Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Jako reprezentant pokolenia urodzonego po '89 i pamiętającym jeszcze bramki na granicach państwa oraz ograniczenia w prowadzeniu biznesu, jestem trochę zaniepokojony sytuacją w Polsce.

Nie chodzi mi tutaj wyłącznie o partię Jarosława Kaczyńskiego, a bardziej chciałbym się skupić na czymś, co politolodzy określają "wymienialnością elit".

Przez 30 lat w Polsce, do 2015 roku, z grubsza rządziły partie powiązane z pewnym establishmentem, czy, jak to ujął prezes PiS: liberalny "układ", który uznał, że bez względu na barwy polityczne, okręt o nazwie "Polska" będzie dryfował tylko w jednym, słusznym kierunku, tzn. kierunku wyznaczonym przez establishment.

I gdy ten przekładaniec AWS-SLD-PO-PSL się skończył, ludzie powiązani z tymi partiami bardzo ciężko to znieśli. Pucze, manifestacje, protesty zdawały się nie działać na obecnie rządzących, bo wydarzyło się coś, czego dzisiejsza opozycja zdaje się nie zauważać.

A zmieniły się uwarunkowania i oczekiwania wyborcze. Elity muszą wykształcić następców umiejących nawiązać kontakt z ludźmi, których 30 lat temu jeszcze nie było, i tymi, którzy dopiero zyskują prawa wyborcze. 

Na nic się zdadzą utyskiwania, by obalić władzę samym anty-PiS, gdy twarzami PiS są relatywnie młodzi politycy w osobach premiera Morawieckiego, prezydenta Dudy, czy jak kto woli prezesa Orlenu Obajtka.

To są prominentne twarze PiS-u, które widzowie państwowych mediów widzą dzień w dzień. Po drugiej stronie zamiast świeżości i nowości w postaci chociażby Trzaskowskiego, postawiono na starego, zużytego polityka, który żyje wydarzeniami 2007-2015, kiedy hasła "zabierz babci dowód" były uznawane na eleganckie i oznaczały postawę obywatelską wobec zaściankowego "moheru".

Trudno jest szukać wystąpień prezesa PiS na wiecach, bo jak to ujął premier Tusk – ten "schował się w jaskini".

PiS odrobił lekcję i doskonale wie, że brat zmarłego prezydenta ma potężny elektorat negatywny i zdążył wykreować osoby w partii, które swoją aparycją w niczym nie przypominają stetryczałego, nadąsanego polityka.

A takim niestety jest p. Donald Tusk, który nie mówi "co będzie", ale "co było", i że warto do tego wrócić. Można, co prawda, zawracać Wisłę kijem, oświadczając, że premier Kopacz miała "podobny" projekt do 500+ w szufladzie, ale przeczą temu wystąpienia chociażby wielokrotnie pokazywanego ministra finansów p. Rostowskiego z często powtarzanym w mediach publicznych frazesem o braku pieniędzy.

Muszą się też zmienić elity europejskie

I ten sam problem z wymianą elit ma biurokracja europejska. W Europie od jakiegoś czasu narastają tęsknoty za państwami narodowymi, czy jak kto woli za "Europą Ojczyzn" de Gaulle'a. A prominentni politycy europejscy w obawie przed zmianą całej administracji starają się zrobić wszystko, by rządów podobnych do tych w Polsce i na Węgrzech nie objęli politycy we Francji czy Włoszech.

Europa miała od 2004 roku blisko 20 lat na wymianę elit, ale przyjęła za pewnik, że wszystko będzie trwało wiecznie.

Być może oparli swoje przekonanie na publikacji Fukuyamy o "końcu historii" i że żadnych zmian w funkcjonowaniu Unii podejmować nie będzie trzeba, bo wszyscy będą z jednego establishmentu i zgadzali się co do wspólnych, niejasno określonych ogólnych wartości.

A gdy pojawiły się rządy PiS w Polsce, Fidesz na Węgrzech, rosnąca popularność Le Pen we Francji czy Salvini we Włoszech, administracja europejska podejmuje gorączkowe starania, by dać przykład tym zachodnim aspirującym do władzy politykom "co będzie, jeśli...".

Prawda, co powiedział premier Donald Tusk o tym, że prezes Jarosław Kaczyński z premierem Orbanem mogą zapoczątkować "rozwalenie Unii". Nie wiem, na ile było to intencjonalne, ale takie prawdopodobnie głosy krążą po salonach europejskich i dlatego komisarz Jourova podejmuje teraz tak śmiałe kroki w kierunku Polski i Węgier.

Wbrew powszechnej opinii Bruksela nie chce karać wyłącznie tych dwóch "bratnich narodów", ale ugruntować opinie wśród polityków europejskich, by nie odchodzili od kursu wyznaczonego 20 lat temu.

Establishment europejski nie jest skory do zmian i dialogu z elementem mu ideologicznie obcym. Nie ma możliwości znalezienia jakiegokolwiek gruntu do rozmowy, skoro samo postawienie ultimatum jest jasnym sygnałem, że UE nie zmieni zdania choćby o jotę.

Jeśli opozycja w Polsce chce wygrać wybory, to musi mieć jasny, duży, lepszy, dalej idący program od tego z "Polskiego ładu", ale musi niestety też pamiętać jedną rzecz. A mianowicie jakkolwiek proeuropejscy będą w stosunku do biurokracji brukselskiej, to zawsze już będzie za nimi szło piętno "syna marnotrawnego", któremu się "ufa, ale sprawdza".

Dlatego lepiej, aby opierali swoje zwycięstwo na dobrym programie społeczno-ekonomicznym niż wsparciu UE, bo establishment europejski zawsze może uznać, że trzeba dokonać zmian. Wówczas przygoda z TSUE i komisarzami zatoczy koło, a my tutaj będziemy dalej deliberować, na ile ostrzeżenia UE są możliwe do wykonania.

Ciepło pozdrawiam,

Mateusz Trejman

Piszcie:listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.