Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Polska szkoła AD 2021, czyli nikomu w tym kraju nie zależy na edukacji!

Pisać czy nie pisać? Zabierać głos i zajmować stanowisko w sprawie polskiej szkoły AD 2021 czy nie? Ma to sens czy nie ma? Jeszcze jeden głos krytyczny wobec tego, co się dzieje i co z tego…? Czy to coś da? Długo biłam się z myślami. W tym czasie nie było dnia bez pożal się Boże ministra edukacji i jego mądrości objawionych w każdym niemal serwisie. W WAKACJE!!! W końcu stwierdziłam, że muszę to z siebie wyrzucić, bo "czasami człowiek musi, inaczej się udusi, ufff…".

"Czy świat bardzo się zmieni, gdy z młodych gniewnych wyrosną starzy wkurwieni", pisał niegdyś Jonasz Kofta. Mieszczę się w tej drugiej grupie z racji wieku. Mam 46 lat i od 22 lat pracuję w szkole. Uczę polskiego w liceum w średniej wielkości mieście na południu Polski. I mam już serdecznie dość! Wszystkiego! Ministra Czarnka i jego bredni, kurator Nowak i jej ideologiczno-polityczno-pseudoreligijnych działań i poglądów, marnych zarobków w szkolnictwie, lekceważenia edukacji i kultury przez wszystkich… Mam dość, dlatego mimo wszystko piszę i stawiam następującą tezę: nikomu w naszym kraju nie zależy na edukacji!

Licealny powrót do przeszłości

Gdyby było inaczej, nie doszłoby do likwidacji gimnazjów, czyli deformy edukacji. Prawie nikt się nie buntował, np. rodzice, których głos sprzeciwu był bardzo słabo słyszalny (nieliczne grupy i stowarzyszenia rodziców). Nie buntowali się sami nauczyciele, uczniowie, samorządowcy. Nie było ogólnonarodowego poruszenia i wielkich manifestacji, Zalewska wprowadziła deformę właściwie bez żadnych przeszkód. Tylko po co? Jaki to miało sens? Dlaczego zniszczono system 6+3+3, który zupełnie sprawnie funkcjonował, okrzepł przez lata, miał się dobrze? Do dziś tego nie rozumiem… Bo prezes chodził w PRL-u do 8-klasowej podstawówki i 4-letniego liceum, a Zalewska chciała mu się przypodobać i w nagrodę wylądować w Brukseli? (co jej się zresztą udało). Nie wiem… To, co obecnie mamy w liceum, to powrót do przeszłości, PRL-bis, przeładowane programy nauczania, przedmioty ogólnokształcące do klasy trzeciej, czyli przez 3 lata, oprócz tego oczywiście rozszerzenia (ergo: uczeń klasy 2 spędza w szkole codziennie 8 godzin!). Pytanie brzmi: po co uczeń klasy humanistycznej ma mieć przez 3 lata biologię, chemię, fizykę, gdy interesują go głównie polski i historia? Po co tracić czas na rzeczy, które i tak się zapomina i od razu wyrzuca z pamięci? Po co komu ta wiedza w świecie, który modernizuje się na potęgę i każdą informację można mieć na jedno kliknięcie w telefonie? Młodzież marnuje czas na sprawy, które jej nie interesują, kosztem tego, co dla niej ciekawe w humanie, biol-chemie, mat-fizie itd.

O maturze z j. polskiego 2023 nie mam już siły mówić, tak mnie to przybija i deprymuje. Zafundowano bowiem młodym ludziom rewolucję – matura ta zmieniła się o 180 stopni! Jako i lista lektur obowiązujących do niej i w ogóle podstawa programowa. Do tej pory lektur obowiązkowych w liceum do matury było 8, w tym ,,Bogurodzica" i twórczość J. Kochanowskiego; zgoda – to za mało. Ale od 2023 jest ich 40 (dla podstawy), w tym takie kobyły jak "Potop" (ok. 900 stron), 3 dramaty romantyczne, kilkusetstronicowe powieści XIX- i XX-wieczne, poezja dawnych wieków (kto to czyta…?), a lista kończy się na mniej więcej latach 80. XX w. (no dobra, jedno opowiadanie Stasiuka i "Madame" wiosny nie czynią).

