie porównać do procesu. Podobnie jak decyzja o rozwodzie - jest dopiero finałem rozpadającego się małżeństwa, czy ogłoszenie bankructwa przez spółkę - ostatnim punktem wieloletnich problemów finansowych.

Podobieństw między rozwojem nastrojów i wydarzeń Polski i Wielkiej Brytanii jest aż nadto: mniemanie o „inności" i „wyższości" historycznej, kulturowej własnego kraju i nacji, dystansowanie się, wpierw merytoryczna, potem już tylko populistyczna krytyka UE - od poszczególnych decyzji, przez jej instytucje i traktaty, po w końcu całą Unię, jej ideę i jej wartości. W ostatniej, emocjonalnej fazie widać nieskrywane szyderstwo i pogardę, oczernianie Unii jako czegoś „obcego", aż do określania Wspólnoty jako okupanta, kolonialisty, śmiertelnego wroga.

Niestety, proces ten zaczął się w Polsce już dawno i to nie dopiero za rządów Prawa i Sprawiedliwości . A mianowicie od tchórzliwej, asekuracyjnej i w końcu zgubnej nie-solidarności rządu Ewy Kopacz (PO-PSL) w sprawie uchodźców latem 2015.

Po przejęciu władzy przez PiS akcja przyspieszyła. Przypomnę kilka zdarzeń i decyzji:

  • decyzja premier Beaty Szydło o wyniesieniu flag UE z kancelarii,
  • słowa posłanki Krystyny Pawłowicz, że flaga UE jest szmatą,
  • antyunijna polityka zagraniczna ówczesnego ministra spraw zagranicznych Witolda Waszczykowskiego,
  • słowa prezydenta RP A. Dudy, że UE to „wyimaginowana wspólnota".

To były tylko symbole, lecz wkrótce proces wyobcowywania nas z Unii zaczął być widoczny również w decyzjach unijnych instytucji, takich jak KE, Parlament Europejski czy TSUE. Warto podkreślić, że były to – niestety bardzo późne i często spóźnione – reakcje na decyzje i działania polskiego rządu:

  • łamanie zasad praworządności (Trybunał Konstytucyjny, Sąd Najwyższy, neo-KRS) i procedura wg. art. 7;
  • niszczenie Puszczy Białowieskiej, czego efektem były bolesne kary finansowe dla Polski;
  • problem z kopalnią Turów, ignorowanie nie tylko żądań strony czeskiej, ale w ogóle UE jako instancji pośredniczącej – aż znowu dosięgły nas kolejne kary;
  • uchwalanie „stref wolnych od LGBT" głosami radnych związanych z PiS (co niemożliwe byłoby bez zgody „wierchuszki") w wielu gminach i województwach, co grozi kolejnymi stratami finansowymi, nie mówiąc o wizerunkowych;
  • wniosek rządu, by „Trybunał Przyłębskiej" decydował, czy prawo UE jest ponad prawem polskim – co otwarcie i radykalnie podważa podpisane przez Polskę traktaty unijne;
  • antyeuropejska „taktyka pertraktacji" w grudniu 2020 w sprawie Funduszu Odbudowy, grożenie wetem dla całego projektu, czego efekty widzimy dzisiaj, kiedy UE nadal wstrzymuje się przed wypłaceniem Polsce centa/grosza – z uwagi na brak praworządności w naszym kraju.

Ponadto wiele aspektów polexitu jest niemal niewidocznych, lecz nie mniej jako suma „małych faktów" – zbliżają nas szybciej do „rozwodu i bankructwa" niż opisane powyżej reakcje unijnych instytucji. Podam tylko kilka przykładów:

Brak praworządności w naszym kraju powoduje ostrożność, a nierzadko niechęć inwestorów zagranicznych do inwestowania w Polsce.

Atmosfera nienawiści wobec kolejnych grup społecznych – homofobia, rasizm czy ograniczanie praw kobiet – zniechęca obcokrajowców do odwiedzania naszego kraju.

Wreszcie Polska wypracowała sobie niestety na tyle negatywny wizerunek, że zagranica mniej jest chętna do zapraszania, wymiany czy oferowania stypendiów dla naszych ludzi nauki i kultury, w tym młodzieży i studentów.

Nawet zaryzykuję twierdzenie, że niejeden urzędnik w Brukseli, widząc wnioski o dofinansowanie z Polski, może ich formalnie nie odrzuci – ale na pewno nie zerknie na nie z sympatią, niewykluczone także, że przełoży je „na dół kupki" do załatwienia. Twierdzenie ryzykowne, bo podważa kompetencje urzędników unijnych, których odmowy mogą wynikać raczej z powodu zagrożenia brakiem rzetelnej kontroli od strony instytucji polskich.

Obawiam się, że przeoczyłem niejeden punkt czy moment, gdzie znów okazaliśmy jako kraj nasz brak zainteresowania, solidarności, poszanowania unijnych zasad a co więcej – wartości. Za to pokazując w najlepszym wypadku brak profesjonalizmu i zaściankowość, w najgorszym – pogardę, głupotę i szowinizm.

Wygląda na to, że jedyne, co nasz rząd ma do zaoferowania UE na przestrzeni ostatnich lat, to drut kolczasty i zasieki. I że „Sceny życia małżeńskiego" to nie tylko dramat Bergmana, to realia dzisiejszej Polski. To efekt prawie 6 lat rządów Prawa i Sprawiedliwości. To rezultat „wstawania z kolan" Jarosława Kaczyńskiego. On może czuje się wywyższony, Polki i Polacy na pewno takimi nie są.

Łukasz Szopa

wiceprzewodniczący Komitetu Obrony Demokracji

listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.