Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Autor jest adwokatem, należy do inicjatywy #WolneSądy

Co prawda minister Czarnek twierdzi i chce wpajać uczniom, że Unia Europejska jest „tworem niepraworządnym”, wiceminister Kaleta mówi o opinii rzecznika generalnego TSUE dotyczącej reżimu dyscyplinarnego wobec sędziów, że zawiera „kompletne bzdury” oraz „kłamstwa”, a „elity w Brukseli próbują ingerować w ustrojową suwerenność Polski”, Julia Przyłębska mówi o wyroku ETPCz w sprawie dublerów w TK, że został wydany „bez podstawy prawnej i poza kompetencjami”, prokuratorzy w nielegalnej Izbie Dyscyplinarnej działają pełną parą, chcąc obecnie zabrać immunitet sędziemu SN prof. Włodzimierzowi Wróblowi, zaś wiceminister Buda poleca obywatelom zamiast rzecznika praw obywatelskich Ministerstwo Sprawiedliwości, ale rzeczywistości prawnej nie da się zaczarować słowami. Europejska pętla jurydyczna powoli, ale konsekwentnie zaciska się na szyi tych, którzy dokonali zamachu na polską praworządność. Na finalne skutki przyjdzie nam jeszcze zapewne chwilę poczekać, ale nieuniknione nadchodzi.

Kolejne wyroki trybunałów w Luksemburgu i Strasburgu, środki tymczasowe oraz opinie rzecznika generalnego TSUE, a także wyroki sądów polskich wydane w ślad za wykładnią prawa europejskiego dokonywaną przez unijny trybunał tworzą coraz ściślejszą i pełniejszą ocenę zmian dokonanych w zakresie funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości i szerzej - praworządności w Polsce po 2015 roku.

Jest to ocena druzgocąca dla rządzących w naszym kraju i ich sojuszników na różnych szczeblach sądownictwa. Jest to też ocena w pełnej rozciągłości potwierdzająca opinie całego w zasadzie prawniczego świata na ten temat, od samego początku destrukcji państwa prawa realizowanej przez PiS. Począwszy od powołania „dublerów” do Trybunału Konstytucyjnego i faktycznego przejęcia politycznej kontroli nad tym organem, przez nielegalne odwołanie członków poprzedniej Krajowej Rady Sądownictwa i powołanie na jej miejsce podporządkowanej rządzącym neo-KRS, utworzenie sądu specjalnego w postaci Izby Dyscyplinarnej oraz awansowanie do Sądu Najwyższego i wszystkich innych sądów ogromnej już liczby osób w nielegalnej procedurze przy udziale właśnie tej nowej Rady.

Wszystkie te elementy tzw. reformy wymiaru sprawiedliwości były jednoznacznie ocenione jako niezgodne zarówno z polskim porządkiem konstytucyjnym, jak i z prawem Unii oraz europejską konwencją praw człowieka.

Tak mówiły wszystkie bez wyjątku polskie autorytety prawnicze, dziesiątki organów, organizacji i instytucji, tak mówiła Komisja Wenecka (nazywając wprost tworzony w Polsce model „sowieckim”), Komisja Europejska, parlament, ONZ, Europejska Sieć Rad Sądownictwa, stowarzyszenia sędziowskie z UE, licząca ponad 400 tys. członków American Bar Association itd., itd. Zdanie przeciwne prezentowali wyłącznie rycerze „dobrej zmiany” i ich prawniczo nieudolni giermkowie, którzy za państwowe apanaże napiszą każdą opinię.