Tekstów najnowszych ani widu, ani słychu. Z utworów Olgi Tokarczuk tylko ,,Profesor Andrews w Warszawie" (dotyczy stanu wojennego!), a takich np. "Opowiadań bizarnych" nie uświadczysz, a to by dopiero była uczta dla współczesnej młodzieży – tyle inspirujących tematów do dyskusji! Ale nie – lepiej dajmy młodym "Gloria victis" i "Kazania sejmowe" (aha, no i teksty JPII, który, czy pan minister ma tego świadomość (?), dla młodych ludzi jest już postacią historyczną, i nie ma w tym nic dziwnego).! Nie wiem, skąd się wzięło przekonanie tych, którzy listę układali, że jeśli każemy młodym czytać wielkie objętościowo księgi, to oni zaczną czytać?! NIE ZACZNĄ!!! Nawet gdyby nauczyciel był najlepszy, to także nie. Zawsze pierwsze pytanie, które uczniowie zadają, gdy zapowiadam kolejną lekturę, brzmi: "Ile to ma stron?" Na odpowiedź, że 650 (np. "Lalka"), słychać jęk zawodu, zniechęcenia albo widać zrezygnowane machnięcie ręką… To teraz nagle, przy tylu lekturach, zaczną młodzi czytać z wypiekami na twarzy? Akurat! A nawet jeśli znajdzie się paru takich, którzy zechcą, to zwyczajnie nie będą mieć czasu, bo biologia, chemia, fizyka itp.

Czyli co pozostaje? Nieśmiertelne ściągi, bryki, opracowania, streszczenia… To jaki to wszystko ma sens?

Jakie czytanie, jaka miłość do literatury, gdy trzeba te wszystkie lektury ,,przerabiać" – tak właśnie - ,,przerabiać" taśmowo, na akord niemal, bez refleksji, pogłębienia, dyskusji, namysłu, bo… matura.

I wracamy do punktu wyjścia – matury 2023: czas trwania – 240 minut, czyli 4 godziny – żaden egzamin do tej pory tyle nie trwał; zawiera 3 części – czytanie ze zrozumieniem, test historycznoliteracki, wypracowanie na min. 400 słów (do tej pory min. 250 słów).

Czy uczeń będzie siedział ciurkiem 4 godziny i pisał, czy będzie jakaś przerwa – nie wiadomo? Zmieniono także schemat poprawiania wypracowania, bardzo je rozbudowano – wypracowanie takie poprawia się teraz o wiele dłużej – wiem, bo po powrocie do szkoły w maju zrobiłam moim dwóm klasom takie wypracowanie i się o tym przekonałam, niestety.

Nasza robota jest "niekończącą się klęską"

A młodzież już kalkuluje, ile procent wystarczy uzyskać w każdej części, żeby zdać, np. wystarczy napisać samo wypracowanie na 30 proc., żeby zdać, co jest dla większości do zrobienia (wypracowanie to 50 proc.  punktów na egzaminie maturalnym), i inne tego typu wyliczenia. No i kto to będzie poprawiał? Ile czasu zajmie poprawa matury z polskiego przy tak rozbudowanym egzaminie? Jaka będzie za to stawka? Czy poszczególne części będą osobnymi arkuszami, czy będą stanowić całość? Wiele pytań, żadnych odpowiedzi. Nikt nic nie wie, żadnych szkoleń nie było, a miały rzekomo być wiosną 2021 (tak informowała nas dyrekcja), pierwszy rocznik 4-letniego liceum, który będzie zdawał tę maturę, to po wakacjach już 3 klasa, uczona do tej pory przez nas wg dotychczasowych wymagań maturalnych, pierwsza próbna nowa matura to jesień 2023 (informator maturalny ukazał się w marcu 2021; liczy 319 stron!, dla rozszerzenia – 166) – to jest dopiero eksperyment na dzieciach!!! Czy ktoś z decydentów w ogóle wziął pod uwagę te wszystkie czynniki? I jeszcze to, że każdy z nas, polonistów, musi przeorganizować totalnie swój warsztat pracy – wszystkie materiały, które do tej pory zgromadziliśmy do matury (testy, wypracowania i inne – tracą aktualność), czyli kilkanaście moich pękatych segregatorów z różnymi pomocami to właściwie makulatura w tej sytuacji.

