Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Autor jest działaczem Obywateli RP

Sezon polityczny rozpoczyna się jutro z przytupem. Zaczniemy od głosowania, które rozporządzenie Dudy o stanie wyjątkowym ma zamienić na ustawę. Trudno mieć złudzenia – tak zdecydował Kaczyński, uznając, że ta konfrontacja opłaca mu się najbardziej ze wszystkich innych rysujących się dotąd możliwości. Jego ocena wygląda przy tym na prawidłową. Oczywiście dlatego, że zwolenników rzekomego „uszczelnienia granic" i powstrzymania rzekomo „niekontrolowanej imigracji" jest w Polsce nieporównanie więcej niż zwolenników PiS. Dlatego w samym Sejmie trudno będzie jutro liczyć na zdeterminowany opór niepisowskiej większości, ale i o społeczną reakcję Kaczyński może być spokojniejszy niż rok temu, kiedy rękami Przyłębskiej zakazywał aborcji.

Wygodny temat – mniej wygodne w cieniu

Uwaga opinii publicznej nie skupi się więc w tym sezonie na stanie polskiej praworządności i demolujących ją sądowych ustawach, które PiS jest zmuszony wyrzucić do kosza. Zmusza PiS do tego postawa KE i orzeczenia TSUE, ale to możliwe się stało dzięki wielkiemu, prowadzonemu konsekwentnie przez lata oporowi społecznemu i postawie nieposłusznych sędziów, prokuratorów, adwokatów oraz zwykłych obywateli. Trzeba pamiętać, że choćby w 2017 roku jeszcze na tydzień przed ogromną falą protestów nikt nie przypuszczał, że one w ogóle nastąpią. W 2018, kiedy bój dotyczył Sądu Najwyższego i utrzymania kadencji „starych sędziów" z prof. Gersdorf na czele, również nikt nie wierzył ani w opór, ani w to, że unijne instytucje zdecydują się tak twardo stanąć w obronie prawa. Tego ogromnego, przypuszczalnie największego z naszych sukcesów nawet nie zdyskontujemy. Nie ma dziś opozycyjnych projektów ustaw sądowych – pojawią się wyłącznie inicjatywy obozu władzy. Opinia publiczna ma nie widzieć porażki wielkiej ofensywy obozu władzy – i nie zobaczy.

Fiasko „Polskiego ładu" również nie stanie się pierwszym tematem na ustach wszystkich. W cień odejdzie „lex TVN" i próba odwołania Witek. Głosowaniem w sprawie „obrony granic" Kaczyński zelektryzuje opinię publiczną, nieco poszerzy i skonsoliduje zarówno własny elektorat, jak i prującą się w szwach większość sejmową.

W takich to właśnie dość paskudnych okolicznościach Polska ustanawia kolejny rekord. Katastrofa humanitarna uczyniona z 32 osób osaczonych na granicy to ewenement na globalną skalę. Polska zaiste potrafi „zrobić coś z niczego". Nie zmienia tego obrazu kilka tysięcy innych ofiar – jeśli wierzyć danym Kamińskiego – szmuglowanych przez Łukaszenkę i widocznych dla nas tylko czasem, kiedy się dowiadujemy o przerzucaniu ich przez graniczne płoty i zasieki albo o wywożeniu nocą na bagna w Puszczy Białowieskiej – kryzys państwa z powodu tak drobnej garstki ofiar wojen, rozpaczliwej nędzy i knajackiej złośliwości Łukaszenki możliwy jest naprawdę tylko u nas.

Słowa na wiatr

Sam nie mam wątpliwości, co da się zrobić realnie. Przepisy stanu wyjątkowego należy bezwzględnie po prostu łamać. Innych możliwości nie mamy. Niespecjalnie widać, na czym mogłyby polegać dziś działania konstruktywne. Polski Czerwony Krzyż nie działa, imponująca praca aktywistów Ocalenia nie przyniosła rozwiązania, nie ma innych instytucji, które byłyby w stanie w zwykłym trybie dostarczyć nam choćby informacji o tym, co na granicy wyprawiają w naszym imieniu mundurowi. Protesty deklarujące „stanowczy sprzeciw" dobrze natomiast znamy: działają odwrotnie, niż są zamierzone, przekonując tylko uczestników o własnej bezsilności i zamieniając się w rytualne lamentacje, kolejne pożegnania z umierającą demokracją.

Słowa trzeba ważyć starannie. Nie z lęku, że mogą być na wyrost, za ostre, nieostrożne. Nie ma wystarczająco ostrych słów, by opisać okrutne łajdactwo uprawiane w naszym imieniu przez rządzących i ich służby. Nie da się przesadzić w określeniach tego, co widzieliśmy w Usnarzu Górnym. Słów nie wolno rzucać na wiatr. Sprawczość nie wzrasta wraz gniewem i dosadnością sformułowań.

Jeśli autorytarna władza zakazuje zgromadzeń, w pierwszej kolejności, a nie ostatniej, uczciwi obywatele powinni stanąć tam, gdzie tego właśnie zakazano – a nie tam, gdzie to jest jeszcze łaskawie dozwolone. Autorytaryzm żywi się naszym posłuszeństwem, rozpędza się tak, jak mu ono pozwala. To w strefie przygranicznej powinniśmy dzisiaj być – wszyscy ci, którym jeszcze zależy. Te dobre dwie setki parlamentarzystów opozycji – widzę to w marzeniach wyłącznie – powinny być dzisiaj w objętym stanem nadzwyczajnym pasie przygranicznym. W Warszawie zaś i w innych miastach Polski powinniśmy sprowadzić stan nadzwyczajny na głowy funkcjonariuszy PiS, blokując żywymi zasiekami dostęp do instytucji państwa. Komend Straży Granicznej, biur PiS, budynków MSWiA, Sejmu. Z silniejszym, bo dysponującym władzą przeciwnikiem da się grać wyłącznie rachunkiem kosztów rządzenia. Nieludzka polityka push-back zniknie wtedy – i raczej tylko wtedy – kiedy przestanie być tak oczywiście i tak łatwo opłacalna, kiedy pojawią się jej dolegliwe koszty.

To się jednak nie stanie. Takie działania podejmie nie dwustu parlamentarzystów i nie tysiące ludzi, ale wciąż ta sama, znana od lat garstka „desperados", a jej rozpaczliwe działania wywołają co najwyżej ten sam uśmiech politowania, jaki u „dorosłych" polityków widzieliśmy na widok biegającego po łące w Usnarzu młodego posła Sterczewskiego. 

Obawiam się, że znam skutki. Skutki dla nas, nie dla uchodźców torturowanych na granicy, bo tych wyobrazić sobie nie umiem. Donald Tusk witany na powrót w polskiej polityce z ogromnymi i uzasadnionymi nadziejami rozpoczął od deklaracji, że nie zdołał się przyzwyczaić do zła wokół. Cóż, jednak się przyzwyczailiśmy. Tusk wrócił, notowania PiS lecą w dół, wyniki opozycji już od dawna dają jej zwycięstwo, a w dodatku mimo wahnięć wciąż rosną. Nie słychać okrzyków triumfu? Nie widać nastroju oczekiwania? Ano jakoś nie. Dziwne, prawda? No, właśnie…
---
Piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.