Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Dopadło mnie przed czterdziestką. Z trudem pozwala mi złapać kolejny płytki oddech.

Czy chciałabym cofnąć czas? Nie. Nie dałabym rady przejść tego ponownie. Tej niepewności. Pracy po 12 godzin na dobę. Korpowyścigu, w którym wszyscy mordują się w białych rękawiczkach. Udawania, uśmiechania, sztucznych wzruszeń. Poczucia, że coś muszę.

Nie, nie cofnęłabym czasu, nawet gdybym miała magiczny zegar. Ale żałuję. Żałuję, że urodziłam się za wcześnie.

Młodość mojego pokolenia to pożyczone wyżute gumy Donald, wiszenie głową w dół na trzepaku. Pisanie kredą po blokach. Radość. Jedna para oryginalnych butów noszona aż do rozklejenia. Tanie kosmetyki podkradane matce, nieudolne czarne kreski nad powieką. Studia, miłość. Myślałam, że wszystko jest możliwe. A czas mijał niepostrzeżenie.

Dopadł mnie brutalny kryzys wieku średniego, który jest wyjątkowo bolesny dla naszego pokolenia. Poza utraconą młodością jest coś jeszcze. Trochę zazdroszczę młodszym tego, do czego nie miałam dostępu.

Patrzę na dziewczyny, młode i piękne. Mają dobre kosmetyki, uczą się makijażu w tutorialach online. Mają świetne ciuchy wypatrzone za grosze w internecie. Pokazują swoje opalone ciała obsypane serduszkami w mediach społecznościowych. Flirtują, robią zdjęcia, są pewne siebie, rumienią się tylko za pomocą dobrego blusha na policzkach. Nic ich nie ogranicza. Mogą wszystko, a świat należy do nich.

Ja już nie mogę, mam czterdzieści lat. Albo inaczej.

Mogę, ale nie tak świeżo, beztrosko, bez zobowiązań. Bycie czterdziestką wymaga myślenia.

Nie będę prężyć pupy na zdjęciach w internecie, mogę wrzucić piękne zdjęcia kubka kawy o poranku w ogrodzie. Ale nie muszę, i w sumie to też jest fajne.

Jasne, że próbuję zatrzymać urodę. Ale nie desperacko, skalpel omijam szerokim łukiem. Ludzie patrzą krzywo na bardziej intensywne dbanie o siebie kobiet po czterdziestce. Mówią, że sprężystego lica dwudziestolatki nic nie wróci i żebym się nie ośmieszała. Ale to chodzi o coś zupełnie innego. Moja skóra jest teraz znacznie bardziej wymagająca. I żeby spowolnić te wszystkie procesy, potrzeba więcej starań. Zaczęłam intensywnie ćwiczyć, moje ciało wymaga teraz dużo ruchu. Nie odchudzam się, cieszą mnie lepiej zarysowane mięśnie na plecach bez względu na wynik na wadze. Mam więcej energii niż kiedykolwiek, chociaż kiedy już padnę pod kocem, to konia z rzędem temu, kto mnie ruszy. Pokochałam sporty walki, pozwalają mi mocniej stąpać po ziemi. Zaczęłam tańczyć, bo pozwala mi to spojrzeć na siebie jak na kobietę. Instruktorka nakazuje mi się wyprostować, zrobić łabędzią szyję i patrzeć na siebie w lustrze. I ten widok mi się podoba. Bo sala jest ciemna, a lustro daleko.

Seks jest lepszy niż kiedykolwiek. Nie ma wstydu i zahamowań. Wiemy, czego od siebie oczekujemy, i rozumiemy potrzeby drugiej strony. W końcu czuję się komfortowo w ładnej bieliźnie i oświetlona reflektorami. Swoją drogą dobrałam je tak, by maskowały cellulit.

Umiem mieć czas. Nie dzielę swojego dnia na "w pracy" i "po pracy", bo zakładając firmę w Polsce, zgodziłam się, że muszę być czujna nieustannie. Ostatnio znajoma przepraszała, że nie oddzwoniła, bo nie miała czasu. I tak minął rok.

Cenię sobie, że potrafię zdefiniować ważne rzeczy i znaleźć na nie czas. Dlatego mam go pod dostatkiem. Bo naprawdę ważnych rzeczy nie jest tak dużo.

Nie mam yorka z kokardką. Mam kota, cwanego bezdomniaka, który wprowadził się, jak akurat piliśmy wino na tarasie. Włóczy się po nocach, znosząc półżywe łupy. Ale one są dla nas, w podzięce. Wybraliśmy się wzajemnie.

Mam stabilne finanse, chociaż żyję skromnie. Nie bawi mnie pogoń za najnowszą kolekcją popularnych marek. OLX i Vinted mnie w tym wspierają. Mam świadomość, w czym wyglądam dobrze, mogę kupować w ciemno. I tanio.

Czas w kuchni traktuję jako zabawę. Bo przecież można wyczarować coś fajnego i usłyszeć, że to najlepsza rzecz, jaką kiedykolwiek jedli domownicy. Bez zbędnej kokieterii - lubię ogórki kiszone i śledzie. Jem tatara i golonkę. No i pamiętam, że antyoksydanty z czerwonego wina spowalniają starzenie!

Z jednej strony osiągnęłam szczyt. Mam wspaniałą rodzinę, pracę, realizuje swoje pasje, jestem świadoma swoich atutów. Nadal jestem atrakcyjna, łapię spojrzenia mężczyzn na ulicy. Dają mi satysfakcję. Mam piękną przyjaźń, teraz głównie na odległość. Otaczam się ludźmi, którzy wnoszą energię i szczęście. Robię to, co kocham. Śmieję się.

Bardzo rzadko płaczę. Tylko wtedy, gdy czuję, że coś siedzi mi na klacie i przydusza. Czasem we śnie widzę rzeczy, które mogłabym zrobić. A potem się budzę i wiem, że nie muszę. I oddycham, tak jak mnie uczono, by się uspokoić. Wszystko będzie dobrze.

Mia Wolf

listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.