I znów kupowanie nowych repetytoriów, opracowywanie materiałów dydaktycznych, przedzieranie się przez gąszcz nowych treści w nowych podręcznikach, które poznajemy tak samo jak uczniowie. Już słyszę teksty o nierobach i pasożytach, że znów narzekają i są niezadowoleni. Ale naprawdę można mieć dość! Poloniści to potwierdzą, szczególnie ci uczący w szkołach średnich – to walka z wiatrakami, a my wszyscy, jak ten Don Kichot, mierzymy się nieustannie z absurdalną rzeczywistością, nasza robota jest "niekończącą się klęską", a nasze zwycięstwa "zawsze tymczasowe". I czy zwykły obywatel, rodzic, ma tego świadomość? No nie ma, bo i skąd?

Zastanawia mnie tylko, kiedy do rodziców dotrze, jaki los zgotowano ich dzieciom? I czy dotrze?

Tak – nikomu w tym kraju na edukacji nie zależy! Gdyby było inaczej, rodzice już podnosiliby sprzeciw, protestowali. A tymczasem skończy się wszystko na tym, że, nie wierząc w to, iż szkoła przygotuje dziecko do matury z polskiego, zamiast zmieniać system, zaczną szukać… korepetytorów.

Tak że koledzy poloniści - szykujcie się na ,,korkowe" eldorado! Ale czy naprawdę o to chodzi?

Ciekawe też, czy będzie wielu chętnych, żeby kontynuować pracę w zespołach maturalnych i poprawiać tę nową maturę? Spośród moich kolegów polonistów, na 5 egzaminatorów, tylko jedna osoba deklaruje chęć pracy przy nowych maturach pisemnych. A młodych egzaminatorów nie ma, bo nie ma młodych nauczycieli (najmłodszy stażem nauczyciel w mojej szkole pracuje już 10 lat). Wiele pytań, wiele wątpliwości i wiele zwątpień. W sens tej pracy w tak fatalnych warunkach finansowych, ale przede wszystkim politycznych.

Koleżanki polonistki w wieku 57-58 lat nie mogą już doczekać się emerytury! Mówią, że gdyby były inne okoliczności (czytaj: inny minister, inna kurator i inny rząd), na pewno rozważyłyby możliwość pozostania w pracy dłużej, teraz jednak absolutnie nie!

Uczniowie także chyba nie mają do końca świadomości, co ich czeka, bo na ewentualne uwagi, że oni też są siłą i wiele mogą, odpowiadają, że to nie ma większego sensu, bo i tak nic nie da się zrobić, lepiej więc co? Tkwić w tym klinczu i liczyć na łut szczęścia, że a nuż się uda zdać tę maturę?

Mówię tu o młodzieży – dzieciach deformy, które do liceum przychodzą teraz wcześniej, są młodsze, a przez to jeszcze dość infantylne, specyficznie "sformatowane" przez edukację podstawówkową (gimnazjaliści byli o rok starsi, dojrzalsi, a w tym wieku rok to dużo, jeśli idzie o rozwój emocjonalny i psychologiczny).

No i sami nauczyciele też zbyt głośno nie protestują przeciw tym patologiom systemu; nie wiem, być może pandemia zrobiła tu swoje, czyli brak spotkań na żywo, przedyskutowania wielu spraw, zastanowienia się, co robić, by coś zmienić. Ale także i konformizm środowiska nauczycielskiego, postawa i myślenie "jakoś to będzie", "trzeba przeczekać", "dłużej klasztora niż przeora", "Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek" też nie jest bez znaczenia. Nie wychylać się, przyczaić się, obserwować. Tylko że to droga donikąd. Dlatego wiele osób odchodzi z zawodu, z tego powodu także. Ale i dlatego, że są kiepskie płace, że wielkiego społecznego znaczenia profesja ta nie ma, co dobitnie pokazał strajk nauczycieli w 2019 roku, że brakuje systemowych rozwiązań w szkolnictwie, jeśli chodzi o jakość i warunki pracy na miarę XXI wieku, że do szkoły wkraczają ideologia i polityka, a tym samym zostaje coraz mniej miejsca na wolność: pracy, myślenia, dyskusji, bycia, kim się chce.

