Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Byli słuchacze PRL-owskich studiów wojskowych dla studentów lat 60. i 70. do dzisiaj chętnie wplatają do rozmowy purnonsensowe wykwity frazeologiczne niewydarzonych majorów i pułkowników, którzy kiedyś ich „nauczali", a potem niestety egzaminowali. „Szosa prosta jak strzała wiła się między drzewami", „sprawa ta wskazuje wiele aspektów względem pogłębienia jej", „ej, wy dwaj, coście za jeden", „ja od was nie wymagam nic więcej jak tylko niezbędnego maksimum" czy Leonardo da Vinci jako mistrz „rekonesansu" i moc innych takich kwiatuszków nadal bawi grono cokolwiek podstarzałych panów i stanowi rodzaj ironicznej grypsery całego pokolenia. Z biegiem czasu tego rodzaju polszczyzna, dzięki postępom skolaryzacji, w dużej mierze zanikła lub ograniczyła się do pojedynczych epizodów w rodzaju „hatakumby" nieocenionego Patryka Jakiego.

Tym większy szok przeżyłem, słuchając prawie dwa tygodnie temu w IPN-owskim „Przystanku Historia" dyskusji poświęconej nowej książce Romana Graczyka "Demiurg", czyli publikacji będącej w intencji autora obszerną biografią Adama Michnika.

Czterech panów – prowadzący spotkanie Piotr Woyciechowski, sam Roman Graczyk, Rafał Ziemkiewicz i historyk Robert Spałek – dyskutowało o książce, zaś hasłem przewodnim tendencyjnie ustawionej dyskusji była aliteracyjnie dobrana para określeń „Demiurg czy Demon". Nie zamierzam tu odnieść się szerzej w sposób merytoryczny do przeszło dwugodzinnej dyskusji, w której retorycznie poprawnie wypadli Graczyk i Spałek, milczał prawie zawsze zadowolony z tak łatwej dniówki Ziemkiewicz, zaś Woyciechowski dominował w sposób natrętny w roli osobistego przeciwnika Adama Michnika.

Poniższe uwagi będą więc rozprawiać o Piotrze Woyciechowskim, czyli o wyróżniającym się mężu polskiej prawicy, który od 1992 roku – kiedy to przygotował dla pana Antoniego niesławną listę agentów ("Lista Macierewicza") – ciągle pojawia się na różnych istotnych stanowiskach, wpierw w kręgu Olszewskiego i Macierewicza, a potem PiS-u. Woyciechowski rozwiązywał WSI, rządził Wytwórnią Papierów Wartościowych, a teraz zajmuje świetną synekurę jako członek Rady Polskiej Fundacji Narodowej, często prowadząc IPN-owskie panele i dyskusje.

Nigdy go wcześniej medialnie nie poznałem, więc teraz słuchałem go (dyskusja jest dostępna na You Tube) z rosnącym zdziwieniem, a jednocześnie rozbawieniem.

Piotr Woyciechowski należy bowiem do tych osób, które nie wyobrażają sobie dyskursu bez użycia terminologii obcojęzycznego pochodzenia, a jednocześnie boją się tych słów i z najwyższym trudem wypowiadają je na głos.

Oglądanie Woyciechowskiego wykonującego to zadanie powoduje dosłownie fizyczny ból. To tak, jakby oglądać słabego łyżwiarza figurowego przygotowującego się do potrójnego rittbergera – uda się czy też padnie na lód? Widać wyraźnie, że Woyciechowski spina się przed każdym takim słowem, przyspiesza tok mowy, by mieć tę ciężką próbę już za sobą, i z reguły uzyskuje jednak wyniki na miarę „status qua" niezapomnianego towarzysza Gomułki czy „apartheimu" premiera Babiucha. W ciągu pierwszych 50 minut jego wypowiedzi – potem nie miałem już siły spisywać – padły słowa w rodzaju „mea culpe", Woyciechowski mówił o dyskusji „faktorograficznej", sam zajmuje on stanowisko „rebours", zaś mafijny nakaz milczenia „omertà" zastąpił przez „muerta". Poległ też na wymowie słowa „ekwilibrystyka". Kiedy zdarzyło mu się wymówić  poprawnie „dietetyk", to w retorycznym powtórzeniu jednak znowu zniekształcił to słowo.

Duże problemy Woyciechowski ma z poprawną odmianą rzeczowników, jak też połączonych rzeczowników i przymiotników, robiąc często proste błędy. Lecz szczyty frazeologii à la studium wojskowe ten zacny mąż osiąga przy dłuższych zwrotach, jak np. opisując odejście Romana Graczyka z „Gazety Wyborczej" - „w 2005 roku nastąpiło Panu rozstanie..", a to również dlatego, że wedle innego świadectwa „dyskusje redakcyjne miały czasami charakter języka rynsztokowego".

Przede wszystkim jednak Woyciechowski domaga się od książki, która wyszła „pod" (tak) Graczyka pióra, ustosunkowania się do faktu, że w aktach ubeckich Michnika zaginęły rzekomo jakieś dokumenty – oczywiście musiały one, jego zdaniem, zawierać rozmaite kompromitujące szczegóły. Fakt, że Graczyk ani w książce, ani w dyskusji nie szedł tropem tych spekulacji, zmartwił naszego dzielnego rozmówcę, gdyż chodzi o „tego, co ja czuje głód w tej książce". W ogóle autor unika, zdaniem Woyciechowskiego, elementów drastycznych, a to szkoda, bo trzeba np. wiedzieć, „że komuniści przeciw komunistom eksterminowali". Po wysłuchaniu całej dyskusji przeciętny słuchacz nie będzie, moim zdaniem, niestety znał dokładnej odpowiedzi na postawione w aliteracyjnym tytule pytanie (Michnik – Demiurg czy Demon?). Ale, by pozostać nadal aliteracyjnie przy literze "d", będzie wiedział dobrze, że sam Piotr Woyciechowski, choć zarabia chętnie prowadzeniem paneli, jest absolutnym retorycznym i intelektualnym przeciwieństwem Demostenesa.

Łatwo być prześmiewcą, ale to nie do piszącego te uwagi będzie należało ostatnie słowo, gdyż triumf zdrowych sił reprezentowanych przez PiS jest nieunikniony.

Jak to stwierdził w 2016 roku w proroczej, poetyckiej metaforze nasz bohater: „jak widać, archipelag polskości konsekwentnie i nieodwołalnie rozlewa się po terenie całego kraju".

Prof. dr hab. Sergiusz Michalski, członek Polskiej Akademii Umiejętności

Piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.