Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Jestem czytelnikiem „Gazety Wyborczej" od samego początku, od 1989 r., niemalże równolatkiem redaktora Adama Michnika. Z ogromnym zainteresowaniem czytałem potyczkę redaktora Stanisława Skarżyńskiego z Jackiem Dehnelem i Zygmuntem Miłoszewskim.

Pierwszy tekst red. Skarżyńskiego („Fałszywy kult czytelnictwa. Nie dajcie sobie wmówić, że jeśli nie czytacie książek, to jesteście gorsi") przeczytałem krótko po publikacji. Czytając artykuł, przyznaję, zatrzymałem się zdziwiony przy słowie „rasizm", czy ono jest tu adekwatne, ale (może pamiętając lekcję naszej noblistki, Olgi Tokarczuk, która przestrzegała: „trawi nas ciężka choroba dosłowności"?) odczytałem je jako przenośnię.

Dosłownie czytać, wydaje mi się, nie ma tu sensu, a przenośnia zwraca uwagę na to, że „nie czyta" stało się czymś w rodzaju obelgi.

Tak się to często mówi, jakby ci, którzy nie czytają, gorszymi byli ludźmi, więc winni są uznać swą niższość i „zejść z chodnika do rynsztoka", kiedy idzie kto czytający.

W społeczeństwie naszym nie wszyscy i nie zawsze byli przecież wyedukowani (moją matkę, z chłopskiej rodziny, czytać nauczył dopiero mój ojciec, i było to po wojnie, a ona była kobietą wówczas dwudziestoletnią).

Zarazem mamy w kraju niestety dostatek takich, którym książka do tego służy, by się pokazać, by bić politycznych przeciwników po głowie, i redaktor Skarżyński ich z pasją w „Gazecie Wyborczej" opisuje, za co go ogromnie cenię.

Mnie, prostego rzemieślnika słowa (emerytowany nauczyciel), lektura artykułu red. Skarżyńskiego sprowokowała do myślenia nad takim zagadnieniem: czy chwaląc to, co uważamy za dobre, „z automatu" mamy prawo potępiać to, co temu jest przeciwne?

Czy kiedy mówię: czytanie jest dobre, ważne, potrzebne (i ja wierzę ogromnie, że tak jest!) to czy to jest to samo, co mówić, że nieczytanie jest złem, że nieczytający czynią zło? Zdaje mnie się, że nie!

A to dlatego, że tak myśląc powtarzam błąd kościelnych hierarchów, co zamiast zachęcać do wiary i mszy, potępiają żyjących inaczej i nazywają ich „zarazą"!

Innymi słowy: jak mam pogodzić szacunek dla człowieka z chęcią jego krytyki, która pozwoli go ulepszać? To jest ogromnie ciekawe pytanie i redaktor Skarżyński mi je swoim artykułem zadał.

Przeproszę żonę, cytując Skarżyńskiego

Być może także łatwiej mi było zrozumieć to, co Skarżyński dostrzegł i opisał, bo przez większość życia nieczytającą była moja śp. żona Urszula, oddana swojej pracy pielęgniarka, która brała dyżury, miała  wizyty domowe, ciągle gdzieś biegła aby komuś pomagać. Dniami i nocami myła chorych, niedołężnych, zmieniała opatrunki, karmiła, podawała leki, zmieniała pościel, a kiedy w końcu dotarła do domu, to „padała z nóg", ale „głową" wciąż była przy szpitalu i piętrzących się tam problemach: za mało pielęgniarek, wyjeżdżają za chlebem, gorzknieją, bo przepracowane są do granicy wytrzymałości, pacjenci przez to cierpią, nikogo w pałacach w Warszawie to nie obchodzi. Nie czytała książek prawie wcale, tylko to, co musiała „do pracy", bo w takim życiu poświęcenia człowiek „na siebie" nie ma miejsca, cóż myśleć o książce!

Ale stale robiła sobie z tego wyrzuty, pytała mnie: „Mirek, ale czy ja jestem głupia krowa?". Ja mówiłem jej: „Oczywiście, że nie, Ula, no co ty gadasz?". Ale ja też, kiedy mnie kto zdenerwował (najczęściej polityk w telewizji) przy niej poszczekiwałem: „A to nieuk!"„Nic nie czytał!". Nie widziałem, jak to się jedno z drugim wiąże, jak Ula mogła w swojej wrażliwości ogromnej brać do siebie te obelgi, które ja kierowałem „do telewizora". Redaktor Skarżyński mi to pokazał i to jemu składam podziękowania. Kiedy w końcu spotkam Ją na tamtym świecie, to ją za moją bezmyślność będę przepraszał, cytując red. Skarżyńskiego właśnie!

Kto ma wskazywać książki "trujące"?

Po lekturze artykułu polemicznego wobec tez Skarżyńskiego (pt. „O pewnym rasizmie, którego nie było. Odpowiedź na tekst Skarżyńskiego o czytelnictwie") uznałem, że panowie Jacek Dehnel i Zygmunt Miłoszewski nie zrozumieli, że red. Skarżyński zadaje złożone i otwarte pytania, bo z ich tekstu wynika, że moja śp. żona nie przykładała się do dobra społecznego. Ona, którą opieka nad chorymi tak wcześnie „wpędziła do grobu"?! Nie ukrywam, oburzyli mnie tym panowie ogromnie!