Ideologiczne hasła mają przykryć niekompetencję ministra

No właśnie – polityka… Najbardziej chyba nie zależy na szkole obecnemu ministrowi edukacji, bo gdyby mu zależało na wykształceniu młodych Polaków, to nie robiłby tego, co robi, i nie wygadywałby tak wierutnych bzdur. Każdy kolejny dzień przynosi coraz fantastyczniejszą wypowiedź tego człowieka, który, wydaje się, że niczym już publiki nie zaskoczy, a jednak! A jednak zawsze mu się to udaje, in minus oczywiście. To smutne, ale czy dziwne, patrząc na rozmaite decyzje kadrowe prezesa, że ministrem edukacji został człowiek, który kompletnie się na edukacji nie zna! Brak mu kompetencji, nie rozumie specyfiki szkoły, nie ma pojęcia, jaka jest i co myśli współczesna młodzież!

To pospolity harcownik, rzucający co i rusz ideologiczne hasła, by przykryć nimi swoją niekompetencję.

Człowiek, który zamiast na konferencji prasowej dotyczącej ogłoszenia wyników matur pojawia się w Częstochowie na Jasnej Górze na pielgrzymce nauczycieli – media pokazują, jak stoi w pierwszym rzędzie przed ołtarzem, co tam matury.

O "cnotach niewieścich" nie chce mi się nawet wspominać (=Gilead; ale proszę bardzo: ja "cnoty niewieście" wpajam moim uczennicom od zawsze, "cnoty" na miarę XXI wieku, czyli: niezależność, otwarta głowa, odwaga, samodzielność, siła ducha=women’s power); o poniżaniu mniejszości seksualnych naprawdę wstyd mówić ("to nie są normalni ludzie"), "Unia Europejska to twór niepraworządny" – to kolejny "bon mot" tego człowieka. Co jeszcze powie? Na co jeszcze mu pozwolimy?

Gdzie są rodzice uczniów, których losem chce zawiadywać Czarnek?! Kierunki polityki oświatowej państwa na rok szkolny 2021/22 to np. "wspomaganie wychowawczej roli rodziny, m.in. poprzez właściwą organizację (podkreślenie moje) zajęć edukacyjnych wychowanie do życia w rodzinie (…)". Są to, jak na razie, zajęcia nieobowiązkowe; w mojej szkole w przyszłym roku chęć uczestnictwa w nich zadeklarowało 45 osób (z klas 2 i 3) na ok. 1200 uczniów! Przypuszczam, że podobnie jest w innych szkołach średnich. I to jest punkt pierwszy na ministerialnej liście! Natomiast punkt 3 stanowi: "działanie na rzecz szerszego udostępnienia edukacji klasycznej (…), edukacji patriotycznej, nauczania historii oraz poznawania polskiej kultury (…); szersze i przemyślane wykorzystanie w tym względzie m.in. wycieczek edukacyjnych – no tak, dołóżmy uczniom do i tak przeładowanego planu lekcji jeszcze więcej historii – wszyscy zapieją z zachwytu!

Historia to jeden z przedmiotów najbardziej nielubianych przez uczniów, niestety. Czarnek myśli, że gdy dorzuci im jeszcze po 2 godziny (czy ile tam chce), to oni zaczną nagle kochać ten przedmiot (to tak jak ze wspomnianą wyżej listą lektur) – otóż powtórzę po raz kolejny: NIE ZACZNĄ!

Mamy XXI wiek, a w szkole Czarnka trwa wiek XIX!

Ale dobra – im więcej przymusu, tym gorsze skutki. Efekt będzie odwrotny do zamierzonego, to jest raczej oczywiste, jednak nie dla tego ministra. Widać tu jak na dłoni, że Czarnek nie ma pojęcia, jaka jest współczesna młodzież i co ją interesuje. Poza tym "przemyślane" wycieczki edukacyjne. Kto je będzie "przemyśliwał"?:) Pewnie imć minister we własnej osobie, do spółki z kurator Nowak. Nauczyciele  już się palą do tych wycieczek! A młodzież jeszcze bardziej! Mamy XXI wiek, a w szkole Czarnka trwa wiek XIX! Pruskie nauczanie, ławka, tablica, kreda, zeszyt i pióro. A młodzież wymiata w nowoczesnych technologiach i bije szanownego ministra pięć razy na głowę w ich wykorzystaniu – może tę sprawę należałoby przemyśleć! Świat pędzi do przodu, zmienia się, a niektórzy zaparkowali w przeszłości i chcą, by inni też tam tkwili.

