Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

 „Co by tak spieprzyć Panowie"

Wojciech Młynarski

Zaczynając jakiekolwiek rozmowy o reprywatyzacji, trzeba pamiętać o tym, co się zdarzyło w Polsce w czasie II wojny światowej i po niej. To pozwoli zrozumieć ten skomplikowany problem mimo 24 różnorodnych prób parlamentarzystów, które nie zakończyły się sukcesem. Reprywatyzacja to słowo powtarzane w Polsce, a szczególnie po transformacji, w różnym kontekście, wywołujące różnorodne spory społeczne, które były i są do dzisiaj wykorzystywane przez różne opcje polityczne, ale dopiero po 1989 r. sprecyzowane w encyklopedii PWN jako: "przywrócenie byłym właścicielom bądź ich spadkobiercom prawa własności do nieruchomości, ruchomości lub przedsiębiorstw, realizowane w różnych formach i w różnym tempie". Co prawda zapomniano o znacjonalizowanych majątkach ziemskich i to nawet tych, które były źródłem utrzymania rodzin chłopskich, np. o powierzchni 60 hektarów, których powierzchnia dzisiaj nie budzi żadnych zastrzeżeń, ale czasy się zmieniają.

Bardzo mądra maksyma prawa rzymskiego brzmi "sprawiedliwe jest oddanie każdemu tego, co mu się słusznie należy", jak również i ta już współczesna, że „własność to jedno z najważniejszych i najdawniej obowiązujących w świecie praw porządkujących relacje międzyludzkie". Okazało się, że w Polsce nie obowiązują zarówno prawo rzymskie, Kodeks Napoleona, jak i obowiązujące w świecie cywilizowanym prawa.

My, jak wiadomo, jesteśmy najlepsi, wyjątkowi i możemy iść własną drogą, która z reguły prowadzi na manowce. I tak jest z tą nieszczęsną reprywatyzacją.

Nieruchomości obywateli polskich pochodzenia żydowskiego w czasie okupacji przejęły władze niemieckie, a władze PRL przejęły je, już 6 maja 1945 r., na podstawie ustawy o majątkach niemieckich, opuszczonych i porzuconych. 26.10.1945 r. pojawił się tzw. dekret Bieruta, który spowodował nacjonalizację wszystkich nieruchomości, zarówno zabudowanych, jak i niezabudowanych, leżących w granicach ówczesnej Warszawy. Warto przypomnieć, że dekret ten przewidywał wypłatę odszkodowań za znacjonalizowane mienie, ale w zasadzie do 1989 r. nie było to realizowane. I przez prawie 44 lat państwo zarządzało i administrowało tymi nieruchomościami i to w taki sposób, że większość z nich doprowadzono prawie do ruiny i dekapitalizacji.

Ustawę rządu Buzka zawetował Kwaśniewski 

Widać to dzisiaj w Łodzi, Radomiu, Kielcach, Lublinie i w wielu polskich miastach mimo ogromnych wysiłków samorządów tych miast, aby doprowadzić do normalności. Pierwsze próby uregulowania tego problemu podjął w 1993 r. rząd AWS pod kierownictwem prof. Jerzego Buzka, ale skończyło się to tak jak w Polsce. Ówczesny prezydent Aleksander Kwaśniewski zawetował tę ustawę z powodu zapisu, że tylko właściciele i ich spadkobiercy z polskim obywatelstwem mogą ubiegać się o zwrot znacjonalizowanych nieruchomości. Przy okazji padły tam słowa prezydenta o możliwości wystąpień obywateli przeciwko państwu w tych roszczeniowych sprawach, co potwierdzało tezę, że człowiek lewicy nie jest chętny reprywatyzacji.

A ustawy nie było, co spowodowało dalszą dekapitalizację majątku, bałagan prawny, straty byłych właścicieli i ich spadkobierców, pojawienie się oszustów, nierozwiązane problemy lokatorów i ich spadkobierców z tzw. puli lokatorów kwaterunkowych, straty finansowe zarówno państwa, jak i samorządów lokalnych, ale i to, co jest najważniejsze, ogromne straty społeczne.

Ale tego poszczególne rządy oraz wybrańcy narodu (parlamentarzyści) nie zauważali, widocznie mieli inne priorytety. A problem w Polsce pozostał. Inne państwa z byłego bloku sowieckiego, w różny co prawda sposób, proces ten zamknęły i mają spokój.

Mała ustawa reprywatyzacyjna i komisja Jakiego

W 2015 r. ówczesny rząd PO i PSL z powodów problemów samorządu warszawskiego, związanych z reprywatyzacją, przeforsował ustawę, która zyskała nazwę „małej ustawy reprywatyzacyjnej", ale dotyczyła ona tylko Warszawy i nie rozwiązała narastających problemów w całej Polsce. Weszła ona w życie dopiero we wrześniu 2016 r., ale już 9 marca 2017 r. posłowie Solidarnej Polski przy udziale koalicjantów z PiS-u uchwalili ustawę "o szczególnych zasadach usuwania skutków prawnych decyzji reprywatyzacyjnych dotyczących nieruchomości warszawskich wydawanych z naruszeniem prawa" i powstaniu tzw. komisji weryfikacyjnej. Powstał bubel prawny w wydaniu geniusza Patryka Jakiego, który okazał się jedynie bronią w stosunku do wroga – PO – która sprawowała władzę w samorządzie warszawskim. TVP Info robiło swoje!!! Ale to sprawy nie załatwiło, problem został.

Ten bubel był dwukrotnie nowelizowany w 2018 r. i 2020 r. łącznie z ustawą o gospodarce nieruchomościami i nawet nazywany był przez geniuszy "dobrej zmiany" ustawą reprywatyzacyjną, co jest kpiną z prawa, państwa i obywateli.

A pełnej ustawy reprywatyzacyjnej, jak nie było, tak nie ma, mimo że przedstawiciele władzy łącznie z prezesem PiS-u Jarosławem Kaczyńskim obiecywali uchwalenie takiej ustawy (pismo prezesa z listopada 2017 r. skierowane do mnie). Powstał projekt tej ustawy przygotowany przez Patryka Jakiego, ale okazał się bublem prawnym i zniknął w szufladach sejmowych.

Przyszedł rok 2021 i rządzący jak i ich „wybrańcy narodu" spreparowali nowelizację ustawy o postępowaniu administracyjnym, która praktycznie zamyka i uniemożliwia odzyskanie zagrabionego przez państwo mienia, mimo że wiadomo było, że to spowoduje daleko idące reperkusje dyplomatyczne, jak i szkody byłych właścicieli nieruchomości oraz ich spadkobierców. Rząd, prezydent, jak i ci, którzy ustalają prawo - parlamentarzyści, wszyscy są zadowoleni, myśląc, że sprawa jest załatwiona.

Ale okazało się, że ja, prosty inżynier, miałem rację. Istnieje konieczność uchwalenia ustawy reprywatyzacyjnej i to prawdziwej, bo triki prawne niczego nie załatwią. Brak zdolności przewidywania, protezy prawne i tworzenie prawa, które ma polepszyć wygodę i komfort rządzących, zawsze prowadzi do klęski, i to się niestety stało. Prawdziwej, pełnej ustawy, jak nie było, tak nie ma, a problemy, tak jak z tą "kulą śniegową", rosną. „Klasa polityczna nie jest zdolna do samoreformy i zmiany mentalności", powiedział kiedyś prof. Andrzej Rychard i trudno się z nim nie zgodzić. Jak zwykle okazało się, że "Polak mądry po szkodzie".

Andrzej Wawrzeńczak

listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.