Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Zrozumieć Białoruś

Gdy Jana Szostak krzyczy, moje serce jest z nią. Nawet jej dekolt, jak napis na tablicy ogłoszeń – „jestem w rozpaczy", przemawia do mnie. Moje uczucia są z tymi ludźmi, którzy na Białorusi są więzieni za swoje przekonania, z tymi, którzy są bici i torturowani, z tymi, którzy oddali życie w czasie pokojowych manifestacji.

Mój rozum domaga się jednak zrozumienia, co się wydarzyło na Białorusi. Nie, nie chodzi mi o odpowiedź, dlaczego „rewolucja" się nie udała. Politycy zawsze będą chcieli wykorzystać to, co się wydarzyło. Politycy ze wszystkich stron, bo za polityką kryje się grzech pierworodny – dążenie do władzy. Czasem mogą konkretnym ludziom pomóc, czasem zaszkodzić. Najważniejszy jest interes ich własny i tych, których reprezentują. Jeśli ktoś ma złudzenia, że jest inaczej, współczuję, bo będzie cierpiał, obserwując to, co się dzieje. Będzie dziwił się Terleckiemu, czuł się obrażonym, a przecież on jest tylko lub aż politykiem.

Nie chodzi mi również o Łukaszenkę. Czytając o Białorusi przed protestami miałem wrażenie, że dotąd mieszkał w niej tylko on sam, sam o wszystkim decydował, wszystko działo się tylko z jego inicjatywy i jego rękami. I potem nagle pojawiają się manifestanci. Skąd się wzięli?

Tymczasem mieszka tam około ośmiu milionów Białorusinów, którzy pracują, uczą się, żyją, kochają i umierają, a przede wszystkim kochają swoją ziemię – dbają o nią. Malują przystanki, sprzątają, nawet kamienie na skraju lasu mają napisy – „chroń przyrodę". Wieloletnia reklama społeczna dotycząca czystości – np. prosiak z papierkiem i podpis „zanim rzucisz papierkiem – chrząknij" sprawiła, że jest to jedno z czystszych miejsc w Europie. Do prasy trafią dopiero te buty przed ławką, na którą staną by protestować.

Chodzi mi o zrozumienie ludzi – Białorusinów, uczestników tych wydarzeń. A zrozumienie znosi ocenę. Rozumiejąc stawiam się w miejsce innych ludzi, w jakimś stopniu się z nimi utożsamiam. Ale jest wyjątek. Nie chcę rozumieć tych, którzy wbrew swojemu własnemu prawu krzywdzą innych ludzi. Nie wierzę, że w prawie Białorusi jest zgoda na tortury, bezzasadne, bezprawne aresztowania i więzienie.

Zrozumieć Białoruś, to rozumieć nie tylko tych młodych ludzi, jak Jana, którzy w młodzieńczym porywie uwierzyli, że prawda znaczy prawda, że nie można kłamać, że wybory muszą być uczciwe. Zrozumieć Białoruś to odpowiedzieć na pytanie, dlaczego nie stanęła większość zakładów przemysłowych, a te, które strajkowały – robiły to (proszę wybaczyć ten ogólnik), jakby „po pracy".

Dlaczego „dziadersi", a więc umownie „rodzice" Jany nie poparli jej tak, jakby tego chciała. Zrozumieć Białoruś to również odpowiedzieć na pytanie o funkcjonariuszy władzy, urzędników państwowych, policjantów, żołnierzy – co nimi kieruje, jakie motywacje stoją za ich zachowaniem, dlaczego masowo nie przyłączyli się do protestów? Wierzę, że tylko nieliczni są przestępcami, sadystami, krzywdzącymi swoich współobywateli.

Nie, nie uda mi się udzielić zadowalających odpowiedzi. Moje doświadczenia z Białorusią, choć obfite i wieloletnie, są jednak ograniczone, a ja sam jestem i zawsze byłem tylko gościem w tym państwie, między tymi ludźmi. Zresztą gościem mile widzianym, szanowanym i serdecznie przyjmowanym. Ale odpowiedź na te pytania może pomóc zrozumieć, gdzie znajdujemy się my, Polacy.