Ale, i tu pana zaskoczę, być może, panie ministrze, to się nie uda. Nie! Po prostu. Młodzi głupi nie są, widzą, co się dzieje. Partię, która rządzi, uważają (większość) za obciachową, śmieją się z wypowiedzi ministra (i jego akolitów), mówią, że studiowanie na KUL-u to wstyd (Czarnek niedźwiedzią przysługę tej uczelni robi). Powinien pan minister wybrać się do jednego czy drugiego liceum, przejść się po korytarzach, posłuchać młodzieży, pogadać z nią, zobaczyć, jak młodzi wyglądają (kolorowo), jak są ubrani, co ich zajmuje (np. Wersow i Ekipa, youtuberzy, influencerzy itp. – takie czasy i nie ma się co obrażać, że świat jest, jaki jest; mi też nie wszystko się w nim podoba, co nie znaczy, że będę gasić ogień benzyną), i na pewno nie jest to historia, a np. kryzys klimatyczny i ekologia. Obecne pokolenia młodzieży to generacje nieznające świata bez internetu, bez Netflixa, Instagrama i tym podobnych, żyjące w dużej mierze w sieci (nawet zwykłej telewizji nie oglądają), a tu na siłę próbuje się je zmieniać. To się nie uda! Ja nie wiem, czy ci, którzy decydują o szkole, nie mają własnych dzieci, wnuków, nie widzą, jacy są młodzi ludzie?!

No tak – prezes nie ma dzieci ani wnuków, to co on może wiedzieć… Co on w ogóle wie o świecie? Internety go przerażają, a ochroniarze nieustannie pilnują. Ten smutny człowiek chce, by inni byli jak on… A młodzi na to: LOL! Tak czy inaczej, wesoło, niestety, nie jest. Pomoc psychologiczno-pedagogiczna to dopiero punkt 4 na liście ministerstwa (tu dopiero jest co robić w dobie pandemii! A, nie - sorry, pomogą wycieczki patriotyczne!), a edukacja ekologiczna to punkt 6, czyli ostatni (i tak cud jakiś, że ją wstawili). Zobaczymy, jak to będzie wyglądać…

Tyle religii  i tyle równocześnie nienawiści

No i ta nieszczęsna religia w szkole, której w ogóle nie powinno tam być. Młodzież coraz częściej rezygnuje z religii, dlatego ma być ona obowiązkowa. Albo etyka, której mają uczyć nauczyciele po szkole Rydzyka. Hahaha! (komuno wróć! - kiedyś obowiązkowe były szkolenia partyjne i wojskowe, np. na uczelniach). Co tu komentować…

Ale dobrze – im więcej tego typu przymusu, tym gorzej dla religii, bo tym szybciej laicyzujące się społeczeństwo. Religia w szkole to porażka, od samego początku. Wiedza religijna młodych (a i starszych wielu), to wiedza żadna. A religia w edukacji od przedszkola! Dramatyczny poziom tejże wiedzy religijnej wychodzi na polskim przy okazji omawiania fragmentów Biblii (szczególnie), lecz nie tylko. Brak elementarnych wiadomości religijnych jest naprawdę zatrważający (dobrze oddali to scenarzyści w jednym z odcinków serialu "Ranczo", w którym okazało się, że Matka Boska jest… Polką, bo przecież "nasza, częstochowska"). Zastanawia mnie także fakt następujący – jak to jest, że tyle religii w życiu Polaka od najmłodszych lat, i tyle równocześnie nienawiści w społeczeństwie? Gdzie miłość bliźniego? Szacunek, zrozumienie, współczucie, wyrozumiałość dla innych i ich słabości, inności? Czyż nie tego powinni uczyć na religii?

A tymczasem w większości szkół średnich poziom lekcji religii jest zatrważający – obowiązuje narracja jędraszewsko-rydzykowo-nacjonalistyczno-fanatyczna, żadnych pytań, dyskusji, wątpliwości, jedynie słuszny, dogmatyczny przekaz. Ksiądz Boniecki? To, wg niezrównanego ministra Czarnka, neoprotestantyzm; może by to i było śmieszne, gdyby nie było aż tak głupie.

Gdy zapytałam kiedyś młodzież, czy jest na religii mowa o pedofilii wśród kleru, usłyszałam, że na pytanie zadane księdzu o ten wielki problem padła odpowiedź, że nie wszyscy księżą przecież tacy są… (ale to znaczy, że część tak!). I kropka, nic więcej.

