Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Komentarze dotyczące transferu senatora Kazimierza Ujazdowskiego z PO/KO do PSL/KP powtarzają,  że Ujazdowski po raz kolejny „zdradził". Jestem z tej okazji przywoływany i przypominany, oczywiście dlatego, że dwa lata temu kandydowałem przeciw niemu. Wypada mi się  odezwać.

Najpierw więc uwaga oczywista. PSL to nie PiS, Ujazdowski niczego nie zdradza. Próbuje budować jakiś rodzaj chadecji, co w trakcie własnych peregrynacji po różnych partiach robił od zawsze. Nie on jeden peregrynował i gdybyśmy mieli dziś potępiać peregrynacje, to całą PO należałoby przekreślić, bo partia ta powstała onegdaj w wyniku ugodzenia nożem w plecy konającej wówczas Unii Wolności. Dla chadecji natomiast – czy się ją lubi, czy nie – jest i powinno być miejsce w polskiej demokracji. Chadecji nie da się zwalczać, broniąc demokracji. Dla Ujazdowskiego jest miejsce na wyborczych listach demokratycznej opozycji. Tak uważałem również wtedy, kiedy przeciw niemu występowałem.

Miałem i mam za złe Ujazdowskiemu bardzo wiele rzeczy. Był jednym z tych, którzy w katastrofie tupolewa 11 lat temu dostrzegł szansę dla PiS – a rozpętanie tej akurat "kampanii" było najgorszym złem wyrządzonym Polsce w ostatnim czasie. Było zbrodnią. Należał również do autorów pisowskich projektów konstytucji (ukrytych na stronach PiS w trakcie kampanii z 2015) – a to były projekty profaszystowskie. Jako minister kultury uruchomił narastający od tego czasu konflikt między "kulturą narodową", a "kulturowym relatywizmem, lewactwem" i robił to po trupach porządnych ludzi. Miał na koncie kilka innych rzeczy. W trakcie kampanii z 2019 roku pamiętano mu np. graniczący z homofobią ostry konserwatyzm.

Przypomnieć należy jednak, że o poglądach i wartościach da się i powinno rozmawiać poważnie. Przypomnę więc także Ujazdowskiego z przełomu 2015/2016, kiedy trwał konflikt o orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego.

"Są takie momenty, w których trzeba podnieść z ziemi skarb w postaci dobra RP, upuszczony w konflikcie, i powiedzieć na czym on polega. Zachęcam do opublikowania orzeczenia TK".

Tak wtedy mówił – jako wiceprzewodniczący PiS. Na takie jego dictum Kaczyński oczywiście odpowiadał wówczas twardo, że:

"Ujazdowskiego nie można posądzać o naiwność i nieznajomość mechanizmów naszego życia. To polityk dobrze przygotowany i jego stanowisko jest mało zrozumiałe, bo jest oczywiste, że TK odrzuca stosowanie prawa, łącznie z Konstytucją i uznaje, że sam to prawo stanowi. (...) Będziemy się przyglądali jego [Ujazdowskiego] dalszym działaniom, jeżeli chodzi o członkostwo w partii."

Kiedy startowałem przeciw Ujazdowskiemu, mówiłem – i dziś również powtórzę – że nie przeciw jego poglądom występuję i nie w proteście przeciw jego dotychczasowej polityce.

Miałem i nadal mam spore wątpliwości, czy rzeczywiście na wszystkie jego poglądy jest naprawdę miejsce w demokracji, ale uważałem i uważam nadal, że bez rzetelnej debaty tego rozstrzygnąć się nie da. Walczyłem więc o prawo wyboru, występując przeciw temu, co nazwano „paktem senackim", a co było w istocie dyktatem narzuconym demokratycznym wyborcom przez Schetynę targującego się o podział miejsc z Czarzastym i Kosiniakiem-Kamyszem. W „naszym" okręgu wyborczym efekt „paktu" był zaś katastrofą, chociaż „wygraliśmy".

Wszyscy politycy opozycji i wszystkie media wówczas – z GW włącznie – opisywały sytuację jako dywersję z mojej strony i grę na rzecz PiS. Niestety albo wynikało to ze skrajnej niewiedzy – dyskwalifikującej i dla polityków, i dla politycznych komentatorów – albo było świadomym kłamstwem. Również dyskwalifikującym. W 2019 roku mieliśmy komplet bogatych danych z tego okręgu. Zarówno sondażowych, jak pochodzących z poprzednich wyborów. W tym okręgu PiS i jego kandydat, pan Rudnicki, mieli 30 proc. poparcia –  nie więcej. Nie dało się pozostałych 70 proc. podzielić tak, żeby żaden z nas (ani Ujazdowski, ani ja) nie dostał więcej niż 30 proc. W tej sytuacji w okręgu w Warszawie walka nie dotyczyła Rudnickiego, który po prostu nie miał szans, a wyłącznie Ujazdowskiego i mnie." Gazeta Wyborcza" stanęła za Ujazdowskim, a nie za mną, który walczył o wybór. Dlaczego?

Nie tylko "Wyborcza", wszystkie mainstreamowe media i ogromna większość prodemokratycznych ruchów obywatelskich stanęła murem za betonowym partyjnym aparatem, który w farsie "paktu senackiego" narzucił Ujazdowskiego Warszawie i zagranicy. Nikt nie wsparł moich starań ani nawet nie był łaskaw poinformować, że żądałem debaty, deklarując gotowość wycofania się natychmiast, jeśli Ujazdowski okaże się tym, kogo chcą demokratyczni wyborcy. Smród wylanych na mnie wtedy pomyj pamiętam do dzisiaj i nie zamierzam zapomnieć, bo powinna z tego wynikać potrzeba myślenia o przyszłości. Żadne demokratyczne środowiska z wyjątkiem Obywateli RP i OSK, który wówczas wsparł nas bardzo silnie, nie zechcieli stanąć w obronie obywatelskiej podmiotowości i podstawowych standardów demokratycznych, kiedy na głowę pomyje lały nam partyjne aparaty.

