Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Kilka dni temu media podały nam elektryzującą wiadomość, iż rządzący postanowili, że ozdrowieńcy nie będą musieli już czekać 6 miesięcy na przyjęcie pierwszej szczepionki. Ba, nawet nie będą musieli czekać 3 miesięcy. Nagle zaistniała możliwość zaszczepienia się po miesiącu od dnia zakończenia izolacji.

Jako ten, kto przeszedł, i to dość ciężko, koronawirusa, chciałem skorzystać w tego dobrodziejstwa i w dwa dni po tryumfalnym ogłoszeniu owej wiadomości zadzwoniłem na infolinię ogólnopolskiego bałaganu szczepień oraz do przychodni, gdzie dowiedziałem się, że same moje chęci nie wystarczą. Zapowiedź była, ale zapomniano poinformować publiczność o tym, że są to dopiero przymiarki do projektów rozporządzeń, które jeszcze nie weszły w życie. A kiedy takie rozporządzenia powstaną i wejdą w życie - nie wiadomo. Na razie więc nadal nie istnieję w systemie i nie wiadomo, kiedy doń wejdę.

Moim skromnym zdaniem to igranie z ludźmi i robienie z nich głupców. Na jakiej podstawie nagle można było skrócić okres oczekiwania o 5 czy o 2 miesiące? Wątpię, by u podstaw leżał jakiś przełom w wiedzy medycznej na ten temat. Raczej też nie dlatego, że mamy za mało chętnych, a za dużo szczepionek i coś z tym fantem trzeba zrobić, bo gdyby tak było, to rozporządzenie byłoby już znane systemowi. O co więc chodzi? PiS raczy wiedzieć?

Przemysław Jabłoński

listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.