Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Naprawdę szczerze podziwiam polskich kibiców, którzy z optymizmem i nadzieją uczestniczą na żywo w wydarzeniach piłkarskich z udziałem naszej narodowej reprezentacji w piłce nożnej. Którzy potrafią dotrzeć na stadion piłkarski choćby i na koniec świata, pomalować twarz biało-czerwoną farbą, zawinąć wokół szyi narodowy szalik, a potem klaskać, śpiewać i krzyczeć wniebogłosy, z radością wyrażając wsparcie i uwielbienie dla naszych piłkarzy. Podziwiam ich zaangażowanie, determinację i tę bezkrytyczną wiarę, że akurat dziś, teraz, w trakcie tego meczu, będzie lepiej.

Gdy oglądam występy innych drużyn, zwykle widzę dynamiczną i przemyślaną grę całego zespołu. Szybkie, w większości celne podania, jedno za drugim zmierzające w kierunku bramki przeciwnika. Oczywiście, poziom przygotowania piłkarzy jest zróżnicowany i jedne zespoły grają lepiej, inni słabiej. To przecież tylko sport. Ale każdy zespół – Belgowie, Finowe, Czesi czy Ukraińcy – cechuje pewien minimalny, oczywisty w tym świecie poziom profesjonalizmu.

Natomiast gdy patrzę na grę naszej drużyny, widzę deficyt umiejętności… Zawodnikom wciąż ucieka piłka i plączą się nogi. Chaotyczne podania rzadko kiedy trafiają tam, gdzie powinny. Pomiędzy piłkarzami nie ma zrozumienia, a spontaniczne natarcia na bramkę rywala trudno nazwać akcjami. Świadomi swej niemocy po utracie piłki próbują się niekiedy odegrać na lepiej wyszkolonych piłkarzach drużyny przeciwnej, kopiąc ich bezsilnie po kostkach lub szarpiąc za koszulkę.

Szczególnie irytujący jest ceremoniał, z jakim nasz zawodnik przyjmuje piłkę. Dłuższą chwilę zajmuje jej opanowanie, uspokojenie, a często zatrzymanie w miejscu. Później odbywa się trwająca niekiedy kilka sekund kontemplacja otoczenia, trzeba przecież dobrze rozejrzeć się i przekonać się, gdzie są inni. Dopiero po takim rozeznaniu następuje próba zagrania piłki, o ile w międzyczasie nie uciekła lub nie została zabrana przez zawodnika drużyny przeciwnej.

Ogarnia mnie żal i frustracja, gdy wciąż – mistrzostwa za mistrzostwami, spotkanie za spotkaniem – obserwuję bezsilność, z jaką nasi narodowi piłkarze usiłują wykonać postawione przed nimi zadanie. I o ile na początku każdego ich meczu tli się we mnie jeszcze iskierka nadziei, że może tym razem będzie lepiej, to z upływem czasu narasta we mnie uczucie bezsilnej wściekłości, bo znów grają jak zawsze. Po końcowym gwizdku czuję się znów wprowadzony w błąd, bezczelnie oszukany i zawstydzony, że uwierzyłem, że tym razem będzie inaczej.

Może ktoś wreszcie powinien wstać i powiedzieć głośno i wyraźnie: „król jest nagi", oni nie potrafią grać na poziomie większości drużyn europejskich. Nie łudźmy się więcej, że zdobędą jakiekolwiek mistrzostwo, ani że nawet wyjdą z fazy grupowej. Po trzech żenujących meczach – „otwarcia", „o wszystko" i „o honor" – zakończymy kolejny turniej z poczuciem wstydu.

Czytelnik

Piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.