Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Autor jest prof. Uniwersytetu Opolskiego, dr hab., Wydział Prawa i Administracji

Prezydent USA Joe Biden i premier Wielkiej Brytanii podpisali właśnie w Kornwalii Nową Kartę Atlantycką. Dotyczy ona takich wyzwań XXI wieku jak bezpieczeństwo cybernetyczne, nowe technologie, globalna współpraca w zakresie ochrony zdrowia i zmian klimatycznych.

Świat Zachodni wyznaczał i wyznacza pewne standardy. Czy wielka polityka światowych liderów staje się dzięki takim deklaracjom bardziej etyczna?

Nie można ulegać złudzeniom. To ciągle przede wszystkim fasada. Polityką rządzą od stuleci podobne mechanizmy. Zmieniają się tylko narzędzia do realizacji zakładanych celów.

Tytuł dokumentu nawiązuje do słynnej poprzedniczki z 1941 roku. Niemniej nie jest on już wystarczająco aktualny. Atlantyk nie jest obecnie centrum światowej rywalizacji. Tym centrum stał się Pacyfik. Nie jest tajemnicą, że poważnym zagrożeniem dla światowego monopolu USA są Chiny. Amerykanie zaangażowani w meblowanie świata arabskiego nie spostrzegli w porę, że Państwo Środka intensywnie się rozrasta. I proporcjonalnie do tego rozwoju formułuje swoje ambicje. Bez względu polityczne barwy administracji amerykańskiej USA przygotowują się do obrony tytułu globalnego lidera. Jakikolwiek układ „atlantycki" ma zatem w rzeczywistości znaczenie drugoplanowe. Podporządkowany jest kierunkowi dalekowschodniemu. Z kolei Wielka Brytania, mająca swój złoty wiek imperialny dawno za sobą, po wyjściu z Unii Europejskiej poszukuje swojej tożsamości w sferze globalnej.

Stara Karta Atlantycka z 1941 roku w ogóle nie ma dobrej prasy nad Wisłą. Deklarowała, że „sygnatariusze nie życzą sobie zmian terytorialnych, które nie zgadzałyby się z wolno wypowiedzianymi życzeniami narodów, których te zmiany dotyczą". Dalej wskazano w niej, że „sygnatariusze uznają prawo wszystkich narodów do wyboru formy własnego rządu; pragną przywrócenia niepodległości i niezależnych rządów we wszystkich państwach, które zostały pozbawione swej niepodległości".

Były to jednak tylko puste akty strzeliste. W praktyce podpisani pod Kartą Atlantycką Winston Churchill i Franklin Roosevelt dosyć gładko przystali na pojałtański porządek świata i siłową instalację komunistycznych rządów. Nie miał on nic wspólnego z atlantyckimi ideałami.

Interesy sygnatariuszy Karty Atlantyckiej nie sięgały terenów na wschód od Triestu i Szczecina.

Było zatem jak w „Folwarku zwierzęcym": wszystkie zwierzęta były równe, ale tylko niektóre były równiejsze.

Pomimo – wydawało by się – podniesienia poprzeczki sygnatariusze Karty Atlantyckiej sami decydowali o losach narodów ponad ich głowami. Nic zatem dziwnego, że do Nowej Karty Atlantyckiej nie można podchodzić z dziecięcą ufnością.

Po publicznym ogłoszeniu tego, co jest w Nowej Karcie Atlantyckiej, i po ocenieniu, czego w niej nie ma, nasuwa się taka oto refleksja. Gospodarczej eksploatacji innych nacji w historii świata zwykle dokonywali nieprzyjaciele (ziemie podbite lub ziemie skolonizowane), ale również przyjaciele.

Paradoksalnie sojusz może być pasem transmisyjnym dla eksploatacji handlowej. Stąd najlepiej jest, jeśli przyczyną transakcji gospodarczej nie jest ani wrogość, ani nawet przyjaźń, ale ekonomia.

Trudno przecenić temat cyberbezpieczeństwa, do którego odnosi się Nowa Karta Atlantycka. Administracja publiczna, bankowość, energetyka, gospodarka, komunikacja międzyludzka, niekiedy oszczędności życia, a nawet zamek do domu Kowalskiego są podpięte do internetu. Bezpieczeństwo w sieci jest równie ważne jak bezpieczeństwo w świecie rzeczywistym.

Czy jednak Nowa Karta Atlantycka nie zawiera lokowania produktu amerykańskich rozwiązań informatycznych w dziedzinie cyberbezpieczeństwa?

Nie można nie zauważyć, jaki wpływ na nasze życie mają nowe technologie. Niemniej aktualny monopol amerykańskich firm rozwijających sztuczną inteligencję i nowe technologie, które są powszechnie eksploatowane w innych państwach, nie został zachęcony przez Nową Kartę Atlantycką do rzetelnego odprowadzania podatków w miejscu osiągania przychodów. Skądinąd byłoby to elementarną przyzwoitością, aby płacić podatki w państwie, w którym osiąga się zyski. Z globalnego punktu widzenia taka deklaracja byłaby bardzo potrzebna.

Globalna współpraca w zakresie ochrony zdrowia brzmi pięknie. Pytanie tylko, czy bazą dla takiej współpracy nie będzie czasem amerykańska big pharma?

Globalna współpraca w celu zapobieżenia katastrofie klimatycznej to cel szczytny i szlachetny. Niemniej nieśmiało można powiedzieć, że unijne opłaty za emisję CO2 wypchnęły wysokoemisyjny przemysł w części świata, w których nie trzeba opłacać certyfikatów. Globalny bilans emisji wyraźnie nie zelżał. Z kolei Kowalski musi głębiej sięgać do kieszeni, korzystając z miejskiego ogrzewania pozyskiwanego z węgla. Temat to zatem delikatny. Nowa Karta Atlantycka nie wynalazła tu prochu. Sama deklaracja, bez rozpisania konkretnych działań, to trochę za mało.

Etyka polityki Zachodu, choć pełna wad, nad wyraz zyskuje przy porównaniu z etyką polityki Wschodu. To cały czas niebo i ziemia. Niemniej i to porównanie nie powinno uwalniać od samodzielnego myślenia.

Czekamy na komentarze: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.