Ostatnie tygodnie i dni obfitują w wydarzenia o charakterze orzeczniczym, na poziomie europejskiej kontroli praworządności w Polsce. Rzecznik generalny TSUE Jewgienij Tanczew (rzecznik generalny to taki doradca trybunału, który przed wydaniem wyroku przedstawia swoją opinię o prowadzonej sprawie) 6 maja wydał opinię w sprawie ze skargi Komisji Europejskiej dotyczącej całokształtu nowego reżimu dyscyplinarnego wobec sędziów w Polsce (tej, w której TSUE wydał 8 kwietnia zeszłego roku zabezpieczenie zamrażające działalność Izby Dyscyplinarnej). Ocenił kategorycznie, że uregulowania te naruszają unijny porządek prawny. Wspomniany Sebastian Kaleta zareagował na to dość nerwowo, deprecjonując także samego rzecznika, któremu wypomniał „zawrotną karierę” w czasach komunistycznych. Jeśli Trybunał, który wyda wyrok w ciągu najbliższych miesięcy, podzieli zdanie Tanczewa (a w świetle tego, co dotychczasowych powiedział w polskich sprawach, nie można raczej spodziewać się innego orzeczenia), to polskie władze i sama nielegalna Izba będą musiały natychmiast zastosować się do tego rozstrzygnięcia. System dyscyplinarny kierowany ręcznie przez ministra sprawiedliwości i nominowanych przezeń „śledczych” oraz sędziów dyscyplinarnych nie będzie miał podstaw prawnych dalszego funkcjonowania. Jeśli wyrok taki byłby zignorowany, Bruksela może wystąpić do Luksemburga o nałożenie wysokich sankcji finansowych (tak jak w przypadku Puszczy Białowieskiej). Poza tym będzie to z pewnością podstawą do zastosowania po raz pierwszy nowego mechanizmu „fundusze za praworządność”. Nie wspominając o tym, że nadal nie został zaakceptowany przez Komisję Europejską Krajowy Plan Odbudowy (KPO), dokument rządowy, który ma być podstawą wydatkowania miliardów euro z Unii. Komisja widzi problem w tym, że brakuje w nim wystarczająco wiarygodnego mechanizmu monitorowania wydatków, a poza tym nie ma w polskim KPO uwzględnionych rekomendacji unijnych w zakresie praworządności, wynikających z CSR (Country Specific Reccomendation), czyli zaleceń Rady EU dla Polski w związku z Funduszem Odbudowy. Można się spodziewać, że Unia tego tak łatwo nie odpuści.

Oczekujemy także na wydanie kolejnego zabezpieczenia TSUE w sprawie tzw. ustawy kagańcowej. Skarga w tej sprawie została złożona 31 marca br. Sądzę, że ten interim measure powinien być wydany pod koniec maja lub w czerwcu. To będzie oznaczać, że bezpodstawne stanie się ściganie i karanie polskich sędziów m.in. za wykonywanie wyroków europejskich, zadawanie pytań prejudycjalnych i inne czynności z zakresu obrony rządów prawa (co dzieje się nagminnie dzisiaj). Co więcej, zabezpieczenie będzie też oznaczać (jeśli zostanie wydane w kształcie wnioskowanym przez KE), że wszystkie dotychczasowe decyzje Izby Dyscyplinarnej utracą swoją moc (np. te, które pozbawiły immunitetów i odsunęły od orzekania sędziów Beatę Morawiec i Igora Tuleyę). I znów – niewykonanie takiego postanowienia Trybunału skutkować może szybkim wnioskiem o zastosowanie sankcji finansowych.

Komisja Europejska straciła już chyba definitywnie cierpliwość do polskich władz, zwodzących, a w zasadzie oszukujących od lat Brukselę w kwestii praworządności.

Również 6 maja wydane zostały bardzo ważne wyroki Naczelnego Sądu Administracyjnego po uzyskaniu odpowiedzi w trybie prejudycjalnym od TSUE w wyroku z 2 marca. Chodziło o procedurę powołania osób do Sądu Najwyższego w 2018 roku, z udziałem neo-KRS. Tam odwołali się od uchwał tzw. sędziowie kamikaze. W wyniku tego sprawa trafiła na wokandę TSUE. Ten nakreślił kryteria oceny z punktu widzenia prawa unijnego, a NSA na ich podstawie uznał uchwały nowej KRS, które przedstawiały prezydentowi kandydatury na sędziów SN, za wadliwe i w konsekwencji je uchylił. Umorzył też dalsze postępowanie, uznając, że przed obecną Krajową Radą Sądownictwa nie ma sensu prowadzić tej procedury od nowa, ponieważ organ ten nie spełnia podstawowych standardów niezależności. Jaki jest skutek tego wyroku? Otóż wynika z niego, że wszystkie nominacje do Sądu Najwyższego były wadliwe. Dotyczy to m.in. Małgorzaty Manowskiej czy Kamila Zaradkiewicza. Prezydent nie miał bowiem ważnej uchwały KRS-u, która upoważniałaby go do powołania tych osób na sędziów. Wynika to bowiem wprost z art. 179 konstytucji, który przewiduje przy powoływaniu sędziów obowiązek współdziałania dwóch organów – Rady i prezydenta. W efekcie wszystkie analogiczne nominacje neosędziów do SN (około 50 osób) należy uznać za nieskuteczne. Warto wyjaśnić, że w przestrzeni medialnej pojawiła się przy okazji wprowadzająca w błąd wypowiedź rzecznika NSA, z której miało wynikać, że mimo wszystko powołania do SN są ważne. Nic bardziej mylnego. W uzasadnieniu wyroku NSA znalazła się jedynie informacja, że w tej procedurze kontrolnej sąd badał nie prezydenckie akty powołania (nie to było przedmiotem postępowania), ale jedynie prawidłowość uchwał neo-KRS. Było to jedno zdanie, wypowiedziane przez skład orzekający niejako przy okazji, niemające znaczenia prawnego. Istotne są bowiem sentencja wyroku i jej rozwinięcie. A te mówią: uchwały wskazujące kandydatów na sędziów SN są nieważne, a zatem powołania również są nieważne. Decyzja prezydenta, który pomimo tego i pomimo istniejącego wówczas wstrzymania procedury nakazanego przez NSA dokonał powołań sędziowskich, nie ma – jak twierdzą przedstawiciele Kancelarii Prezydenta – mocy „łaski uświęcającej”.