Spróbujmy najpierw zrozumieć młodych? Łatwo. Kto w wieku dwudziestu lat nie chciał zmieniać świata – młodym nigdy nie był. Nie chcą żyć tak, jak ich rodzice – uważając na słowa, bojąc się wyrażać zbyt radykalnie swoje przekonania. Chcą się swobodnie wypowiadać, cieszyć się wolnością na każdym polu.

Ulegli sile, brutalnej, bezwzględnej. Ich pokojowe manifestacje nie spotkały się ze zrozumieniem władzy, ta władza nie zechciała z nimi rozmawiać, wybrała drogę przemocy. To jest nowoczesne pokolenie, zanurzone w Internecie, podróżujące, znające języki, pracujące w nowoczesnych zakładach, które stworzyli ich „rodzice". Niczym nie różni się od naszego. Zawsze mile zaskakiwał mnie ich pęd do wiedzy – te kolejne studia i kwalifikacje. Zaskakiwało mnie też ich otwarcie na nowe technologie – komputerowe i przemysłowe.

Moi znajomi w Polsce byli zdziwieni, patrząc na obrazki z manifestacji, że są modnie ubrani, noszą nowe telefony, są tak nowocześni i współcześni w swoich wypowiedziach. Dziwiły ich te buty, stojące przed ławką. Skąd się wzięło to zdziwienie?

Z tego ciągłego biadolenia „jak na Białorusi", które u polityków zastępuje wyrażenie – „bieda, dyktatura, niebezpieczeństwo". Z dyktaturą się zgodzę, z niebezpieczeństwem – tak, ale tylko dla tych, którzy chcą uczestniczyć w polityce, bo co do kryminału Białoruś jest spokojna i bezpieczna, a miejsce korupcji zajęła biurokracja, którą można pokonać przy pomocy dobrego księgowego i prawnika. I ta bieda – zupełnie mi nie pasuje.

Oczywiście Polska jest bogatsza, ale ten praktyczny brak bezrobocia (to raczej kwestia dobrze płatnej pracy), który zapewniają wielkie zakłady przemysłowe (3-5-10 tysięcy pracowników to nie rzadkość), spółki technologiczne, a ostatecznie możliwość emigracji zarobkowej do Rosji, gdzie Białorusini są cenionymi pracownikami i mogą pracować z marszu. Nie muszą uzyskiwać zezwoleń i uczyć się języka – wszyscy mówią po rosyjsku. I te dacze, te domki na wsi na łonie przyrody… Białorusini porównują się zresztą nie z nami, lecz z Rosjanami i Ukraińcami. Rosjanie mają co prawda wyższe PKB, ale też ogromne rozwarstwienie społeczne (110 miliarderów ma 35% całej gospodarki), podobnie jak Ukraina, która ma nie tylko połowę PKB Białorusi na głowę, ale prawie 35 % jej obywateli żyje poniżej granicy ubóstwa. Można powiedzieć, że ani bogacze (choć i tu są milionerzy), ani biedni nie „kłują" Białorusinów w oczy tak, jak w Rosji i na Ukrainie.

Młodzi prześladowani przez władze wybiorą emigrację. I będą tu skazani na sukces, bo są wykształceni, znają języki, często posiadają rzadkie specjalności, które zawdzięczają szkołom zawodowym, które wciąż istnieją przy wielkich zakładach pracy.

Dużo trudniej jest zrozumieć, dlaczego „dziadersi" nie zatrzymali swoich zakładów pracy? Dlaczego nie przyłączyli się masowo do protestów?

Witold Wieteska

Filozof i przedsiębiorca. Wiele lat współpracował z białoruskimi zakładami pracy. Doktor filozofii. Uczeń prof. Tischnera i prof. Gadacza. Prowadzi na YouTubie kanał filozoficzny – „Myślenie jednak boli", gdzie m.in. przedstawia filozoficzne interpretacje rosyjskiej literatury i filmu.

listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.