Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Ostatnio sprawa Białorusi przebiła się do światowych mediów. Uwagę jednych przyciągnęło porwanie opozycjonisty z samolotu, uwagę innych - biust aktywistki. Ale nawet państwowy terroryzm lotniczy nie powinien przyćmić o wiele bardziej zasadniczej kwestii. Oto na naszych oczach i tuż za naszą granicą, jako Polski i jako UE, naród jest ciemiężony przez dyktatora. Aparat bezpieczeństwa tłamsi obywateli, którzy nie aprobują bezprawnego panowania dyktatora.

Jako Polska, jako Europa powinniśmy zadać sobie fundamentalne pytanie: Czy aprobujemy ten stan rzeczy? Czy przyzwalamy na tłamszenie sąsiadującego z nami narodu?

Odpowiedzią nie będą deklaracje wsparcia czy też potępienia. Odpowiedzią nie będą „jakieś" sankcje, które nawet jeśli zabolą dyktatora, nie mają szansy na zmianę sytuacji. Co zdziałają sankcje,  jeśli uderzą głównie w ludzi, których dyktator i tak spacyfikuje?

Prawdziwą odpowiedzią, inną niż akceptacja stanu aktualnego, mogą być jedynie kroki, które faktycznie ten stan mogą zmienić. Nie łudźmy się, że przekonamy czymś dyktatora – on walczy w tej chwili o życie. Działania muszą trafić do aparatu bezpieczeństwa trzymającego w ryzach obywateli. To jest jedyna alternatywa dla rozlewu krwi. Rozlewu krwi, który, powiedzmy to otwarcie, ma już miejsce. Tortury i zabójstwa przeciwników politycznych to jest granica, za którą pozostaje jeszcze tylko skala działań. Czy mówimy o pojedynczych przypadkach, setkach, tysiącach czy milionach. Ile osób musi być torturowanych lub umrzeć, byśmy to zrozumieli?

Jak przekonać aparat bezpieczeństwa, że służba dyktatorowi nie leży w jego interesie? Mam kilka pomysłów. Może rozpoczną one dyskusję, jakie środki mogą być w praktyce skuteczne, i pojawią się jeszcze lepsze pomysły. Lub z bólem uznamy, że nie jesteśmy w stanie cokolwiek poradzić na sytuację na Białorusi. Tyle że to nie jest tylko scenariusz dla naszego sąsiada. To może być nasz scenariusz. Zmiany polityczne w Polsce coraz bardziej go uprawdopodabniają. Kto nam wtedy pomoże, jeśli teraz nie znajdzie się nikt na tyle zdeterminowany, by pomóc Białorusi? Na Białoruś uważnie patrzą aktualni i pretendujący dyktatorzy. Jest to dla nich poligon doświadczalny.

Co można zrobić? Po pierwsze, musi do nich trafić, że  grożą im konsekwencje, a w najlepszym wypadku będzie im się gorzej żyło. Jak trafić z takim przekazem do osób gotowych katować ludzi? Trzeba wieloma kanałami. Raz przez sądy w demokratycznym świecie. Sprawcy przemocy wobec narodu muszą obawiać się sądu i więzienia, jeśli tylko kiedykolwiek zapragną opuścić Białoruś. Muszą obawiać się przepadku majątku, jeśli kiedykolwiek zapragną czegokolwiek, co jest poza granicami Białorusi. Wreszcie muszą widzieć upadek swoich rodzin  i obniżenie  stopy życiowej przy dalszym trwaniu reżimu. Muszą stać się przestępcami w oczach bliskich. To ich dotknie, nawet jeśli pozostaną na Białorusi.

Sfałszowanymi wyborami Białoruś przekroczyła czerwoną linię, za którą jest tylko rozlew krwi. Żadne gospodarcze sankcje w tej sytuacji nie będą zbyt duże. Wszelkie firmy powinny wybrać, czy chcą działać w demokratycznym świecie, czy w świecie dyktatorskim. Nie można łączyć jednej działalności z drugą, gdyż jest to wspieraniem dyktatury kosztem demokracji. Jedynym legalnym działaniem na Białorusi mogą być akcje humanitarne, medyczne i oświatowe – jeśli, w szczególności te ostatnie, zostaną dopuszczone przez dyktatora.

Zbyt drastyczne posunięcia? A mniej drastyczne przemówią do aparatu bezpieczeństwa Białorusi? Ucierpią ludzie? Pewnie tak. Ale czy bardziej, niż żyjąc w dyktaturze? Nie bez przyczyny to od aktywistek i aktywistów Białorusi wyszło oczekiwanie sankcji.

Jest potrzebny jeszcze jeden komponent, który może nie wszystkim przypadnie do gustu. „Złoty most" dla tych, co przejdą na stronę narodu białoruskiego i pomogą w obaleniu dyktatora. Odpuszczenie win i udział w budowie nowej Białorusi. To może wydawać się niesprawiedliwe. Ale bez „złotych mostów" obalenie dyktatora może się nie udać.

Sytuację komplikuje wsparcie Białorusi przez o wiele potężniejszy reżim. Jeśli demokracjom uda się pomóc Białorusi, to może kiedyś uda pomóc się również ludności w innych, ciemiężonych krajach. Jeśli się nie uda, to nie ma co myśleć o rozwiązaniu problemu potężniejszych dyktatur. Dyktatury o tym wiedzą i będą przeciwdziałać. Czy wiedzą o tym demokracje? Czy wygodniej jest im tego nie wiedzieć?

Tomasz Helbing

listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.