Prezydent nie jest Królem Słońce i musi działać w granicach i na podstawie obowiązującego prawa. Teraz, po wyrokach NSA, skuteczność powołań prezydenckich do SN zbadają legalnie powołani sędziowie SN, zasiadający w Izbie Pracy.

Leży tam bowiem dziewięć pozwów złożonych przez sędziów sądów powszechnych (w tym Waldemara Żurka, Krystiana Markiewicza, Pawła Juszczyszyna, Monikę Frąckowiak, Bartłomieja Starostę i innych), którzy domagają się ustalenia statusu nowo powołanych do SN osób. Jednoznacznej odpowiedzi na pytanie: czy są sędziami Sądu Najwyższego czy też nie? W tej sprawie poczekamy najpierw na odpowiedź na pytania prejudycjalne zadane do TSUE. Widać więc, że procedura jest czaso- i pracochłonna (trwa od 2018 roku), ale powoli zaczyna przynosić efekty i nie mam wątpliwości – finalnie te efekty przyniesie. Kluczowy w tym jest udział Trybunału Sprawiedliwości UE.

"Piekielne przymierze" Ziobry

Zwracam jeszcze uwagę na dwa bardzo mocne akcenty tego sądu w ostatnich dwóch dniach. Jeden to wyrok w sprawie sędziów rumuńskich, który potwierdził bezwzględny prymat prawa unijnego nad prawem krajowym i to, że pseudoreformy nie mogą uderzać w obniżenie ochrony niezawisłości sędziowskiej. Co bardzo ważne, ustalenia TSUE z tego wyroku są niezwykle adekwatne dla systemu zniewolenia sędziów stworzonego w Polsce. Wykładnia dokonana przez Trybunał powoduje, że w zasadzie żadne sprawy dotyczące faktycznie gnębienia sędziów za bezpośrednie stosowanie prawa europejskiego, nie powinny się dalej toczyć. Unijna zasada skutecznej ochrony sądowej pod rządami nowego reżimu dyscyplinarnego w Polsce, nie jest po prostu realizowana. Sędzia polski jest pod przemożnym wpływem rządzących. Obywatel tym samym nie ma zagwarantowanego prawa do niezależnego, bezstronnego sądu. A to oznacza realny brak przynależności naszego kraju do wspólnej, europejskiej przestrzeni prawnej opartej na zasadach zaufania i lojalności. Drugi akcent luksemburski to opinia czeskiego rzecznika generalnego TSUE Michała Bobka z 20 maja w sprawie pytania prejudycjalnego polskiego sądu. Rzecznik pisze, że prawo UE sprzeciwia się praktyce stosowanej w Polsce, w której sędziowie delegowani przez ministra sprawiedliwości do wyższej instancji mogą być w każdej chwili przez niego odwołani (są w tym zakresie pod jego pełną władzą, co obniża istotnie ich niezawisłość w orzekaniu), szczególnie w sytuacji, w której ten minister jest także Prokuratorem Generalnym. Ten systemowy alians Zbigniewa Ziobry w dwóch osobach, dający mu tak szerokie, nieograniczone instrumentarium władzy nad sądownictwem, rzecznik Bobek nazywa bardzo mocno i adekwatnie „piekielnym przymierzem”.

