Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Autor listu w pierwszym kroku skierował go do redakcji, aby przybliżyć nam temat rewitalizacji i uczulić nas na właściwe stosowanie tego pojęcia. Uznaliśmy, że treść listu zainteresuje również Państwa, dlatego za zgodą autora publikujemy ten tekst. Śródtytuły pochodzą od redakcji.

Na zdjęciu towarzyszącym tekstowi widzimy Rybnik, gdzie rewitalizacja nabrała autorskiego charakteru, dzięki projektowi "Rewitalizacja miasta – nowa energia rybnickiej tradycji".

***

Szanowna Gazeto,

przed kilkoma dniami (w numerze z piątku 9.07.21) opublikowaliście tekst pt. "Zamiast drzew, więcej betonu". Piętnowaliście w nim – absolutnie słusznie – skandaliczny trend betonowania rynków (i nie tylko) w polskich miastach.

Niestety, w tekście pojawił się wątek, który przynosi sporo szkody, a może przynieść jeszcze więcej. I tu chciałbym prosić Was o refleksję i modyfikację podejścia do tematu.

Chodzi o to, że w tekście wielokrotnie betonowanie placów utożsamiliście ze słowem "rewitalizacja", nie pisząc go nawet w cudzysłowie, jak czynią niektórzy, łagodząc nieco nietrafność przekazu.

Oczywiście nie jesteście pierwsi – takich określeń używają m.in. influencerzy, którzy rozkręcili temat (jak np. Jan Śpiewak, Jan Mencwel, Sto Lat Planowania), wiele innych mediów, ale i sporo samorządowców czy architektów.

Skoro więc to określenie jest tak powszechnie używane, to w czym problem?

W tym, że to błąd merytoryczny o dalekosiężnych skutkach (o czym za chwilę). Rewitalizacja nie ma wiele wspólnego z betonowaniem rynków, a i z sadzeniem drzew związek ma pośredni. Rewitalizacja to coś całkiem innego.

Czym jest rewitalizacja? 

Zgodnie z podejściem przyjętym od lat przez specjalistów od rewitalizacji (a od 2015 roku ujętym także w ustawie o rewitalizacji) to składający się z wielu zintegrowanych działań proces zmiany społecznej na tych obszarach miast, gdzie występuje koncentracja negatywnych zjawisk – przede wszystkim społecznych.

Tak, nowa aranżacja placu czy rynku może być przedsięwzięciem rewitalizacyjnym (małą cegiełką wchodzącą w skład długofalowej zmiany społecznej na określonym terenie), ale nigdy po wykonaniu robót budowlanych nie należy mówić, że "zrewitalizowaliśmy rynek", bo to tak, jakby po obraniu jabłek mówić, że upiekliśmy szarlotkę.

 

Co więcej, definicja ustawowa wymaga, aby proces zmiany był wypracowywany m.in. z mieszkańcami. Jeśli więc są oni "zaskakiwani" betonowymi projektami, to już ten sam fakt stawia pod znakiem zapytania to, czy mamy do czynienia nawet z tą rewitalizacyjną "cegiełką".

Nie można ukrywać, że sporo nieszczęsnych przykładów betonozy dokonało się w ramach procesów nazwanych „rewitalizacją". Przy czym same w sobie nie stanowiły one rewitalizacji, a co więcej, były przejawem bardzo spłyconego podejścia do tego złożonego zagadnienia. Na pewno jednak te karygodne przypadki nie powinny przesłaniać wielu bardzo udanych działań rewitalizacyjnych jak Polska długa i szeroka.

No dobrze, ale czy drążenie wątku prawidłowego stosowania nazwy "rewitalizacja" ma jakiś większy sens? Czy to po prostu czepialstwo lub wydumany puryzm językowy? Otóż jest się o co się bić.

Zwykły remont szumnie zwany rewitalizacją. To norma

Po pierwsze, powszechne utożsamianie rewitalizacji z remontem, modernizacją budynku czy aranżacją przestrzeni publicznej pogłębia w społeczeństwie błędne jej rozumienie, a tym samym trudno oczekiwać, że kiedyś doczekamy się na szerszą skalę tej prawdziwej rewitalizacji.

Taki właśnie trend jest na rękę wielu samorządowcom, ale też prywatnym deweloperom, którzy obiecują rewitalizację, a oferują w istocie zwykły remont. Nie muszą się zatem bardziej starać (bo chyba oczywiste jest, że doprowadzenie do trwałej zmiany społecznej to znacznie większe wyzwanie niż nowe urządzenie przestrzeni publicznej).

Po drugie, w ten sposób rewitalizacji "doprawia się gębę", w wyniku czego wielu kojarzy ją negatywnie i bez zgłębienia problemu woli w ogóle nie podejmować tego tematu.

Po trzecie i najważniejsze – ten trend unikania rewitalizacji, która ma zły PR, ma szanse zagościć w Komisji Europejskiej, która już dziś z niepokojem śledzi przekaz o betonozie za pieniądze UE. Powstaje konieczność zniuansowania przekazu w kontekście środków unijnych. Betonoza – nie! Prawdziwa rewitalizacja – tak! Inaczej, bez wystarczającego finansowania, o skutecznym wyprowadzaniu z kryzysu zdegradowanych dzielnic możemy zapomnieć.

Tu krótki wątek osobisty i wyjaśnienie, dlaczego w ogóle piszę ten list. Nie jest tak, że w tej sprawie jestem bezstronnym obserwatorem.

W 2015 r. kierowałem departamentem w Ministerstwie Infrastruktury i Rozwoju, w którym powstał projekt ustawy o rewitalizacji. Od tego czasu obserwowałem wiele fascynujących procesów opartych na regułach prawdziwej rewitalizacji. I serce mi się kraje, gdy myślę, że ludzie, którzy włożyli w te procesy mnóstwo wysiłku, muszą mierzyć się z hejtem, jaki się dziś przypisuje rewitalizacji. Bez wchodzenia w niuanse. Co gorsza, pod znakiem zapytania staje kontynuacja tych działań i utrzymanie pozytywnych efektów społecznych, gdy od dotkniętej złą sławą rewitalizacji odsuną się ci, którzy dotąd zapewniali finansowanie – Komisja Europejska, politycy krajowi, burmistrzowie...

Proszę więc, Szanowna Gazeto, o bardziej pogłębione podejście do tematu, unikanie stosowania słowa "rewitalizacja" jako substytutu "betonozy" czy nawet "remontu" lub "modernizacji". Warto za to pokazać trochę dobrych przykładów prawdziwej rewitalizacji.

Albo – to ciekawe zadanie dziennikarskie – zgłębić, dlaczego nie udało się przeciwdziałać błędnemu rozumieniu rewitalizacji, a zwłaszcza haniebnym realizacjom pod płaszczykiem rewitalizacji.

Praprzyczyna tkwi zapewne w tym, że na początku 2016 roku tę kompetencję w zakresie rewitalizacji podzielono między dwa resorty. W tych warunkach problemem okazuje się właściwe kierunkowanie działań w skali całego kraju oraz sprawne reagowanie na ujawniające się problemy i patologie...Sprawa jest w każdym razie znacznie bardziej złożona niż to, jak ją widzą i wyjaśniają niektórzy, że Polacy (?) samorządowcy (?) konserwatorzy zabytków (?) nienawidzą drzew...

Pozdrawiam,

Rajmund (Kuba) Ryś

Piszcie:listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.