Dostałem 85 720 głosów. 15 proc. , Ujazdowski dostał 56 proc. W tym mniej więcej 2/3 głosów sejmowych wyborców Lewicy. Niemal połowę wśród moich głosów pochodziło z kolei od sejmowych wyborców… – Konfederacji, która nie wystawiła własnego kandydata do Senatu. Spośród demokratycznych wyborców w tym okręgu, Ujazdowski dostał poparcie 90 proc.  ja zaś – odliczając konfederatów – pozostałe 10 proc.  Tak wygląda kondycja demokratów. Dzisiaj czekają na Tuska.

Jeśli jednak ma na nas spłynąć jakiś król-zbawca, który najpierw odbierze władzę nikczemnemu Kaczyńskiemu, a potem łaskawie nada nam demokratyczne prawa, ja będę protestował. Wszystko jedno, czy będzie to Trzaskowski, Tusk, Hołownia, Biedroń, czy ktokolwiek. Zarówno z powodów pryncypialnych, jak czysto strategicznych – by nie rzec: arytmetycznych. Tak się po prostu nie da „odwojować demokracji" i polska historia dobrze to pokazuje.

Ów „pakt senacki" – przypomnę, bo o tym "Gazeta" akurat nie pisze i może nawet nigdy nie napisała – przyniósł w skali kraju średnio 5 proc.straty poparcia w stosunku do głosowania sejmowego. W Sejmie z kolei opozycja zdołała przegrać pomimo uzyskania większości głosów, co było równie oczywiste, jak powyższa kalkulacja szans wygranej PiS „dzięki wysiłkom Kasprzaka" – wystarczyło kalkulatorem d’Hondta przeliczyć wszystkie ówczesne sondaże.

Jakie jest z tego wyjście i nauka na przyszłość? Prawybory, o których Obywatele RP powtarzają od lat. Oczywiste np. dla Węgrów, natomiast nieoczywiste w Polsce. Dlaczego prawyborów nie chcą polskie partie? Bo to przecina partyjny feudalizm – ów dworski wyścig o biorące miejsca na listach wyborczych, o których decydują partyjni bossowie. Bo to przekracza intelektualne możliwości polityków, niezdolnych wyciągnąć wniosków z prostej arytmetyki. Bo im nie starcza przyzwoitości, wyobraźni i odwagi. Jednak powyższa recenzja kwalifikacji zawodowych polityków jest niepełna i przez to może być niesłuszna. Prawda jest bowiem również taka, że żadnej z tych brakujących cech nie oczekuje od nich opinia publiczna. Po co się mają wysilać i podejmować ryzyka? Przypomnę – dostałem 10 proc. głosów wyborców opozycji, a Ujazdowski – 90 proc.  I z wyjątkiem Jacka Żakowskiego żaden z obecnych w mainstreamowych mediach opozycji komentatorów nie powiedział o tym słowa prawdy.

Teraz  redakcja organizuje debatę i wsparcie wobec grożących dorobkowi "Wyborczej" decyzji Agory. Trzymam kciuki, chciałbym pomóc, jak tylko mogę, życzę tej redakcji wszystkiego dobrego. Bo ją cenię nie tylko za historyczny dorobek, ale także za dzisiaj, choć mam sporo uwag. Proszę jednak tę samą redakcję o chwilę refleksji o własnej roli w dotychczasowych wyborczych dokonaniach opozycji. Zaangażowanie redakcji w sytuacji z Ujazdowskim sprzed dwóch lat uważam za zaprzeczenie etosu "Gazety".

Obywatelskie debaty mogą uratować nie tyko redakcję. Mogą uratować w Polsce wszystko.

Ujazdowski natomiast nie zdradził. PSL to nie PiS. Nie odszedł z KO/PO koniunkturalnie, jak "uciekające z tonącego okrętu szczury", bo choć istotnie trudno oczekiwać, by od PO w kryzysie dostał znowu biorące miejsce, to w PSL -- delikatnie mówiąc -- też nie ma żadnych takich gwarancji. Gdyby to tego rodzaju względy kazały mu szukać przyszłości -- biorące miejsca rozdaje dzisiaj Hołownia. Nie na tym problem polega, że facet "jest chorągiewką". Ani nie on jeden, ani nie on w największym stopniu.

Problem polega na tym, że wojna z PiS pozbawia nas wyboru i jakiejkolwiek podmiotowości. Polityka odbywa się w gabinetach partyjnych bossów, wśród targów, które z naszymi aspiracjami, wartościami i poglądami nie mają żadnego związku.

Ostatnie czasy -- i tamte wybory z 2019 roku, przegrane na własne życzenie partii pomimo tego, że większość naszych głosów padło na opozycję, a nie na PiS -- pokazują, że niekoniecznie nawet wyborcze zwycięstwo jest celem tych targów.

Węgrzy pokazują coś, za czym Obywatele RP opowiadają się od zawsze. Jedna lista wystawiona w prawyborach godzących konflikt partyjnych interesów i efektywnie dodająca nieufne wobec siebie elektoraty, dająca premię za zjednoczenie i bonus od d'Hondta. Ujazdowski z PO, czy PSL miałby w prawyborach miejsce.

Tego się właśnie domagałem i domagam nadal, o czym przypominam "Gazecie Wyborczej",

listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.