Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W artykule „Zapracowani jak goryle" jest wątek mówiący o naszym chorym wręcz uzależnieniu od godzin spędzanych w pracy. Właściwie niewolnikami takiego systemy są zarówno dyrektorzy wielkich korporacji, jak i szeregowi pracownicy dyskontów spożywczych. Pewnie psychologowie mogliby całe rozprawy na ten temat napisać.

Obserwuję od lat pracę mojej kuzynki w stacji telewizyjnej w Kanadzie. Jest menedżerem i jej praca się nie kończy. A chyba najtrudniejsza jest praca po pracy, czyli niby koniec, ale jednak jeszcze mail, analiza, tabela w Excelu. Na wakacje bierze sprzęt i nie odłącza się w stu procentach od służbowych zadań.

Przestaliśmy umieć się twórczo nudzić, a nawet zwyczajnie obijać, a jak wiadomo, z tzw. nicnierobienia czasem do głowy przychodzą wspaniałe idee. Bywa tez odwrotnie, niestety.

Umiejętności zagospodarowywania wolnej przestrzeni uczymy się w dzieciństwie.

Za przykład, jak to się dzieje, niech posłuży historia dwóch ośmioletnich dziewczynek, które spotkały się wraz z mamami w parku. Obserwowałam je z pobliskiej ławki - jedna z dziewczynek wypełniła czas, robiąc z kory i liści maleńkie łódeczki, które puszczała na parkowym stawie. Druga przez moment się zainteresowała, by po kilku minutach przybiec do mamy po telefon. Dostała go i przesiedziała półtorej godziny ze smartfonem. Pewnie będzie idealnym pracownikiem przyspawanymi do mobilnych urządzeń.

Joanna Krawczyk

listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.