Albo moja poprzednia klasa kilka lat temu opowiadała mi, że usłyszeli od katechetki następujący wywód: pornografia = masturbacja = pedofilia. Młodzi potraktowali to jako żart i w błyskotliwie ironiczny i inteligentny sposób wyśmiali ową nauczycielkę, czego ta nie zauważyła. Ponieważ pracuję w rejonie Polski, który jest mocno kościelny (i PiS-owski, to rezygnacji z lekcji religii nie ma aż tak wiele jak w dużych miastach).

Gdy po powrocie do szkoły w maju, po zdalnym nauczaniu, spora grupa uczniów z klasy 1 chciała wypisać się z religii, usłyszała od katechety, że poinformuje o tym parafię każdego ucznia. A że większość jest z małych miejscowości, gdzie wszyscy się znają i gdzie Kościół wciąż wiele może, to zrezygnowali z obawy ostracyzmu, presji rodziny itp.

Jaką zatem młodzież (większość) przyjmuje postawę wobec religii w szkole? Konformistyczno-oportunistyczną – chodzi na lekcje, by mieć obecność, ale traktuje to jak zło konieczne. Rzadko podejmuje dyskusję z katechetami, bo większość z tych nauczycieli nie potrafi dyskutować merytorycznie, usiłując arbitralnie narzucać swoje zdanie, dlatego młodzi odpuszczają, co nie jest dobre, ale z kalkulacji wynika, że się opłaca. Jednym uchem słuchają, drugim wypuszczają, co słyszą, między sobą naśmiewając się z poziomu owej "wiedzy". Gdy ktoś radykalnie nie zgadza się z "prawdami objawionymi" wygłaszanymi przez katechetów i próbuje polemizować, dostaje łatkę trudnego ucznia albo… przenosi się do innego katechety na lekcje, bo mimo wszystko chce chodzić na religię (mieliśmy kiedyś taki przypadek kilka lat temu, dyrektor zgodził się na tego typu rozwiązanie), albo po prostu rezygnuje. Pamiętam też jedną z moich klas wychowawczych, która poprosiła dyrekcję o zmianę katechety, jako że ten wygadywał jakieś farmazony na temat dzieci rozwiedzionych rodziców, w ogóle rozwodów, a w tej klasie byli uczniowie z bardzo różnymi doświadczeniami rodzinnymi. I nie mogli oni znieść takiego napiętnowania. Dyrekcja przychyliła się do prośby klasy (swoją drogą to paradoks, że dyrektor nie ma żadnego wpływu na katechetę, bo ten podlega biskupowi w kwestiach merytorycznych i dydaktycznych, ale pieniądze dostaje od państwa, czyli publiczne).

Coraz częściej jednak młodzież decyduje się na krytykę, i to publiczną, różnych głupot wciskanych jej przez nauczycieli religii, jak np. młodzież z jednego z liceów w Limanowej, której ksiądz wysłał online prezentację dotyczącą leczenia homoseksualizmu (!).

Ale młodzi widzą, co się dzieje wokół, także w Kościele, który zamiast łączyć – dzieli, zamiast wybaczać – potępia i wyklucza, tkwi w sojuszu z polityką. Jest tylko i wyłącznie instytucją – anachroniczną w swoim działaniu, jak najdalszym od ewangelii. Widzą, słyszą, co się dzieje, wyciągają wnioski, reagują. Uważam, od samego początku mojej pracy w szkole, że należy ich traktować poważnie i rozmawiać z nimi na wszystkie tematy, przegadywać różne, czasem trudne, sprawy, zastanawiać się, słuchać różnych opinii – to się zawsze sprawdza, bo daje upust emocjom, które bywają niełatwe. Poza tym rozmowa o sprawach ważnych dla młodzieży często pomaga tym, którzy nie mają odwagi, by się odezwać, ale słuchają i czasem indywidualnie podchodzą i proszą, by o czymś pogadać. Młodzież lubi i potrafi dyskutować, potrzebuje tego. Język polski, jako przedmiot, daje wiele możliwości do wymiany myśli, zdań, poglądów. Także w kwestii spraw bieżących, ważnych dla każdego obywatela. I, proszę mi wierzyć, opinie te i przekonania są naprawdę bardzo różne, takie jak w społeczeństwie, dlatego tak istotna staje się możliwość ich prezentowania, wzajemnego słuchania się i polemizowania.

