Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Kolejna rocznica, kolejny raz o godzinie 17.00 Warszawa staje na baczność, żeby uczcić wielkie powstanie. W radiu słychać głosy ważnych osobistości, które zachęcają do pamiętania, do refleksji nad etosem i moralną wielkością poległych. W mediach społecznościowych różne stronnictwa prześcigają się w obchodowych postach, jak gdyby stawką było prawo do jedynej słusznej czci.

Atmosfera, jak co roku, poważna, ale dumna. Może trochę smutna, bo jednak nie obyło się bez tragedii, ale podniosła – podniosła nadzieją miasta, które przeżyło. Z gardłowym okrzykiem lub opuszczoną głową, tak czy inaczej pomyślmy o bohaterstwie, bez którego nas by tu nie było.

Tymczasem mnie, też kolejny rok, nachodzi myśl zgoła inna. Mój pradziadek był uczestnikiem powstania, chociaż nie na pierwszej linii frontu. Działał w biurze informacji i propagandy. W trakcie pamiętnych 63 dni stracił oko, zdaje się, że nie w walkach, tylko w pożarze jakiegoś budynku. Ale oko to nic. Przede wszystkim stracił dziewiętnastoletnią córkę, łączniczkę AK. Zginęła podobno w budynku polskiego radia przy Zielnej. Tego nie jestem pewien, dowiaduję się na własną rękę ze stron internetowych. Nie wiem, co tak naprawdę robił pradziadek ani jaki dokładnie los spotkał jego córkę. Nie wiem, co się wtedy działo z moją prababcią. W domu się o tym nie rozmawiało. A co do prababci to wiem tylko, że była zawsze trochę wycofana. Uprzejma, ale chyba niezainteresowana światem.

Mój dziadek stracił więc w powstaniu siostrę. Być może stracił też rodziców, choć nie w dosłownym sensie. Ale czy nie w sensie boleśniejszym? I czy ta boleść nie przeszła dalej, na mojego ojca, a potem na mnie i brata?

Czym obarczamy dziś nasze związki z innymi ludźmi, ze sobą nawzajem, jakim piętnem? Jak dużo oni przemilczali i my bezwiednie przemilczamy, nie dostrzegając, że ta cisza płynie z tragedii wojny? Czy nie taka jest prawdziwa historia warszawskiego powstania z perspektywy kilku pokoleń? Czy to nie woła o pamięć i refleksję: że zginęli, że stracili, że po czymś takim trudno być razem?

Bohaterzy narodów, do których my nie dostajemy moralną cnotą. Być może. Na pewno łatwo na tym budować pozornie trwałą wspólnotę. Pozornie, bo choć pamiętamy bohaterów, brakuje nam bliskich.

Jakub Dadlez – doktorant na Wydziale Filozofii UW, redaktor wydawnictw naukowych, nauczyciel

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.