Ochłonąwszy kontynuowałem lekturę i uważam także, że nie dowiedli oni, jak książki prowadzą do tego, by społeczeństwo się ulepszało. Piszą, że to dobrze, kiedy obywatele czytają (i ja się w tym punkcie z nimi zgadzam), ale trudno to uznać za „odkrycie Ameryki". Natomiast zrobili, a to jeden tylko przykład, wyjątek dla książek „trujących", którymi zajmą się specjaliści. Tym, wydaje się, pisarze się „wsadzili na minę". Bo kto ma odróżnić książki „trujące" od tych „jadalnych"? Kto do tych pierwszych wyznaczy specjalistów? A to są pytania „palące", bo za „truciznę" uznawano przecie nie tylko wymienione u nich okropności, ale również dzieła George’a Orwella, Adama Michnika i wielu, wielu innych. Obecna władza tak zwalcza Olgę Tokarczuk. Noblistka jest przecież „muchomorem" dla prezesa Kaczyńskiego!

Panowie pisarze prosto mówią: rozpalać trzeba w kraju „oświaty kaganiec". Tak ich pewność tego zaślepiła, że nie widzą, iż to dotrze i tam, gdzie chciano czytać książkę (tym światło potrzebne) i tam, gdzie chciano patrzeć w gwiazdy (a im światło wszystko zrujnuje). Proszę wybaczyć taką górnolotną metaforę, ale nie umiem tego inaczej ująć w słowa. Mnie to całkiem przekonało do prowokującego do myślenia red. Skarżyńskiego, choćby nie był „w formie". Absolutnie nie znoszę, jak ktoś mi bez pytania zapala górne światło!

Artykuł Dehnela i Miłoszewskiego ma jednak jedną ogromną zaletę: sprowokował zaatakowanego do napisania jeszcze jednego artykułu, pt. „Skarżyński odpowiada: Dehnel i Miłoszewski to tacy czytelnicy, co po książkę sięgają, by nią w kogoś rzucić". To jest znakomity tekst i powinni się dwaj pisarze zapaść ze wstydu pod ziemię, tak ich nieuczciwość (albo brak umiejętności ze zrozumieniem przeczytania, tylko co jest gorsze?) redaktor Skarżyński akapit po akapicie wypunktował. I jaką polszczyzną!

Sformułowanie „jedwabny występek" powinno wejść do języka. Zgaduję tu, co ono znaczy, wnosząc, że nie przypadkiem u niego w jednym zdaniu stoi to ze słowem „sąsiad". Przecież to jakby ledwo szepnąć, a ściany się trzęsą od oskarżenia za jak niskie red. Skarżyński uważa, do jakiej historii odnosi takie okrutne postępowanie, jak to jego polemistów. Ale to jest subtelne tak bardzo, że kiedy ktoś mu z tego spróbuje zrobić wyrzut, to może się red. Skarżyński uśmiechnąć i wzruszyć ramionami: „ja tak napisałem? czy pan tak przeczytał?" Pisząc te słowa nie wiem, czy to nie jest moja jednak nadinterpretacja, ale im bardziej nie wiem, tym bardziej mnie to porusza!

Wolę Skarżyńskiego miłosiernego

Mam jednak jedną wątpliwość po lekturze dwóch artykułów red. Skarżyńskiego (ta wątpliwość  spowodowała, że postanowiłem napisać list do „Gazety Wyborczej").

Mianowicie, red. Skarżyński raz mówi głosem miłosierdzia, a zaraz bez pardonu oćwiczył pisarzy. Oczywiście rozumiem, iż dotknęła po ludzku ich odpowiedź, pisze o tym zresztą otwarcie. Jednakowoż wzbudziło to moją obawę, czy ten bardzo młody w końcu nadal człowiek zdaje sobie sprawę, jaką siłą umysłu dysponuje. To ważne, aby wiedział, że nic nikomu nie powinien udowadniać!

Wyobrażam sobie tak, że jemu się może zdawać, że jak dwaj pisarze, z książkami wydanymi i nagrodami przyznanymi, tak go od tyłu napadają, a gawiedź im przyklaskuje, to musi się bronić „na serio", a pobłażanie dla słabości człowieka odłożyć. Otóż nie!

Ja ten list piszę właśnie dlatego, iż z ogromną stanowczością opowiadam się za red. Skarżyńskim bez gniewu, zdystansowanym, wobec człowieka zawsze czułym

(„czuły narrator", znowu noblistka!), nawet w przypadkach zdawało by się zupełnie beznadziejnych, jak, na przykład, w z zeszłego roku artykule o potyczkach nieudolnych premiera Morawieckiego z łaciną („Morawiecki ogłosił, że Polska bankrutuje, a winę za to ponoszą on, Kaczyński i PiS"), albo w moim ulubionym red. Skarżyńskiego artykule pt. Kwiatki "Przedwiośnia", z kwietnia 2018 r., który jest felietonem pełnym dobroci, choć skutecznie obnażającym niekompetencję prezydenta Dudy wobec literatury. (Mam ten artykuł wycięty z „Magazynu Świątecznego" i trzymam w szufladzie z „najważniejszymi skarbami", tam gdzie jest m.in. obrączka Uli, nasze zdjęcie ze ślubu, zdjęcie Taty w mundurze, a także pierwsza „Gazeta Wyborcza").

Mirosław

woj. świętokrzyskie

Śródtytuły od redakcji

listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.