Pokój nauczycielski coraz bardziej milknie

We wszystkich klasach, w których do tej pory uczyłam, szczególnie w moich wychowawczych, ta metoda, rozmawiania o wszystkim, zawsze się sprawdzała. Dlatego może warto by czasem zapytać młodzież, co myśli o takim, czy innym pomyśle decydentów, a nie tylko protekcjonalnie narzucać jakieś rozwiązania, by potem rozliczać z ich realizacji dyrekcję, nauczycieli, młodzież. 

Poza tym, czego zdaje się nie zauważać obecny minister i jego przyboczni, żyjemy w cyfrowym świecie, gdzie wszystko można sprawdzić od razu, więc przepraszam, ale serwowanie młodzieży bzdur nie przejdzie! Póki co internetu jeszcze nie ocenzurowali, więc dostęp do różnego rodzaju informacji ma każdy na wyciągnięcie ręki. A minister myśli, że można tak ręcznie i odgórnie sterować edukacją, bo on tak chce i tak mu się wydaje?!

Martwi mnie jednak milcząca zgoda na takie działania większości nauczycieli, słaby opór środowiska, w tym ZNP, teksty typu: "po co się wychylać i szarpać" lub "mądry nauczyciel wie, jak obejść system, i tak będzie robił swoje". Ale czy naprawdę o to chodzi, by wciąż "obchodzić system"?! Naprawdę? Brać ich na przeczekanie…? Przyjmować wszystko bez sprzeciwu? Milcząco godzić się na całą tę hucpę? Ciągle emigrować wewnętrznie…? No, ale tak się dzieje, ergo: nikomu w Polsce na edukacji naprawdę nie zależy – będę to powtarzać jak mantrę. Niektórzy zarzucą mi pewnie upraszczanie sprawy i generalizowanie, czy jednak sprzeciw ludzi, którym zależy, przebija się do mainstreamu? Gdy wychodzą protestować górnicy, natychmiast budzi to zainteresowanie polityków i mediów. Podobnie policjanci, pielęgniarki, rolnicy. Ale nauczyciele? Wiemy, co było w 2019 r. – głównie fala hejtu z powodu strajku. Tak, są organizacje, stowarzyszenia i różne działania podejmowane przez ludzi, którym nie jest wszystko jedno (niektórzy rodzice, nauczyciele, ludzie związani z dydaktyką), jednak to wciąż za mało. Nie ma oddolnego oporu wśród rodziców, który byłby, moim zdaniem, najbardziej skuteczny.

Skoro Czarnek mówi, że to rodzice powinni decydować o tym, co się w szkołach ich dzieci dzieje, to niechże to do nich dotrze, niech decydują, czy chcą takiego ministra na czele resortu edukacji, czy chcą, by młode pokolenia uczyły się w nowoczesnej szkole w UE, czy żeby tkwiły w zaścianku mentalnym à la PiS.

Rodzice naprawdę mają wielką siłę, którą czasami wykorzystują na rzeczy naprawdę błahe, typu próba przekonania nauczyciela, że "moje dziecko jest najlepsze i najmądrzejsze", gdy de facto tak nie jest. Każdy gra na siebie i swoje dziecko, zamiast zjednoczyć siły w słusznej sprawie. Odważnych rodziców, nauczycieli, dyrektorów jest niewielu, o czym już pisałam wyżej. Zastanawiałam się nieraz, czemu tak jest, i doszłam do wniosku, że chodzi chyba o… pieniądze, niestety. Ludzie, którzy tak marnie zarabiają, nie chcą się dodatkowo narażać z powodu, nie wiem, choćby utraty nadgodzin, dodatkowych zajęć, dodatku motywacyjnego, nagrody dyrektora itp.

Łatwo jest zdeptać godność człowieka, którego upokarza się systemowo, bo niskie zarobki za naprawdę ciężką pracę (szczególnie w szkołach średnich) to upokorzenie.

Do tego tony głupawej biurokracji, ciągła podejrzliwość kuratorów i ministra, pozbawianie elastyczności i swobody w organizowaniu sobie pracy – to wszystko także nie sprzyja optymizmowi i rodzi frustrację. Warto przyjrzeć się całej organizacji systemu oświaty w Polsce, Karcie Nauczyciela, systemowi awansu zawodowego, szkołom na wsi (sic!) i tym podobnym kwestiom. Ale kto to ma zrobić? Czarnek? No przecież że nie! Paru światłych belfrów nie wystarczy, by coś zmienić odgórnie – tu trzeba dobrej woli ludzi z wielu środowisk: nauczycieli, rodziców, naukowców, urzędników, polityków, samorządowców, wreszcie samych uczniów i studentów.

