Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Piszę ten list, żeby podzielić się z pewną refleksją... a właściwie pożalić.

Jestem pielęgniarką z ogromnym doświadczeniem po trzydziestu latach pracy na ciężkim oddziale szpitalnym.  Z czym wiąże się ta praca, nie muszę nikogo uświadamiać.

Od dziesięciu lat mam dodatkowy etat w poradni, żeby w miarę godnie żyć, wyjechać na wakacje no i pomóc córkom studiującym na studiach dziennych.

Właśnie otrzymałam wynagrodzenie za lipiec uwzględniające podwyżkę w ramach Ustawy o najniższych wynagrodzeniach w służbie zdrowia. Wynosi ona 72 zł 25(!) gr

I tak się zastanawiam, kiedy w końcu nastąpi kres upokorzenia. Nie mam już siły mieć nadziei na to, że ktoś poważnie i z szacunkiem potraktuje zawód, który wykonuję. W dobie pandemii, przy gargantuicznej inflacji, przy braku personelu, pracy w okrojonym składzie i kwotach podwyżek, które rząd zamierza sobie przyznać, kwota 72 zł 25 gr (!) jest co najmniej jak wymierzenie siarczystego policzka.

Rozważam wyjazd za granicę lub porzucenie zawodu. Nie tylko ja tak myślę i za chwilę nie będzie miał nas kto leczyć i pielęgnować. Czy jeszcze ktoś się dziwi, dlaczego tak się dzieje?

Ewa Witas 

listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.