Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Dopiero wczoraj trafiła do mnie "Gazeta Wyborcza"  z 26-27 czerwca, a z nią "Wolna Sobota" i obszerny artykuł  Tomasza Żukowskiego "A krzyż jak stąd do nieba" mówiący o architekturze kościołów budowanych w Polsce w ostatnich dziesięcioleciach. Nieco więc spóźniona, ale z wielkiej potrzeby serca dorzucam parę  słów do dyskusji.

 Jako wieloletnia mieszkanka Stegien chcę zaprotestować przeciw określeniu stojącego tam kościoła NMP Panny Matki Miłosierdzia, którego dwa zdjęcia Autor prezentuje, mianem "średniowiecznego zamczyska", "warownej budowli budowanej przeciw mieszkańcom", "niedostępnej z zewnątrz i nieprzyjaznej otoczeniu".

Przeciwnie - moim zdaniem jest to miejsce przyjazne, zawsze dostępne dla parafian (i nie tylko), do którego wejść można przez potrójne, szerokie, pięknie zdobione odrzwia. Kościół stoi już ponad 35 lat, a jego masywna sylwetka i piękna, smukła dzwonnica widoczne są z daleka.

Dobrze pamiętam początki, gdy zamieszkaliśmy na Stegnach 5-osobową rodziną w lecie 1973 roku: na pustym, pozbawionym zieleni placu budowy stało kilkanaście szarych, smutnych bloków z tzw. fabryki domów, nie było sklepów, autobusów, placów zabaw, punktów usługowych. We wrześniu ruszyła Szkoła Podstawowa nr 212, działająca do dzisiaj (chodziło tam troje moich dzieci i dwoje wnucząt).

To było zbiorowisko przypadkowych, obcych sobie ludzi, głównie młodych rodzin z dziećmi. Przypisano nas do parafii św. Katarzyny na Służewie, a do kościoła trzeba było brnąć ponad dwa kilometry przez błoto, piach, po grudzie, z maluchami "na barana", bo wózkiem nie dało się przejechać.

W tym czasie trafili na Stegny księża marianie; najpierw jeden - uroczy, stary ks.Franciszek, który katechizował dzieci zbierające się w prywatnych mieszkaniach. Potem ks. Czesław, który uzyskał prawo budowy kaplicy, i tak powstał ów pierwszy nasz kościół-barak, gdzie w słabo ogrzewanej, dużej sali sprawowane były msze, odbywały się rekolekcje i różne spotkania mieszkańców.

Z czasem dołączyli nowi księża i siostry zakonne - zaczynało się COŚ dziać, powstawał zalążek przyszłej parafii. I znalazła się grupa zapaleńców - osób płci obojga, które pomyślały, że warto mieć tu "swój własny" kościół - prawdziwy, solidnie zbudowany, taki na długie lata.

Powstał spontanicznie komitet budowy kościoła (mój mąż był jego wieloletnim przewodniczącym, widziałam więc z bliska tę gotowość i entuzjazm ludzi). Zgłosiły się dziesiątki wolontariuszy - inkasentów, którzy zbierali wśród mieszkańców comiesięczne dobrowolne składki na budowę kościoła. Jego projekt to bodaj ostatnie już dzieło znanego architekta prof. Jana Bogusławskiego (i jego syna oraz K. Dygi).

Ruszyła budowa - kilka lat wytężonej, trudnej pracy, także społecznej. Nigdy przedtem ani potem (a mam już 82 lata) nie spotkałam się z takim autentycznym entuzjazmem ludzi tworzących wspólne dzieło. Wszyscy sobie pomagali - starzy, młodzi i najmłodsi - nawiązywały się długotrwałe znajomości i przyjaźnie, nikt nie żałował czasu czy wysiłku. Dzisiaj to może trudno zrozumieć, ale obok materialnego kościoła z klinkieru i betonu tworzył się ten najważniejszy - Kościół - wspólnota ludzi wierzących w Chrystusa.

Dla nas, stegniańskich parafian, jeden i drugi były piękne! W późniejszym okresie, przy projektowaniu i wyposażaniu wnętrza często uwzględniano pomysły parafian: wieloletni proboszcz ks.Tadeusz liczył się bardzo z opinią swoich "owieczek" - projekty oświetlenia, witraży, Drogi Krzyżowej, ławek i in. były najpierw przedstawiane parafianom do akceptacji.

Choć od wielu lat nie mieszkam już na Stegnach, bardzo lubię bywać w tym, trochę moim, kościele, który gościnnie przyjmuje wszystkich. Wielokrotnie miały tu miejsce koncerty, targi książki, spotkania kulturalne, przeznaczone dla ogółu mieszkańców. Działały i działają nadal różne wspólnoty, zespoły młodzieżowe, trzy chóry i inne grupy. Podczas pandemii ksiądz proboszcz niemal siłą musiał nieraz wypraszać ludzi, zamykać drzwi, ograniczać liczbę uczestników mszy św., czym naraził się poważnie wielu osobom...

Kościół Matki Miłosierdzia na Stegnach to miejsce, które nie oddziela ludzi od siebie, ale łączy. Nie widać tu "strachu przed zewnętrzem", o którym wspomina pan Tomasz Żukowski.

 Może więc nie jest aż tak źle z tym naszym polskim Kościołem katolickim, który z pewnością wymaga i oczyszczenia, i przemiany, i prawdziwego powrotu do korzeni. A czy jest "bastionem wiary i polskości", to już nie mnie oceniać, chociaż nie widziałabym w tym nic zdrożnego.

Z wyrazami szacunku,

Marta Kuśmierska

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.