W ostatnim czasie bardzo istotna rolę w kwestii kontroli praworządności w Polsce zaczyna odgrywać również Europejski Trybunał Praw Człowieka. Wydany przezeń 7 maja wyrok w sprawie polskiej spółki Xero Flor uznał poważne naruszenie przez Polskę europejskiej konwencji praw człowieka, a konkretnie prawa do bezstronnego i niezależnego sądu ustanowionego na podstawie prawa, przez to, że w Trybunale Julii Przyłębskiej zasiadają i wydają wyroki tzw. dublerzy. To pierwsze i bardzo ważne orzeczenie europejskiego wymiaru sprawiedliwości odnoszące się do przejętego politycznie polskiego Trybunału Konstytucyjnego. Potwierdzone zostało jednoznacznie to, co wiedzieliśmy od początku: odmowa przyjęcia ślubowania od trójki prawidłowo powołanych sędziów TK w 2015 roku i ponowne obsadzenie tych miejsc przez osoby wybrane przez PiS było łamaniem porządku konstytucyjnego i europejskiego. Wyroki wydawane przez składy z „dublerami” w składzie są obarczone poważną wadą prawną. To oznacza, że wszystkie takie pseudoorzeczenia będą mogły być w przyszłości podważone, a pokrzywdzeni obywatele będą mogli się zwrócić do Trybunału w Strasburgu o przyznanie odszkodowania. Będzie to także drogowskaz do przyszłej naprawy Trybunału Konstytucyjnego.

Ten sam strasburski trybunał rozpoznaje też kilkanaście skarg polskich sędziów związanych z naruszeniem ich praw wynikających z konwencji. Będzie to kolejny istotny wkład do całokształtu orzecznictwa na temat niszczenia niezależności sądów.

Jesteśmy świeżo po rozprawie przed Wielką Izbą w sprawie sędziego Jana Grzędy, którego legalna kadencja w poprzedniej KRS została bezprawnie skrócona. Ten wyrok, miejmy nadzieję, że już za kilka miesięcy, dołoży kolejny ważny kamyczek do ogródka spraw, w których badane są szeroko pojmowane naruszenia praworządności w Polsce.

W przyszłości ten ogródek zakwitnie zielenią i pięknymi kwiatami. Konglomerat wyroków wydanych przez europejskie trybunały, a także inicjatyw, uchwał i mechanizmów zastosowanych przez instytucje unijne, takie jak Komisja, Rada i parlament, pozwoli bardzo precyzyjnie nakreślić standardy, na bazie których w Polsce będą kiedyś odbudowane rządy prawa, a także pozwoli ustalić, kto przyczynił się do ich zniszczenia i kto za to poniesie odpowiedzialność. Często słyszę od rozgoryczonych i znużonych wieloletnim niszczeniem demokratycznego ustroju obywateli, że te wszystkie europejskie zabiegi nie mają sensu, ponieważ obecna władza i tak to ignoruje. Nie zgadzam się zupełnie z tą opinią. Władza rzeczywiście w większości lekceważy sygnały z Unii i orzeczenia trybunałów. Ale sytuacja się zmienia.

Presja naprawdę ma sens. Od kilku lat te działania prawne, których wynikiem są omawiane europejskie orzecznictwo i aktywności unijnych instytucji, są prowadzone bardzo konsekwentnie. Kosztowało to masę pracy i zaangażowania wielu obywateli, wielu prawników.

Ale skala zjawiska i zasięg wszystkich instrumentów są każdego dnia coraz większe. Na dłużą metę nie da się po prostu tego wszystkiego zignorować. To już za daleko zaszło, a efekty wyroków trybunałów będą wykorzystywane przez prawników w całej Europie, w setkach albo tysiącach spraw. To po prostu uniemożliwi ignorowanie unijnego porządku prawnego przez władze w Polsce. Ewentualne wstrzymanie przez Radę UE funduszy unijnych za nieprzestrzeganie praworządności lub sankcje nałożone przez TSUE także nie zostaną zaakceptowane przez polskie, w znakomitej większości euroentuzjastyczne społeczeństwo. To wszystko jest efekt naczyń połączonych, który przyniesie rezultat.

Słowem - nie jest łatwo pokonać smoka o siedmiu głowach, ale w końcu pętla praworządności zaciśnie się na ostatniej jego szyi.

listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.