Niestety, większość rodziców nie ufa szkole, nie wierzy, że jest ona w stanie przygotować dobrze młodych do egzaminów, stąd parcie na korepetycje i coraz większa popularność szkół prywatnych, na które stać coraz więcej ludzi (bo tam małe klasy, większa indywidualizacja nauczania, elastyczność w doborze przedmiotów rozszerzonych, lepsze warunki lokalowe i sprzętowe itd.). A stąd już krok do pogłębiającej się dysproporcji w jakości edukacji – straci publiczna, zyska prywatna (szkoły dla elity i reszty świata wcale nie są taką odległą przyszłością, jak się może wydawać).

Piszę o tym wszystkim, bo chyba mi jeszcze zależy, bo kocham (?) swoją pracę pomimo wszystkich zastrzeżeń, które wymieniłam.

Ale po raz pierwszy nie myślę ciepło o powrocie do szkoły po wakacjach, o nowym roku szkolnym i nowych klasach, o gwarze pokoju nauczycielskiego, który coraz bardziej milknie. Nie wiadomo, kto swój, a kto nie, kto z kim trzyma i za kim się opowiada, na kogo będzie można liczyć w ewentualnej godzinie próby, a na kogo nie.

Nie cieszy już uczenie, jeśli ma się realizować na lekcjach teksty, które mnie samą nudzą, a co dopiero młodych… 22 lata w zawodzie, kawał życia, zawodzie, który wybrałam świadomie, bo zawsze chciałam uczyć, zawodzie, który wypełnia mi codzienność po brzegi, który zmusza do ciągłego dokształcania się, daje/dawał (?) wiele satysfakcji (sukcesy uczniów), uczył pokory, ale i napełniał siłą ducha tak, że się chciało nie spoczywać na laurach, podejmować nowe wyzwania, proponować młodzieży różne dodatkowe rzeczy, jeździć z nią na świetne wycieczki, towarzyszyć młodym przy wchodzeniu w dorosłość, śmiać się z nimi, rozmawiać, wprowadzać w fantastyczny świat języka, sztuki i kultury. A teraz co? Po co cokolwiek robić więcej ponad to, co konieczne?

Naprawdę nie myślałam, że doczekam TAKICH CZASÓW! Czyli Czarnka i jemu podobnych, powrotu do przeszłości w szkolnictwie (PRL-bis), czasów "zamętu i nocy" = wstecznictwa, ciemnoty, obskurantyzmu, ciasnoty umysłowej, szczucia na ludzi, ostracyzmu wobec inności… XXI wiek, Europa, a to wszystko dzieje się naprawdę!

Nie wiem, co będzie, coraz częściej jednak myślę o odejściu z tego zawodu (może już się do niego nie nadaję…?). Po co walczyć z wiatrakami…? "Za stary jestem, by uwierzyć w rewolucję" - że powtórzę za Jaromirem Nohavicą. A robić coś wbrew sobie nie potrafię, więc chyba trzeba będzie się rozstać ze szkołą… A jako że nie ma ludzi niezastąpionych, nikt tego nawet nie zauważy (gdy podzieliłam się ze znajomymi tymi wątpliwościami, tylko jedna na kilkanaście zapytała z przejęciem: "Ojej, to kto będzie uczył tę młodzież teraz?", słownie: jedna! Pozostali w ogóle się nad tym nie zastanawiali, interesowało ich tylko, jakie mam plany na przyszłość). Czy ktoś jeszcze wątpi w tezę, że nikomu w Polsce nie zależy na edukacji…?

Napisałam do "Gazety", bo ,,GW" to my, czytelnicy, których zachęca się do dzielenia się na łamach swoimi sprawami, przemyśleniami, troskami. Co niniejszym, u progu nowego roku szkolnego, uczyniłam. Ciężko i długo mi się go pisało, choć zazwyczaj nie mam problemu z przelewaniem myśli na papier. Ciężko, tzn. z ciężkim sercem, bo to sprawy dla mnie wciąż ważne i trudno mi zdobyć się na dystans wobec nich. Ale poczułam, że muszę "się wygadać", tak… terapeutycznie. Ciekawe też, czy inni nauczyciele mają podobne do moich odczucia i doświadczenia?

Czytelniczka

Zgodnie z życzeniem Czytelniczki czekamy więc na Wasze opinie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.