Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W poniedziałek w Radiu TOK FM usłyszałam opinię pana Jacka Żakowskiego, którego bardzo lubię i z którym najczęściej się zgadzam, o potrzebie przymusowych szczepień i konsekwencjach dla niezaszczepionych.

Otóż tym razem się nie zgadzam. Najpierw powinno się zaszczepić tych, którzy chcą się zaszczepić, a potem dopiero przekonywać opornych.

Ja chciałabym się zaszczepić drugą dawką, ale nie mogę, bo nie ma dla mnie szczepionki, chociaż wszystkie media ciągle trąbią o tym, że szczepionki czekają, a chętnych nie ma. Ja JESTEM CHĘTNA!!! I co z tego.

W piątek miałam dostać drugą dawkę szczepionki, pojechałam do Otwocka, przeszłam prawie kilometr do punktu szczepień (a poruszam się o kulach i nie jest to dla mnie takie łatwe), a tam dowiedziałam się, że szczepienia są odwołane.

To nie pierwsza taka sytuacja. Podobnie zdarzyło się w Wilanowie (też kawał drogi od mojego miejsca zamieszkania). Przyjechałam tam i dowiedziałam się, że szczepienia odwołane. Miałam trochę szczęścia w tym pechu, bo okazało się, że są jeszcze jakieś niewielkie ilości dawek, i zostałam zaszczepiona (i jeszcze dwie czy trzy inne osoby, reszta odeszła z kwitkiem). Potem okazało się, że ktoś coś zaniedbał i nie zostałam wpisana do systemu - figurowałam tam jako osoba niezaszczepiona. Kiedy udało się to wyjaśnić, po wielu rozmowach telefonicznych z nr. 989, a potem z biurem Rzecznika Praw Pacjenta, otrzymałam termin szczepienia drugą dawką w onym Otwocku właśnie. I co?

Czy ktoś się dziwi, że mnie diabli biorą, kiedy słyszę zachęty do szczepienia się?

czytelniczka

listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.